Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic
Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson,
Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic
Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson.
Basia mówi, żebym niczym się nie przejmował, brał lekarstwa bez zmian,
ponoć wszystko minie. Ale ja nie byłbym taki pewien: tylko w minionym
tygodniu cztery razy popłakałem się oglądając ten film. To znaczy
popłakałem się... miałem po prostu mokre oczy pod koniec, czyli to nie było takie pełne
popłakanie się.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 26 sierpnia 2012
niedziela, 19 sierpnia 2012
honored by Her Lateness
Celowo wybieram amerykańską pisownię tytułu, bo urodziła się tego samego dnia co Magic Johnson.
Moja córeczka Janeczka.
We wtorek o 4:15 rano (wtedy właśnie przyszła na świat) ważyła 3,3 kg, mierzyła 55 cm i miała 10 punktów w słynnej skali punktacyjnej. Obu Bohaterkom mijającego tygodnia (zdjęcie poniżej, obie Bohaterki przez kompletnie-konkretne B) wiedzie się dobrze. Położna i lekarze zaobserwowali u mnie brak zamartwiania się z tego powodu.
Miałem w planie obszernie przytoczyć tu trzy historie-ilustracje stanu psychicznego świeżo upieczonego ojca, ale te historie (umyślane zawczasu) już po urodzeniu wydają się jednak dosyć durne. Miały ilustrować:
1. szok
2. cud
3. wiarę/niedowiarę w cuda zakończoną cudem.
No ale dobrze, dla porządku i w telegraficznym skrócie (for dramatic effect, jakby powiedział Sir Charles), przytaczam:
1. Mój kolega Piotrek "Impreza" wraca kiedyś na ławkę rezerwowych po trafieniu obu rzutów osobistych w końcówce meczu ligi żoliborskiej i, po napotkaniu mojego pełnego podziwu wzroku, siada obok mamrocząc:
"Przestań, sam jestem w szoku."
Używam tego teraz słowo-w-słowo przy odbieraniu gratulacji.
2. Wspaniały film "Dziewięć Królowych", który oglądaliśmy z Basią podczas podróży poślubnej. Scena: wierzyciel dopada i zaciąga w zaułek dłużnika (Ricardo Darín), a przy okazji jego młodszego kolegę z którym szedł tamten, i stawia sprawę na ostrzu lufy: pieniądze albo życie. Ale tamten młodszy kolega (Gastón Pauls) wymyśla na poczekaniu jakąś niewiarygodną historię, która sprawia, że wierzyciel traci pewność siebie i w końcu sam ucieka z zaułku.
Dłużnik (do młodszego kolegi, poprawiając sobie marynarkę): "I widzisz człowieku czemu Cię potrzebuję?"
Młodszy kolega (do dłużnika, patrząc na niego z politowaniem, wypowiada (ale chodzi o to jak wypowiada!) tylko jedno słowo): "Cud."
[w sensie, że cała ta sytuacja jest absurdem, że to, że wychodzą z tego cało, to jeden wielki, ciężki (heavy duty) cud.]
[w sensie, że cała ta sytuacja jest absurdem, że to, że wychodzą z tego cało, to jeden wielki, ciężki (heavy duty) cud.]
3. Rok 2001, weekendowy magazyn ARD z golami Bundesligi, oglądam go sobie wieczorem w Bremie, w której pracuję na rykszy. Piłkarz tej niemożliwej Arminii Bielefeld strzela bramkę i jak to w zwyczaju biegnie opętany w którąś stronę; tymczasem dopada go kolega z drużyny, chwyta za koszulkę, chwytem judo obala na ziemię, za chwilę stawia go (nie zwalniając chwytu) do pionu, potrząsa cztery razy, patrząc mu w oczy i klnąc, policzkuje – nie zmyślam tego, tak grała w tamtych czasach Arminia – jakby chciał powiedzieć: "Widzisz, łajzo, niedowiarku, jednak daliśmy radę."
Strzelec tego gola to oczywiście ja, a ten kolega-brutal to Pan Bóg.
Ten sam, który tamtego lata pomógł Arminii.
Inspire Magic. Meet Magic. Swoją drogą: mało jest koszykarzy na świecie? Dlaczego trzeba się było urodzić akurat tego samego dnia co Magic? I kto przy zdrowych zmysłach naprawdę wierzył, że już nie wrócę do tego, za przeproszeniem, wątku z początku?
PS: Zmieniłem nazwę tego bloga. Stara nie pasowała do nowej atmosfery na dzielni.
niedziela, 5 sierpnia 2012
najcenniejsze z kruszców
Istnieje prawdopodobieństwo, że wyraźne zwiększenie oglądalności tego bloga w ostatnich tygodniach nie jest spowodowane (w każdym razie nie wyłącznie) eksplozją talentu literackiego autora, dlatego spieszę donieść, że 5 dni po terminie zaczęły pojawiać się skurcze przepowiadające, co przepowiedziała, a raczej potwierdziła dziś pani na porannej nazwijmy to sobie rutynie ktg.
Po rutynie odwiedziliśmy (po raz pierwszy z Niną F.!) osiołka, owcę i karuzelę w lasku bielańskim, a następnie udaliśmy się na piknik przed CSW, gdzie zostałem zmuszony uznać wyższość. Tak zwane zmuszenie przez żonę. Cztery razy układałem nieistniejące słowa, czytaj posucha i desperacja. Ale też niestety przeciwnik w formie.
Ponieważ nie mogę zostawić "zmagań o te najcenniejsze z kruszców" (cudowny język nagłówków) zupełnie bez komentarza, więc bardzo krótko:
1. Dzisiaj dowiedziałem się, że seta badmintonowego gra się do 21. A myślałem, że o badmintonie wiem wszystko.
2. W czwartek u babci dowiedziałem się, że Polska to są jednak demony w siatkówkę. Oby wywalczyli któryś z najcenniejszych z kruszców.
3. W sobotę w Loleczku złapaliśmy 8 minut koszykówki Litwa-USA. Niezależnie od wyniku (tego meczu i wcześniejszych) chcę śmiertelnie poważnie powiedzieć, że Litwini to twardziele z najtwardszych z kruszców. Tamci ich na całym, agresja, a oni do końca, cierpliwie grają swoje sztuczki (Lithuania ran a high pick-and-roll to death), bez kompleksów, jakby grali dla Jacka Gmocha. Szkoda, że coach Krzyzewski nie miał mnie do dyspozycji w końcówce, mógłby krzyknąć: "Poho, rozgrzewaj się." A ja bym mu tylko odpowiedział "Ok, coach K., watch this." Niestety, ja w r-town, coach K. w l-town, no i chłopcy byle jak, bo byle jak, ale sami musieli dowieźć to do domu.
I płynne przejście do ponad tygodniowej już fascynacji muzycznej. Amerykański zespół The Brothers Johnson na swoim czwartym albumie Light Up the Night (produkcja Quincy Jones) umieścił piosenkę Stomp!, która (przynajmniej w Nowej Zelandii) przez 6 tygodni nie schodziła z pierwszego miejsca listy przebojów singli w 1980 roku. Osobiście najbardziej podoba mi się sam początek, refren, oraz to jak tańczy w teledysku ten trębacz, który swoje cudowne zatrąbienie trąbi w refrenie.
Na koniec jeszcze, for the record, cudowne babeczki Basi z piątku.
Po rutynie odwiedziliśmy (po raz pierwszy z Niną F.!) osiołka, owcę i karuzelę w lasku bielańskim, a następnie udaliśmy się na piknik przed CSW, gdzie zostałem zmuszony uznać wyższość. Tak zwane zmuszenie przez żonę. Cztery razy układałem nieistniejące słowa, czytaj posucha i desperacja. Ale też niestety przeciwnik w formie.
Ponieważ nie mogę zostawić "zmagań o te najcenniejsze z kruszców" (cudowny język nagłówków) zupełnie bez komentarza, więc bardzo krótko:
1. Dzisiaj dowiedziałem się, że seta badmintonowego gra się do 21. A myślałem, że o badmintonie wiem wszystko.
2. W czwartek u babci dowiedziałem się, że Polska to są jednak demony w siatkówkę. Oby wywalczyli któryś z najcenniejszych z kruszców.
3. W sobotę w Loleczku złapaliśmy 8 minut koszykówki Litwa-USA. Niezależnie od wyniku (tego meczu i wcześniejszych) chcę śmiertelnie poważnie powiedzieć, że Litwini to twardziele z najtwardszych z kruszców. Tamci ich na całym, agresja, a oni do końca, cierpliwie grają swoje sztuczki (Lithuania ran a high pick-and-roll to death), bez kompleksów, jakby grali dla Jacka Gmocha. Szkoda, że coach Krzyzewski nie miał mnie do dyspozycji w końcówce, mógłby krzyknąć: "Poho, rozgrzewaj się." A ja bym mu tylko odpowiedział "Ok, coach K., watch this." Niestety, ja w r-town, coach K. w l-town, no i chłopcy byle jak, bo byle jak, ale sami musieli dowieźć to do domu.
I płynne przejście do ponad tygodniowej już fascynacji muzycznej. Amerykański zespół The Brothers Johnson na swoim czwartym albumie Light Up the Night (produkcja Quincy Jones) umieścił piosenkę Stomp!, która (przynajmniej w Nowej Zelandii) przez 6 tygodni nie schodziła z pierwszego miejsca listy przebojów singli w 1980 roku. Osobiście najbardziej podoba mi się sam początek, refren, oraz to jak tańczy w teledysku ten trębacz, który swoje cudowne zatrąbienie trąbi w refrenie.
Na koniec jeszcze, for the record, cudowne babeczki Basi z piątku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

