Święta to czas zakaźnie intensywny. Zakaziłem się i ta intensywność przeszła aż na dzisiaj, czyli 28 grudnia. Tego jednego jedynego dnia udało mi się nauczyć grać na cymbałkach krótką melodię "Wlazł kotek na płotek" oraz przypiąć narty biegowe i poprzemieszczać się na nich trochę. W nowym roku postaram się trochę zwolnić, Carl Lewis.
Nie mówiąc o wczoraj, kiedy to bladym świtem udało mi się obejść park, korzystając z podarowanej przez warsztat samochodowy chwili wolnego.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 28 grudnia 2014
niedziela, 21 grudnia 2014
poczta elektroniczna
Dostałem wzruszającego urodzinowego maila od swojego promotora Petera R. z Wellington, który walczy z chorobą układu nerwowego i właśnie dzisiaj po raz pierwszy od kilku miesięcy zaczął chodzić bez pomocy chodzika. Poprawiło to pogodę w Warszawie. Peter pisze też, że być może najlepszy w życiu jest moment kiedy własne dzieci są małe. Oprócz tego oczywiście przyjemny angielski oraz nowe-stare słówka: gait (chód) i heron (czapla).
W czwartek poczułem się jak daddy pig (jak nigdy dotąd), bo przyniosłem do domu choinkę oraz indyka. We wtorek śpiewaliśmy kolędy w żłobku.
To kalendarium byłoby śmiesznie niepełne gdybym nie wspomniał o tym, że Rondo przeszedł z Bostonu do Dallas.
W czwartek poczułem się jak daddy pig (jak nigdy dotąd), bo przyniosłem do domu choinkę oraz indyka. We wtorek śpiewaliśmy kolędy w żłobku.
To kalendarium byłoby śmiesznie niepełne gdybym nie wspomniał o tym, że Rondo przeszedł z Bostonu do Dallas.
niedziela, 14 grudnia 2014
warzywa są z kosmosu
Dwie dobre historie mijającego tygodnia to szczęśliwe i względnie zdrowe dziecko cztery dni z rzędu w żłobku oraz genialne przedstawienie "Warzywa są z kosmosu" w Teatrze Małego Widza. Całość ukoronowana wisienką na torcie, czyli urodzinowym obiadem u i ugotowanym przez Mamę dzisiaj. Zdjęcie dołączę w najbliższym czasie.
W ten sposób (taką rakietą) dwóch bohaterów spektaklu wylatuje w kosmos w celu sprowadzenia na Ziemię zaginionej dyni. W ten sposób bohaterowie dowiadują się też czegoś o sobie i o wszechświecie.
W ten sposób (taką rakietą) dwóch bohaterów spektaklu wylatuje w kosmos w celu sprowadzenia na Ziemię zaginionej dyni. W ten sposób bohaterowie dowiadują się też czegoś o sobie i o wszechświecie.
niedziela, 7 grudnia 2014
Charles and Kenny
Wiedziałem, że do czegoś w życiu dojdę, wiedziałem, że wpatruję się jak w obraz we właściwych ludzi. Moi dwaj bohaterowie trafili w środę na pierwszą stronę USA Today. Całe Stany słuchają dwóch byłych koszykarzy w najbardziej (do bólu) palącej sprawie tygodnia (a tak naprawdę najbardziej palącej sprawie od początku istnienia Stanów Zjednoczonych). Słuchają ich, bo są inteligentni, bo mają dobre serce, bo to co (obaj!) mają do powiedzenia w sprawie Ferguson ma sens, mimo że mają do powiedzenia dosyć różne od siebie rzeczy. Gorąco polecam lekturę i video, to jest naprawdę dwóch klawych ludzi.
Nie do końca w innym temacie polecam film biograficzny o Marcusie Millerze (tu jest trailer), który od 26 stycznia będzie do kupienia na Google Play, Sony Entertainment Network, Vudu i iTunes. Widzieliśmy już z Basią cały (cały jest piękny), ale najbardziej ścinający z nóg jest od 1:27:00 do 1:29:25, czyli sama końcówka kiedy Marcus mówi o utworze Gorée, który napisał po odwiedzinach w Domu Niewolników na tej wyspie, dziś części Dakaru.
Wstrząsające sprawy i genialna muzyka. Zdjęcie jeszcze z listopadowych wakacji koło Poznania.
Nie do końca w innym temacie polecam film biograficzny o Marcusie Millerze (tu jest trailer), który od 26 stycznia będzie do kupienia na Google Play, Sony Entertainment Network, Vudu i iTunes. Widzieliśmy już z Basią cały (cały jest piękny), ale najbardziej ścinający z nóg jest od 1:27:00 do 1:29:25, czyli sama końcówka kiedy Marcus mówi o utworze Gorée, który napisał po odwiedzinach w Domu Niewolników na tej wyspie, dziś części Dakaru.
Wstrząsające sprawy i genialna muzyka. Zdjęcie jeszcze z listopadowych wakacji koło Poznania.
niedziela, 30 listopada 2014
Kevin McHale's Basketball Hall of Fame Enshrinement Speech
"Kiedy jutro w Peru ministrowie spotkają się na 20. Konferencji Klimatycznej ONZ będą – tak naprawdę – debatowali o końcu przemysłu paliw kopalnych. Nic innego nie kryje się za hasłem „ochrona klimatu“: kto chciałby ograniczyć nienaturalnie szybki wzrost temperatury na Ziemi, musi zrezygnować z ropy naftowej, węgla i gazu. Nie kiedyśtam, tylko w ciągu najbliższych 50 lat.“ Pisze poważny dziennikarz Michael Bauchmüller w tym artykule na pierwszej stronie dzisiejszego (może też jutrzejszego papierowego) wydania poważnej gazety. Napawa mnie taki artykuł i ta pierwsza strona optymizmem, choćby nie wiem jak surrealistycznie brzmiała cała jego treść.
Tymczasem dzisiaj rano na Pilatesie (w najbliższym tygodniu zmienię nazwę tego bloga na "dzisiaj na Pilatesie") prowadząca Patrycja nie pytana zwierzyła się ćwiczącym, że przez całą sobotę jedyne co zrobiła to poszła obejrzeć dwa mecze koszykówki. Przysięgam, że tego nie zmyślam. Pierwszy swojego piętnastoletniego (chyba) syna (chyba piętnastoletniego, nie chyba syna), a drugi regularny mecz trzeciej ligi lokalnego klubu z Ochoty.
Tacy ludzie mieszkają w r-town. Można ich spotkać wszędzie: na ulicy, na Pilatesie, na meczu koszykówki. Właśnie dlatego wiem, że mieszkam na najwspanialszym osiedlu w Warszawie. Z tej okazji wybrałem dla Państwa inspirujący film.
Oglądając wczoraj z J. teledysk „The Night Before“ Beatlesów, pomyślałem, że przy całej sympatii do P. McCartneya, wolałbym mimo wszystko na żywo na Rakowcu spotkać kiedyś Kevina McHale’a. Gdyby ktoś dał mi wybierać między nimi, po prostu taką decyzję bym podjął i mógłbym sobie po tym spojrzeć w lustro.
Tymczasem dzisiaj rano na Pilatesie (w najbliższym tygodniu zmienię nazwę tego bloga na "dzisiaj na Pilatesie") prowadząca Patrycja nie pytana zwierzyła się ćwiczącym, że przez całą sobotę jedyne co zrobiła to poszła obejrzeć dwa mecze koszykówki. Przysięgam, że tego nie zmyślam. Pierwszy swojego piętnastoletniego (chyba) syna (chyba piętnastoletniego, nie chyba syna), a drugi regularny mecz trzeciej ligi lokalnego klubu z Ochoty.
Tacy ludzie mieszkają w r-town. Można ich spotkać wszędzie: na ulicy, na Pilatesie, na meczu koszykówki. Właśnie dlatego wiem, że mieszkam na najwspanialszym osiedlu w Warszawie. Z tej okazji wybrałem dla Państwa inspirujący film.
Oglądając wczoraj z J. teledysk „The Night Before“ Beatlesów, pomyślałem, że przy całej sympatii do P. McCartneya, wolałbym mimo wszystko na żywo na Rakowcu spotkać kiedyś Kevina McHale’a. Gdyby ktoś dał mi wybierać między nimi, po prostu taką decyzję bym podjął i mógłbym sobie po tym spojrzeć w lustro.
niedziela, 23 listopada 2014
beyond crisp
Beyond crisp – taki jest tegoroczny November, ja nazywam go mr suchota-man. Trzy sprawy. J. w końcu, w piątek, pokonała męczącą ją 4 dni i 4 noce gorączkę. Druga sprawa, nawet w ćwierci nie tak paląca: we wtorek byłem na 2-godzinnym spotkaniu mieszkańców dwóch feralnych bloków z radą nadzorczą feralnej spółdzielni r-town. Jedyne przemyślenie poza wykończeniem (nie mieszkania) to takie, że cudownie byłoby przejść przez życie i w jego trakcie nigdy z nikim nie pokłócić się o pieniądze. Trzecia sprawa: w czwartek u weterynarza spotkałem Daniela K., starszego o rok kolegę z podstawówki, którego nie widziałem dwadzieścia parę lat, dobrego badmintonistę, dzisiaj adwokata w międzynarodowej kancelarii, taty bliźniaków urodzonych w tym samym roku co Janka. Przegadaliśmy rozpalony kwadrans. Opowiadał, że spotkał jakiegoś człowieka od lat 1990-tych mieszkającego na Szczęśliwicach, który twierdził, że w parku (dopóki w 1998 roku nie usypali nowej górki) nigdy nie było wyciągu narciarskiego. Nawet nie próbował wyprowadzać tego wariata z błędu, niech sobie w nim żyje skoro nie jest stąd. Trochę się chyba wzruszyliśmy na samo wspomnienie słowa kajak. Regularny trening w ramach wf-u przez większą część państwowej podstawówki! Obaj pozostaliśmy zgodni co do tego, że trener Skoniecki miał tę przewagę nad trenerką Skoniecką, że był od niej lepszy i fajniejszy pod każdym względem. Niegdysiejsze śniegi jak by powiedział Villon.
Chandler Parsons (z piłką) nigdy nie poszedł i nie pójdzie na spotkanie WSM r-town, nawet za milion lat, z piłką czy bez piłki. Tego też mu zazdroszczę. Fot. ESPN.
Chandler Parsons (z piłką) nigdy nie poszedł i nie pójdzie na spotkanie WSM r-town, nawet za milion lat, z piłką czy bez piłki. Tego też mu zazdroszczę. Fot. ESPN.
niedziela, 16 listopada 2014
25 lat koszykówki
Piątek dzień akcji. Fieders i Basia wspólnie z Moniką ze szkoły nr 109 doprowadzili do skutku 5-tą Marz Kartkę – uważam, że nie ma się czego wstydzić. Ja zorganizowałem rzucanie do kosza w ramach obchodów 25-lecia swojego liceum. Rzucanie odbyło się bezpośrednio przed przemówieniem profesora Samsonowicza i nie wywołało histerycznego zainteresowania. Ale kilka bardzo miłych mi osób przyszło i jakiegoś koszmarnego smutku nie było. Więc udało mi się nie wpaść w depresję.
A wręcz się wzruszyłem (czy wzruszyliśmy, chyba za Basię też mogę pisać) niezwykłą podróżą w czasie/wizytą w szkole. Janka z nami do pewnego momentu była i też nie wygladała na zrozpaczoną.
A wręcz się wzruszyłem (czy wzruszyliśmy, chyba za Basię też mogę pisać) niezwykłą podróżą w czasie/wizytą w szkole. Janka z nami do pewnego momentu była i też nie wygladała na zrozpaczoną.
niedziela, 9 listopada 2014
niepodległość wielkopolski
...pozostaje poza wszelką dyskusją. Jestem w nich (niepodległości, Wielkopolsce), ale mizerność zasięgu każe mi odłożyć obszerniejszą niż ta publikację na środę. Dobrej i nie za zimnej nocy.
Już jesteśmy z powrotem. Chciałbym wrócić do minionego słodko-gorzkiego czwartku. Informacjami skrajnymi nie chcę się tu dzielić, ale z chęcią podzielę się średnią. Otóż w środku pracującego dnia na przejściu dla pieszych przy skrzyżowaniu al. Niepodległości i Koszykowej zobaczyłem żywego Przemysława Babiarza. B. może poświadczyć, że tego nie wymyśliłem, bo sama go widziała z siedzenia kierowcy. Tego się zresztą nie da wymyślić.
Niedzielne Janka, robactwo i jesień na zdjęciu telefonicznym.
Już jesteśmy z powrotem. Chciałbym wrócić do minionego słodko-gorzkiego czwartku. Informacjami skrajnymi nie chcę się tu dzielić, ale z chęcią podzielę się średnią. Otóż w środku pracującego dnia na przejściu dla pieszych przy skrzyżowaniu al. Niepodległości i Koszykowej zobaczyłem żywego Przemysława Babiarza. B. może poświadczyć, że tego nie wymyśliłem, bo sama go widziała z siedzenia kierowcy. Tego się zresztą nie da wymyślić.
Niedzielne Janka, robactwo i jesień na zdjęciu telefonicznym.
niedziela, 2 listopada 2014
kryzys społeczeństwa obywatelskiego
Na wtorkowym pilatesie zastępstwo. Nowa bezczelna pani Asia komenderuje: "Uaktywniamy mięśnie dna miednicy, mięśnie wokół pochwy...", albo: "Prowadzimy ramiona, ale tylko do wysokości zapięcia stanika..." Chciałem jej przypomnieć: proszę szanownej pani ja też tu jestem, ćwiczę od pół godziny w pierwszym rzędzie jakby pani nie zauważyła. Nic. W pewnym momencie coś we mnie pękło i rzuciłem w nią wałkiem z twardej pianki, na którym mieliśmy coś ćwiczyć. Ta niezręczna sytuacja chyba jasno pokazuje w jak mrocznym zaułku znalazło się nasze społeczeństwo. Tak zwane społeczeństwo r-town.
Tymczasem na grantland.com w środę cudowny artykuł The NBA Fan’s Guide to Talking Trash During Pickup Basketball autorstwa Shea Serrano. Pierwszy akapit to historia, jakby wzięta z życia mojego i B. Ale niedoścignione mistrzostwo pióra i wyobraźni, coś czego nie mógłbym tu nie przytoczyć, przyszło dopiero w paragrafie poświęconym zwrotom, których należy używać w przypadku zablokowania czyjegoś rzutu.
“Get that shit outta here!” [Shea Serrano chyba podsłuchiwał kiedy na poczatku września grałem z Piotrkiem Imprezą] Good to use when you really get a hold of someone’s shot, but also good to use if the person you blocked isn’t someone that you’re particularly fond of, but also good to use if you’re at home and one of your kids hands you a bedtime book to read.
Dodatkowo polecam kapitalne amerykańskie komentarze do wczorajszego meczu rugby USA – Nowa Zelandia w Chicago, wynik 6 do 74. NBC pokazała go wczoraj na żywo w najlepszym czasie antenowym!
W poniedziałek również w niezłym czasie antenowym postałem sobie z mamą w korku na moście łazienkowskim. To wynik pewnej decyzji, której nie można niestety określić słowem prudential (czerwony neon na zdjęciu). W sobotę (Wszystkich Świętych) wprowadziliśmy do organizmów znakomitą kolację u wytęsknionego przeze mnie Mikołaja.
Tymczasem na grantland.com w środę cudowny artykuł The NBA Fan’s Guide to Talking Trash During Pickup Basketball autorstwa Shea Serrano. Pierwszy akapit to historia, jakby wzięta z życia mojego i B. Ale niedoścignione mistrzostwo pióra i wyobraźni, coś czego nie mógłbym tu nie przytoczyć, przyszło dopiero w paragrafie poświęconym zwrotom, których należy używać w przypadku zablokowania czyjegoś rzutu.
“Get that shit outta here!” [Shea Serrano chyba podsłuchiwał kiedy na poczatku września grałem z Piotrkiem Imprezą] Good to use when you really get a hold of someone’s shot, but also good to use if the person you blocked isn’t someone that you’re particularly fond of, but also good to use if you’re at home and one of your kids hands you a bedtime book to read.
Dodatkowo polecam kapitalne amerykańskie komentarze do wczorajszego meczu rugby USA – Nowa Zelandia w Chicago, wynik 6 do 74. NBC pokazała go wczoraj na żywo w najlepszym czasie antenowym!
W poniedziałek również w niezłym czasie antenowym postałem sobie z mamą w korku na moście łazienkowskim. To wynik pewnej decyzji, której nie można niestety określić słowem prudential (czerwony neon na zdjęciu). W sobotę (Wszystkich Świętych) wprowadziliśmy do organizmów znakomitą kolację u wytęsknionego przeze mnie Mikołaja.
niedziela, 26 października 2014
design domowy
Chciałbym dopisać krótkie addendum do zeszłotygodniowego kącika czytelniczego. W tym tygodniu w Stanach wyszedł film Laury Poitras o wspomnianej książce Glenna Greenwalda, tzn. dotyczący spotkania Greenwalda ze Snowdenem w Honkongu plus okolice. Film nazywa się Citizenfour i jeśli wierzyć tej recenzji W. Morrisa jest genialny.
Tymczasem na Rakowcu próbujemy wprowadzić dyscyplinę poranków. Nie wiemy czy uda się wyjść na prostą/na jakichkolwiek ludzi. Ale B. jest genialną projektantką, która łączy sztukę z funkcjonalnością, być może zamówię taki program dnia dla siebie.
niedziela, 19 października 2014
dwie książki i ukochana Lisa Fischer
Już dwa tygodnie temu wpadłszy na ten film upewniłem się, że kocham Lisę Fischer. Jeszcze w piątek B. pokonała wszystkich w scrabble, a już w nocy z soboty na niedzielę Babcia M. bez cienia urazy opiekowała się nie kim innym tylko córką tej, która pokonała ją i jej pierworodnego syna. W kąciku czytelniczym dwie książki, które z ręką na sercu mogę polecić wszystkim ludziom: „Izrael już nie frunie“ Pawła Smoleńskiego i „No Place to Hide“ Glenna Greenwalda, obie pożyczył nam Andrzej. Z kalendarium: 25 lat temu, 19 października 1989 roku, w sprawdzianie na 1000 metrów na Szczęśliwicach uzyskałem czas 3:28. A dokładnie 2 dni temu Francuz z Misią byli na koncercie Calle 13 w Bogocie.
Jesień na placu Inwalidów półtora tygodnia temu wyglądała z kolei tak.
Jesień na placu Inwalidów półtora tygodnia temu wyglądała z kolei tak.
niedziela, 12 października 2014
ważne w sporcie
Obejrzałem wczoraj na swoje szczęście piłkę. Wczorajszy należał do najlepszego typu wszystkich meczów: wielki przyciska małego, ale to mały pierwszy punktuje, czym jeszcze bardziej denerwuje wielkiego. Ale wtedy małemu jeszcze raz wychodzi (najlepiej, tak jak wczoraj, tuż przed końcem) i udaje się dotrwać. (Moim zdaniem) ograniczone znaczenie mają: następny mecz, naród, kibice, związek, komentatorzy, histeria – bo to nie następny mecz, naród, kibice, związek, komentatorzy i histeria musieli półtorej godziny zasuwać za tymi (naprawdę dobrymi) Niemcami. Najbardziej liczy się moim zdaniem to, że piłkarze którzy wczoraj grali (kiedy już będą starzy), będą mogli do siebie zadzwonić/spotkać się i powiedzieć: stary, pamiętasz to? A tak naprawdę to nic nie będą musieli do siebie mówić, wystarczy, że na siebie spojrzą. To jest miłe na każdym poziomie rywalizacji, ale na takim pewnie szczególnie. I w ogóle: rzecz nie musi dotyczyć tylko sportu. Dziękuję za pochylenie się nad tą krótką filozoficzną refleksją.
Spędziłem bardzo przyjemne piątek/sobotę na urodzinach pewnej fanatycznej kibicki i niedzielę niemal samotnie z J. Gdzie my to nie byliśmy. Jesień w tym wydaniu jest nie do pobicia, nawet przez Niemców.
Na dowód dwa klony. Genetyka w r-town jest na światowym poziomie.
Spędziłem bardzo przyjemne piątek/sobotę na urodzinach pewnej fanatycznej kibicki i niedzielę niemal samotnie z J. Gdzie my to nie byliśmy. Jesień w tym wydaniu jest nie do pobicia, nawet przez Niemców.
Na dowód dwa klony. Genetyka w r-town jest na światowym poziomie.
niedziela, 5 października 2014
one hot minute
Już o wcześniejszej porze coś bym tu napisał, ale niestety przy sprzątaniu i zmywaniu wpadłem w Internecie (w uchu) na album One Hot Minute grupy Red Hot Chilli Peppers z 1995 roku, który spowolnił moje ruchy sprzątaniowe na rzecz dodatkowych ruchów ciała, niezwiązanych ze sprzątaniem. Dzisiaj Misia zacząwszy od trzech kolejek po 12 punktów każda znienacka wysadziła wszystkich w powietrze, niczym Richard Vivien w Villach w 1987 roku kiedy to wyskoczył zza pleców Andrzeja Mierzejewskiego. Z Basią obejrzeliśmy w mijającym tygodniu trzy dobre filmy dokumentalne na stronie documentary.net – strona warta grzechu. Uzupełnię tę notatkę jeszcze tylko informacją ile osób w ostatnich kilku latach wyemigrowało z Hiszpanii do Ameryki Południowej – chociaż zrobię to jutro, to już dziś mogę zdradzić, że ta liczba może Was zaskoczyć, niczym Vivien Mierzejewskiego w Villach w 1987 roku. Już jest jutro. Otóż plus minus jeden milion przez ostatnie 6 lat.
Tymczasem Polska o tej porze roku w słoneczny dzień jest piękniejsza niż każde, najcieplejsze nawet wakacje czy emigracje. Dlatego żal, że skończyło się rozkładanie pomarańczowego ręcznika mniejszy.
Tymczasem Polska o tej porze roku w słoneczny dzień jest piękniejsza niż każde, najcieplejsze nawet wakacje czy emigracje. Dlatego żal, że skończyło się rozkładanie pomarańczowego ręcznika mniejszy.
niedziela, 28 września 2014
jerozolimski pies
W piątek zabraliśmy się na wycieczkę do wesołego miasteczka w Tel Avivie. Tego samego, do którego prawie 20 lat temu na pierwszą randkę mąż mojej ciotecznej siostry zabrał tę wtedy jeszcze nie swoją nawet dziewczynę na pierwszą randkę. A ona spóźniła się na nią podobno 40 minut! No ale wróćmy do piątku, nie rozgrzebujmy ran. Otóż Basia ustrzeliła dla Janki takiego pluszowego pieska z niebieskim sercem (żetony za 30 zł) zarzucając dwa krążki na drewniany kręgiel. Chociaż mi nie udało się zarzucić żadnego, to po raz pierwszy potrafiłem cieszyć się cudzym szczęściem, ba, kiedy zobaczyłem drugi krążek na tym kręglu to było jak kropelka lsd, ja oszalałem tak jak Andrzej Bachleda (przypominam, że Francuz zna go osobiście), który w wozie transmisyjnym, a może na żywo, oglądał drugi skok Wojciecha Fortuny w 1972 roku w Sapporo i opisał to w książce pt. „Taki szary śnieg“.
Wczoraj z kolei trafiliśmy do Jerozolimy, gdzie popołudniowa drzemka wypadła w parku niedaleko Klasztoru Św. Krzyża. Podczas drzemki podszedł do nas ten jerozolimski pies, wszystko obwąchał, a ja w ostatniej chwili przed swoim własnym zaśnięciem ustrzeliłem na zdjęciu nie dość że tego tropiciela, to jeszcze jego beztroskich właścicieli w lewym górnym rogu.
Wczoraj z kolei trafiliśmy do Jerozolimy, gdzie popołudniowa drzemka wypadła w parku niedaleko Klasztoru Św. Krzyża. Podczas drzemki podszedł do nas ten jerozolimski pies, wszystko obwąchał, a ja w ostatniej chwili przed swoim własnym zaśnięciem ustrzeliłem na zdjęciu nie dość że tego tropiciela, to jeszcze jego beztroskich właścicieli w lewym górnym rogu.
niedziela, 21 września 2014
pochrzestny przegląd filmów
Tam gdzie Gdynia, tam Wajda, do tego mam nadzieję zdążyłem Państwa przyzwyczaić. Kategorie znacie: miałki power, power, mocny power, mega moc power zabijaka, mega moc power zabijaka do kwadratu. Oto kolejna odsłona unbiased reviews.
Jack Strong
Mega moc power zabijaka. Niewiarygodne w jakim kręgu osobowości obracał się płk. Kukliński. Przeszkadzała mi w tym filmie dysproporcja wiarygodności/jakości scen polsko-radzieckich i amerykańskich. Nie ma znaczenia, czy spotkania w Pentagonie, Waszyngtonie właśnie taki naprawdę miały przebieg – po prostu nie były aż tak dobrze odegrane chyba. Dla porównania jak się ten Marszałek Kulikow zezłościł, to wtedy nie było z nim jakichś koszmarnych żartów, oj nie. No i jeszcze ten zimowy pościg po mieście na końcu, gdyby nawet miał miejsce (nie miał) i składał się z samochodów wpadających na siebie i tramwaje, i nawet jeśli był świetnie nakręcony (był – w ogóle świetna ta pani operator), to i tak zmęczył mnie brakiem wiarygodności.
Obietnica
Power. Jeżeli ktoś się zastanawia o czym jest ten film, to ja wiem, bo usłyszałem to z ust reżyserki na spotkaniu z twórcami. Film jest o agresji kobiet. Najbardziej podobała mi się w nim scena, w której nauczycielka przejęzycza się przy przedstawianiu grupy rockowej głównego bohatera, co chyba świadczy o tym, że film nie jest skierowany do mnie. Nauczka dla widza: dzieci należy kochać i nie zostawiać na pastwę losu. Dodatkowa nauczka: z namiętności przed 20-tką nie należy sobie stroić jakichś koszmarnych żartów.
Obywatel
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr to jest duet odważnych i dowcipnych geniuszy, którzy (wydaje mi się) na każdym kroku muszą się z tej dowcipności tłumaczyć i myślę, że to musi być dla nich męczące. Film jest i (bardzo) śmieszny i straszny, ale dystans do ojczyzny (dla mnie) kojący. Chociaż scena, w której oblany sam przez siebie ketchupem działacz Solidarności krzyczy do tłumu za oknem, że ZOMO bije, dla kogoś kto naprawdę był kiedyś przez ZOMO uderzony może być niestety przesadą. Ale to ogólnie świetny film, a najbardziej ze wszystkiego podobała mi się piosenka “Koncert jesienny na dwa świerszcze” jako ścieżka dźwiękowa pod część lat 1970-tych.
Jeziorak
Mocny power. Nie aż tak mocny jak Jack Strong, ale tak jak Jack trzyma w napięciu mięśni od początku do końca i jest pożądnie zagmatwany. Jowitą Budnik w roli głównej nie zachwyciłem się do nieprzytomności jak wielu, chociaż koszmarnego wstydu naturalnie nie było.
Zbliżenia
Power. Męczące to było i nie do mnie skierowane. Ale jeżeli musiał powstać film o trudnej relacji matka-córka, to ten nie był zły. Dobrze, że córce z mężem chociaż na chwilę udało się wyskoczyć nad morze. Pokazana dopiero na końcu perspektywa matki nie wzbudziła we mnie sympatii do nich – perspektywy i osoby.
Fotograf
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Potężny thriller, po którym wydaje mi się, że wszystko w Rosji jest świetne (bo ci rosyjscy aktorzy tak grają!!!), a przez chwilę zachciało mi się nawet nauczyć rosyjskiego. Obejrzałem ten film tego samego dnia co Jezioraka i przez to Jeziorak stracił, chociaż przecież też jest świetny. Podobno rosyjscy aktorzy bardzo zeszli ze swoich stawek żeby zagrać w tym filmie, podobno są wielkimi gwiazdami w Rosji. Reżyser w dzieciństwie był świadkiem jak na rynku w Legnicy młody dezerter stacjonującej w mieście Armii Radzieckiej popełnia samobójstwo na oczach wielu ludzi (ważna scena w filmie). Inna rzecz: aktor grający głównego bohatera Kolę potrafi podobno zrobić 200 pompek; siłę ma, nie tylko fizyczną. Ale ma też dopiero 7 lat, więc reżyser nie chce jeszcze żeby ogladał ten film. Chyba dobrze, bo to wbija w fotel nawet jak się ma 37.
Hardkor Disko
Mega moc power zabijaka. Aktora, który zagrał główną rolę (Marcina Kowalczyka) będę się bał do końca życia. Film jest bardzo brutalny, ale przez to zapewne wiarygodniejszy. Spośród wszystkich filmów konkursu głównego ten jest najbardziej niemożliwy do zapomnienia, scena śniadania po pierwszej nocy jedna z najwyraźniejszych jakie widziałem w życiu.
Miasto 44
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Ktoś mi powiedział, że sztuczne aktorstwo, że (na początku) tylko im iphone’ów brakowało. Mnie też trochę na początku aktorstwo męczyło, ale to chyba o to chodziło, żeby pokazać, że przed Powstaniem niektórzy młodzi ludzie dużo z życia mieli, życie w każdym razie mieli. Sam film to podróż do piekła, byłem chory oglądając to, od pierwszej minuty, z emocji i świadomości do jakiego finału nieuchronnie zmierzamy. I nie ma znaczenia, że dwójka bohaterów przebija się w końcu na łachę na Wiśle. Drugi raz nie obejrzę tego filmu, ale żeby nie było wątpliwości: to jest wierne temu co się stało poetyckie arcydzieło, bo Jan Komasa to i naukowiec i poeta. Jedno z przesłań wg. reżysera: miasto to tylko scenografia, w każdej chwili może się zawalić, niestety aktualne. Najlepszy moment festiwalu: kiedy na spotkaniu z ekipą popłakał się taki młody aktor, ten który zapraszał w filmie niemców na swoje 19-te urodziny. Najbardziej debilny zasłyszany komentarz: „Nie sztuka zrobić coś takiego za 25 milionów złotych.“ Otóż wielka sztuka.
Onirica – Psie Pole
Power. W pewnym momencie pomyślałem, że jestem zbyt mało wrażliwy i zbyt mało doświadczony przez życie żeby to wytrzymać, ale wytrzymałem. Dotrwałem nawet do pogadanki (głównie monologu) z reżyserem Lechem Majewskim, no i jak on zaczyna mówić o tym filmie to od razu robi się on bardziej do wytrzymania. Ale jest trudny do wytrzymania w porywach do nie do wytrzymania.
Sąsiady
Mocny Power. To też nie jest film idealny na pierwszą randkę. Opowiada o skrajnie biednym życiu w kilku łódzkich kamienicach należących do tzw. Famuł, czyli o trochę innej rzeczywistości niż ta ze świata gwiazd w Gdyni. Reżyser Grzegorz Królikiewicz pierwszy raz zobaczył szczelinę między kamienicami (powtarzający się i robiący największe wrażenie obraz w filmie) w 1957 roku, jako świeżo upieczony student 1-go roku Szkoły Filmowej. Łatwo się tego nie ogląda.
Kebab i Horoskop
Poniżej miałkości. Jest skandalem, że ten film znalazł się w konkursie głównym z pozostałymi wyżej opisanymi. Biedny Tomasz Schuchardt, że musiał w tym filmie świetnie zagrać. Rozumiem purnonsens, rozumiem, że trzeba być inteligentnym i dowcipnym człowiekiem żeby te gagi powymyślać; jestem również zdania, że marketing to (często) absurdalny żart. Ale to było po prostu słabe w porównaniu z resztą, i nic mnie nie obchodzi, że trochę się na tym filmie pośmiałem. Niczego to nie było warte, nawet mojego bezcennego śmiechu.
Wajda.
Dzisiaj w końcu ochrzciliśmy najdzielniejszego i najcierpliwszego człowieka na świecie. Dziękujemy za każdą sekundę.
Jack Strong
Mega moc power zabijaka. Niewiarygodne w jakim kręgu osobowości obracał się płk. Kukliński. Przeszkadzała mi w tym filmie dysproporcja wiarygodności/jakości scen polsko-radzieckich i amerykańskich. Nie ma znaczenia, czy spotkania w Pentagonie, Waszyngtonie właśnie taki naprawdę miały przebieg – po prostu nie były aż tak dobrze odegrane chyba. Dla porównania jak się ten Marszałek Kulikow zezłościł, to wtedy nie było z nim jakichś koszmarnych żartów, oj nie. No i jeszcze ten zimowy pościg po mieście na końcu, gdyby nawet miał miejsce (nie miał) i składał się z samochodów wpadających na siebie i tramwaje, i nawet jeśli był świetnie nakręcony (był – w ogóle świetna ta pani operator), to i tak zmęczył mnie brakiem wiarygodności.
Obietnica
Power. Jeżeli ktoś się zastanawia o czym jest ten film, to ja wiem, bo usłyszałem to z ust reżyserki na spotkaniu z twórcami. Film jest o agresji kobiet. Najbardziej podobała mi się w nim scena, w której nauczycielka przejęzycza się przy przedstawianiu grupy rockowej głównego bohatera, co chyba świadczy o tym, że film nie jest skierowany do mnie. Nauczka dla widza: dzieci należy kochać i nie zostawiać na pastwę losu. Dodatkowa nauczka: z namiętności przed 20-tką nie należy sobie stroić jakichś koszmarnych żartów.
Obywatel
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr to jest duet odważnych i dowcipnych geniuszy, którzy (wydaje mi się) na każdym kroku muszą się z tej dowcipności tłumaczyć i myślę, że to musi być dla nich męczące. Film jest i (bardzo) śmieszny i straszny, ale dystans do ojczyzny (dla mnie) kojący. Chociaż scena, w której oblany sam przez siebie ketchupem działacz Solidarności krzyczy do tłumu za oknem, że ZOMO bije, dla kogoś kto naprawdę był kiedyś przez ZOMO uderzony może być niestety przesadą. Ale to ogólnie świetny film, a najbardziej ze wszystkiego podobała mi się piosenka “Koncert jesienny na dwa świerszcze” jako ścieżka dźwiękowa pod część lat 1970-tych.
Jeziorak
Mocny power. Nie aż tak mocny jak Jack Strong, ale tak jak Jack trzyma w napięciu mięśni od początku do końca i jest pożądnie zagmatwany. Jowitą Budnik w roli głównej nie zachwyciłem się do nieprzytomności jak wielu, chociaż koszmarnego wstydu naturalnie nie było.
Zbliżenia
Power. Męczące to było i nie do mnie skierowane. Ale jeżeli musiał powstać film o trudnej relacji matka-córka, to ten nie był zły. Dobrze, że córce z mężem chociaż na chwilę udało się wyskoczyć nad morze. Pokazana dopiero na końcu perspektywa matki nie wzbudziła we mnie sympatii do nich – perspektywy i osoby.
Fotograf
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Potężny thriller, po którym wydaje mi się, że wszystko w Rosji jest świetne (bo ci rosyjscy aktorzy tak grają!!!), a przez chwilę zachciało mi się nawet nauczyć rosyjskiego. Obejrzałem ten film tego samego dnia co Jezioraka i przez to Jeziorak stracił, chociaż przecież też jest świetny. Podobno rosyjscy aktorzy bardzo zeszli ze swoich stawek żeby zagrać w tym filmie, podobno są wielkimi gwiazdami w Rosji. Reżyser w dzieciństwie był świadkiem jak na rynku w Legnicy młody dezerter stacjonującej w mieście Armii Radzieckiej popełnia samobójstwo na oczach wielu ludzi (ważna scena w filmie). Inna rzecz: aktor grający głównego bohatera Kolę potrafi podobno zrobić 200 pompek; siłę ma, nie tylko fizyczną. Ale ma też dopiero 7 lat, więc reżyser nie chce jeszcze żeby ogladał ten film. Chyba dobrze, bo to wbija w fotel nawet jak się ma 37.
Hardkor Disko
Mega moc power zabijaka. Aktora, który zagrał główną rolę (Marcina Kowalczyka) będę się bał do końca życia. Film jest bardzo brutalny, ale przez to zapewne wiarygodniejszy. Spośród wszystkich filmów konkursu głównego ten jest najbardziej niemożliwy do zapomnienia, scena śniadania po pierwszej nocy jedna z najwyraźniejszych jakie widziałem w życiu.
Bogowie
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Wśród innych arcydzieł na festiwalu ten film wyróżniał się niezmąconym pozytywnym przekazem. Historia prof. Religi jest opowiedziana najdowcipniej, najbardziej wzruszająco i najpatriotyczniej jak to tylko było możliwe. Plus naturalnie fantastyczny Tomasz Kot w roli głównej i wielu innych fantastycznych.
Miasto 44
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Ktoś mi powiedział, że sztuczne aktorstwo, że (na początku) tylko im iphone’ów brakowało. Mnie też trochę na początku aktorstwo męczyło, ale to chyba o to chodziło, żeby pokazać, że przed Powstaniem niektórzy młodzi ludzie dużo z życia mieli, życie w każdym razie mieli. Sam film to podróż do piekła, byłem chory oglądając to, od pierwszej minuty, z emocji i świadomości do jakiego finału nieuchronnie zmierzamy. I nie ma znaczenia, że dwójka bohaterów przebija się w końcu na łachę na Wiśle. Drugi raz nie obejrzę tego filmu, ale żeby nie było wątpliwości: to jest wierne temu co się stało poetyckie arcydzieło, bo Jan Komasa to i naukowiec i poeta. Jedno z przesłań wg. reżysera: miasto to tylko scenografia, w każdej chwili może się zawalić, niestety aktualne. Najlepszy moment festiwalu: kiedy na spotkaniu z ekipą popłakał się taki młody aktor, ten który zapraszał w filmie niemców na swoje 19-te urodziny. Najbardziej debilny zasłyszany komentarz: „Nie sztuka zrobić coś takiego za 25 milionów złotych.“ Otóż wielka sztuka.
Onirica – Psie Pole
Power. W pewnym momencie pomyślałem, że jestem zbyt mało wrażliwy i zbyt mało doświadczony przez życie żeby to wytrzymać, ale wytrzymałem. Dotrwałem nawet do pogadanki (głównie monologu) z reżyserem Lechem Majewskim, no i jak on zaczyna mówić o tym filmie to od razu robi się on bardziej do wytrzymania. Ale jest trudny do wytrzymania w porywach do nie do wytrzymania.
Sąsiady
Mocny Power. To też nie jest film idealny na pierwszą randkę. Opowiada o skrajnie biednym życiu w kilku łódzkich kamienicach należących do tzw. Famuł, czyli o trochę innej rzeczywistości niż ta ze świata gwiazd w Gdyni. Reżyser Grzegorz Królikiewicz pierwszy raz zobaczył szczelinę między kamienicami (powtarzający się i robiący największe wrażenie obraz w filmie) w 1957 roku, jako świeżo upieczony student 1-go roku Szkoły Filmowej. Łatwo się tego nie ogląda.
Kebab i Horoskop
Poniżej miałkości. Jest skandalem, że ten film znalazł się w konkursie głównym z pozostałymi wyżej opisanymi. Biedny Tomasz Schuchardt, że musiał w tym filmie świetnie zagrać. Rozumiem purnonsens, rozumiem, że trzeba być inteligentnym i dowcipnym człowiekiem żeby te gagi powymyślać; jestem również zdania, że marketing to (często) absurdalny żart. Ale to było po prostu słabe w porównaniu z resztą, i nic mnie nie obchodzi, że trochę się na tym filmie pośmiałem. Niczego to nie było warte, nawet mojego bezcennego śmiechu.
Wajda.
Dzisiaj w końcu ochrzciliśmy najdzielniejszego i najcierpliwszego człowieka na świecie. Dziękujemy za każdą sekundę.
niedziela, 14 września 2014
trzy spotkania z dzielnicowym
Tytuł tylko w celu dodania efektu dramatu/grozy, tak naprawdę chodzi o trzy spotkania dzielnicowe z ludźmi, na których rzadko tu wpadam. Doszło do nich sobotę.
1. Stefana G. z nc+ spotkałem na działkach koło Pola Mokotowskiego. Janka była zachwycona jego dwoma psiakami, czarnym i brązowym. Ze Stefanem przez rok z hakiem dzieliliśmy obowiązki parzenia herbaty dla gości programu telewizyjnego w Canal+.
2. Profesora Michała Szulczewskiego zobaczyłem (ale wstydziłem się zaczepić) kiedy zbieraliśmy z B i J żołędzie, które później przez szpary w pomoście wrzucaliśmy do najpiękniejszego stawu w okolicy. Żałuję, że go nie zaczepiłem. Mogłem mu powiedzieć, że cały czas mam zeszyt z wykładami z Geologii Historycznej, który trzymam od 1998 roku. Raczej by się ucieszył. Prof. Szulczewski chyba wciąż lubi przyrodę, bo przez kilka minut przyglądał się wyspie na środku stawu.
3. Piotrka Imprezę R. spotkałem niecałą godzinę po profesorze. Był uprzejmy wyciągnąć mnie na koszykówkę i jeszcze tutaj przyjechać. Graliśmy około 40 minut. Naprawdę trudno mi wymyślić zajęcie, które lubiłbym bardziej niż grę w kosza przeplataną gadaniem luźno związanym z tą grą w proporcji 20% gra, 80% gadanie. Po prostu nie ma takiego zajęcia.
Poza tem zakochałem się w Michelle Beadle i Billu Simmonsie. Polecam oglądanie od 40-tej minuty, aż do momentu jak ona mówi:
"He's a different cat that one, very different. And i like it. I like everything about it actually."
Jestem chory psychicznie i będę się leczyć.
Tak wyglądała pogoda z tego pomostu, z którego prof. Szulczewski oglądał wyspę, a my rzucaliśmy żołędzie.
1. Stefana G. z nc+ spotkałem na działkach koło Pola Mokotowskiego. Janka była zachwycona jego dwoma psiakami, czarnym i brązowym. Ze Stefanem przez rok z hakiem dzieliliśmy obowiązki parzenia herbaty dla gości programu telewizyjnego w Canal+.
2. Profesora Michała Szulczewskiego zobaczyłem (ale wstydziłem się zaczepić) kiedy zbieraliśmy z B i J żołędzie, które później przez szpary w pomoście wrzucaliśmy do najpiękniejszego stawu w okolicy. Żałuję, że go nie zaczepiłem. Mogłem mu powiedzieć, że cały czas mam zeszyt z wykładami z Geologii Historycznej, który trzymam od 1998 roku. Raczej by się ucieszył. Prof. Szulczewski chyba wciąż lubi przyrodę, bo przez kilka minut przyglądał się wyspie na środku stawu.
3. Piotrka Imprezę R. spotkałem niecałą godzinę po profesorze. Był uprzejmy wyciągnąć mnie na koszykówkę i jeszcze tutaj przyjechać. Graliśmy około 40 minut. Naprawdę trudno mi wymyślić zajęcie, które lubiłbym bardziej niż grę w kosza przeplataną gadaniem luźno związanym z tą grą w proporcji 20% gra, 80% gadanie. Po prostu nie ma takiego zajęcia.
Poza tem zakochałem się w Michelle Beadle i Billu Simmonsie. Polecam oglądanie od 40-tej minuty, aż do momentu jak ona mówi:
"He's a different cat that one, very different. And i like it. I like everything about it actually."
Jestem chory psychicznie i będę się leczyć.
Tak wyglądała pogoda z tego pomostu, z którego prof. Szulczewski oglądał wyspę, a my rzucaliśmy żołędzie.
niedziela, 7 września 2014
jesień
Doszła do Warszawy jej najlepsza, ciepła (ale już rześka porankami) odmiana. W piątek w drzwiach pierwszego wagonu metra minąłem się z niejakim Żepielem. Nie widzieliśmy się ponad 4 lata – od czasu meczu USA-Ghana na mistrzostwach świata w RPA, który obejrzeliśmy z Łebkersem i Wojtkiem u Żepiela właśnie, na Mokotowie. Niewiele można sobie powiedzieć mijając się w drzwiach metra, ale było w tym coś miłego, z jesienią właśnie związanego: powrót do szkoły. W środę odbył się trening rolkowy przed poniedziałkowym czwartym mitingiem ze Stadionem Narodowym w tle. Cieszę się, że moja miła żona pozwala mi na tę przydatną głowie aktywność fizyczną z elementem zapomnianego przez nią i ciało współzawodnictwa. W niedzielę dzięki zaproszeniu od dziadka wysłuchaliśmy z Janką na żywo w parku zdrojowym w Konstancinie kilku utworów W. Kilara w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Świętokrzyskiej. Zrobiło to na nas jakieśtam wrażenie, ale nie większe niż drewniany mostek w sąsiedniej części parku. A w nocy z soboty na niedzielę obejrzeliśmy z Basią za poleceniem Agaty S. „Gran Torino“ Clinta i z Clintem Eastwoodem z 2008 roku, chociaż oboje byliśmy pewni, że to rzecz z lat 1990-tych.
Niebo nad Bielanami w niedzielę jesienią 2014 roku.
Niebo nad Bielanami w niedzielę jesienią 2014 roku.
niedziela, 31 sierpnia 2014
pomnik Manu
To są dni kiedy coraz ciężej czyta mi się wiadomości ze świata. Wypracowuję powoli taki koszykarski filtr. Na przykład dzisiaj dowiedziałem się, że Manu Ginobli ma swój własny pomnik w Buenos Aires. Jeżeli kiedyś tam polecimy, to już zapowiadam, że będę chciał ten pomnik dotknąć lub złapać za kostkę. Dowiedziałem się też, że Nowa Zelandia przegrała swoje dwa pierwsze mecze na mistrzostwach świata w kosza w Hiszpanii. Jestem pełen podziwu dla tempa w jakim rozwijają się moje zainteresowania.
W sobotę Polskę opuścił David Reid, zastępujący (do wczoraj) przebywającą (do wczoraj) na urlopie panią ambasador NZ w Warszawie. W piątek na Zielonym Jazdowie zjedliśmy razem (David, Janka, ja) obiad oraz napisaliśmy kartkę pocztową do naszego wspólnego nauczyciela P. Russella. Wszystko co mówił o polityce do mnie przemawiało. W dodatku mimo ukradzionego portfela (w sensie jemu ukradzionego, nie że on ukradł) miał o Warszawie do powiedzenia same dobre rzeczy – to też do mnie przemówiło, chociaż nie do końca rozumiałem skąd optymizm. Cieszę się, że moja mama i żona zdążyły poznać Davida. Oraz, że zaakceptowała go Janka.
Piątek, Buenos Aires i ukochany Manu Ginobli, którego ja zaakceptowałem: dawno i w pełni.
W sobotę Polskę opuścił David Reid, zastępujący (do wczoraj) przebywającą (do wczoraj) na urlopie panią ambasador NZ w Warszawie. W piątek na Zielonym Jazdowie zjedliśmy razem (David, Janka, ja) obiad oraz napisaliśmy kartkę pocztową do naszego wspólnego nauczyciela P. Russella. Wszystko co mówił o polityce do mnie przemawiało. W dodatku mimo ukradzionego portfela (w sensie jemu ukradzionego, nie że on ukradł) miał o Warszawie do powiedzenia same dobre rzeczy – to też do mnie przemówiło, chociaż nie do końca rozumiałem skąd optymizm. Cieszę się, że moja mama i żona zdążyły poznać Davida. Oraz, że zaakceptowała go Janka.
Piątek, Buenos Aires i ukochany Manu Ginobli, którego ja zaakceptowałem: dawno i w pełni.
niedziela, 24 sierpnia 2014
pierwszy raz
W sobotę po raz pierwszy taneczny wieczór we dwoje w Marcelinie na 28-mej jak się okazało (nie 25-tej) rocznicy ślubu bardzo bliskich osób. To znaczy po raz pierwszy wyszliśmy, a nasze najukochańsze robactwo zostało pod opieką babci, której jak się okazuje nic nie straszne. Dzisiaj dżdżysta senność, ale mimo to przyjemność, bo i miły obiad i niespodziewane zwycięstwo w wiadomo co. Nie, nie w/na rolkach, co to to nie. Ze względu na deszcz liga rolkowa została przeniesiona na jutro. Przygotowuję się na nią na zajęciach pilatesu z ukochaną Patrycją (w sobotę byliśmy we trójkę, t.j. z Janką: dumą rodziców i wzorem cierpliwości!!!). Jestem prawdopodobnie gotowy, nie mówię na co.
Fotografię dodam jutro.
„Jutro“ jak wiadomo działa każdego dnia.
Byłem potwornie zajęty odtwarzaniem w wyobraźni pierwszej połowy miesiąca, dlatego nie pisałem tu, tylko tu.
„Jutro“ jak wiadomo działa każdego dnia.
Byłem potwornie zajęty odtwarzaniem w wyobraźni pierwszej połowy miesiąca, dlatego nie pisałem tu, tylko tu.
niedziela, 17 sierpnia 2014
The Knicks don't ever play tenacious defense
Przedrzeźniająco: „The Knicks are playing tenacious defense.“
Wyjaśniająco, z prześmiewczym grymasem: „The Knicks don't ever play tenacious defense.“
To są słowa oficjalnego komentatora New York Knicks, które podczas próby do koncertu Esperanza+ cytował Marcus Miller. Na sali byli: Herbie Hancock, Wayne Shorter, Terri Lyne Carrington, Esperanza Spalding, Leo Genovese, menadżerka Esperanzy, menadżerka Herbiego i żona Wayne’a (właśnie tym dwóm ostatnim Marcus chwalił się znajomością z komentatorem Knicksów), no i naturalnie nie wymagający przedstawienia ja. Bardzo (naprawdę bardzo) chciałem się wyrwać i powiedzieć im: Boże, ludzie, o tym akurat mógłbym z Wami porozmawiać, ja czytam wszystko co napisze Bill Simmons, ja się na tym naprawdę znam. Zazdroszczę, że mieszkacie w Stanach, gdzie kultura koszykówki i żarty dotyczące zaangażowania do gry w obronie drużyny New York Knicks nigdy się nie zestarzeją. I że rozumieją i opowiadają je sobie tacy artyści! Ze łzami w oczach przypomniałem sobie scenę z pierwszego filmu „Madagaskar", kiedy zwierzaki uciekły z zoo i jechały metrem, a tam siedział pan z gazetą, której nagłówek z tyłu brzmiał: The Knicks lost again.
Ten tydzień w Gdańsku niestety zupełnie zniszczył mój reżim treningowy na rolkach oraz relacje z dzieckiem, które wszystko robi samo i dostaje szału na samą propozycję przestawienia hulajnogi o 5 cm. Wymyka się ta sytuacja niestety coraz bardziej, ale taka jest cena życia w środku tajfunu.
A tu zdjęcie instrumentu Leo Genovese, któremu Leszek Możdżer w dzień koncertu pomógł rozpisać zagraną na bis piosenkę Stevie Wondera „Sir Duke“. I dobrze z tym potem poszli.
Wyjaśniająco, z prześmiewczym grymasem: „The Knicks don't ever play tenacious defense.“
To są słowa oficjalnego komentatora New York Knicks, które podczas próby do koncertu Esperanza+ cytował Marcus Miller. Na sali byli: Herbie Hancock, Wayne Shorter, Terri Lyne Carrington, Esperanza Spalding, Leo Genovese, menadżerka Esperanzy, menadżerka Herbiego i żona Wayne’a (właśnie tym dwóm ostatnim Marcus chwalił się znajomością z komentatorem Knicksów), no i naturalnie nie wymagający przedstawienia ja. Bardzo (naprawdę bardzo) chciałem się wyrwać i powiedzieć im: Boże, ludzie, o tym akurat mógłbym z Wami porozmawiać, ja czytam wszystko co napisze Bill Simmons, ja się na tym naprawdę znam. Zazdroszczę, że mieszkacie w Stanach, gdzie kultura koszykówki i żarty dotyczące zaangażowania do gry w obronie drużyny New York Knicks nigdy się nie zestarzeją. I że rozumieją i opowiadają je sobie tacy artyści! Ze łzami w oczach przypomniałem sobie scenę z pierwszego filmu „Madagaskar", kiedy zwierzaki uciekły z zoo i jechały metrem, a tam siedział pan z gazetą, której nagłówek z tyłu brzmiał: The Knicks lost again.
Ten tydzień w Gdańsku niestety zupełnie zniszczył mój reżim treningowy na rolkach oraz relacje z dzieckiem, które wszystko robi samo i dostaje szału na samą propozycję przestawienia hulajnogi o 5 cm. Wymyka się ta sytuacja niestety coraz bardziej, ale taka jest cena życia w środku tajfunu.
A tu zdjęcie instrumentu Leo Genovese, któremu Leszek Możdżer w dzień koncertu pomógł rozpisać zagraną na bis piosenkę Stevie Wondera „Sir Duke“. I dobrze z tym potem poszli.
niedziela, 10 sierpnia 2014
stadion-marki-jazdów-rakowiec
Siedzę przed Ikeą w Markach i wspominam dobre dni, napisałbym do Papieża bardzo długi list, ale jestem z wdychającą upał Ronią i przysięgłem sobie, że do czasu wyjścia dziewczyn ze sklepu nie zrobię nic co mogłoby podnieść temperaturę, a taki list by podniósł. Już wyszły.
Przenieśliśmy się na Jazdów, gdzie Janka umierała ze szczęścia kiedy pan Stanisław C. polewał ją wodą z sikawki. Być może się zakochała. Kupiliśmy gorzką cykorię – genialna. Wróciliśmy do r-town, staramy się ochłonąć.
W sobotę odniosłem wielki sukces na Stadionie Narodowym w konkurencji slalom na rolkach, afirmowany szeroko zakrojoną przez Basię kampanią promocyjną na facebooku. Afirmacja życia, czyli jeszcze nie czas umierać. Był to mój największy sukces sportowy od czasu dotarcia z B. do fazy grupowej Krokowej Open.
Sukces (ten sobotni, indywidualny) przyszedł późno, ale jak już przyszedł, jak mi z nienacka nie przyłoży obuchem...
Dziękuję Mamie, że ponad 20 lat temu uwierzyła we mnie i kupiła mi te rolki.
Przenieśliśmy się na Jazdów, gdzie Janka umierała ze szczęścia kiedy pan Stanisław C. polewał ją wodą z sikawki. Być może się zakochała. Kupiliśmy gorzką cykorię – genialna. Wróciliśmy do r-town, staramy się ochłonąć.
W sobotę odniosłem wielki sukces na Stadionie Narodowym w konkurencji slalom na rolkach, afirmowany szeroko zakrojoną przez Basię kampanią promocyjną na facebooku. Afirmacja życia, czyli jeszcze nie czas umierać. Był to mój największy sukces sportowy od czasu dotarcia z B. do fazy grupowej Krokowej Open.
Sukces (ten sobotni, indywidualny) przyszedł późno, ale jak już przyszedł, jak mi z nienacka nie przyłoży obuchem...
Dziękuję Mamie, że ponad 20 lat temu uwierzyła we mnie i kupiła mi te rolki.
niedziela, 3 sierpnia 2014
dwie wizyty
W piątek dwie wizyty: poranna opisywanej tu wcześniej mamy Tatiany i wieczorna Jacka Doiga. Mamę Tani spotkaliśmy z Rońką na porannym spacerze – skończyło się wspólną owsianką o 7:20 i mnóstwem uprzejmości pod adresem chętnie je przyjmującej Janki. Jack Doig (nasz dobry znajomy pochodzący z miejscowości Plimmerton, a dzisiaj już pół-Czech z Brna będący w związku i mający niedługo dwójkę dzieci z rodowitą Czeszką o imieniu Petra, teściowie mieszkają pod nimi) spędził z nami noc i pół sobotniego dnia. Oprócz kupy wspomnień i śmiechu zarobiłem na tej wizycie dwa dobre angielskie zwroty. Jeden (to punch above one’s weight – o sporcie wyczynowym w Czechach, tzn. jak tym Czechom dobrze idzie na nartach, w piłkę czy tenisa) kiedyś być może słyszłem. Drugi (to change shops – zmieniać pracę) to zupełna nowość, ale chyba niemożliwe, żeby Jack sobie coś tak intrygującego zmyślił. W każdym razie oba zanotowałem (ang. duly noted). Janka zaakceptowała Jacka po tym jak rano przeczytał jej kilka stron świnki Peppy. Kiedy już wyjechał przyznała jednak, że był trochę „inny“. Prawdopodobnie męczyło ją to, że ciągle mówił po angielsku i nic nie rozumiał z tego co ona chciała mu przekazać.
Mt. Ruapehu nad chmurami o wschodzie słońca widziany z Mt Taranaki. Taką dosyć jak na nasze umiejętności wspinaczkowe ekstremalną wycieczkę zorganizowaliśmy sobie Jack i ja 10 lat i prawie 5 miesięcy temu.
Mt. Ruapehu nad chmurami o wschodzie słońca widziany z Mt Taranaki. Taką dosyć jak na nasze umiejętności wspinaczkowe ekstremalną wycieczkę zorganizowaliśmy sobie Jack i ja 10 lat i prawie 5 miesięcy temu.
niedziela, 27 lipca 2014
grupa śmierci
W rozegranym dziś rano przy omotanym legendą wejściu nr 19 turnieju piłki siatkowej Krokowa Open (zorganizowanym przez Krokowskie Centrum Kultury w Krokowej) trafiliśmy z B. do grupy śmierci. Bo jak nazwać grupę, w której grają prawdziwi ratownicy? Nie wyczołgaliśmy się z niej, siła złego przerosła nasze palące się do walki serca i opuszki. Taki turniej to mikrokosmos małżeństwa. Ciche, skrywane latami pretensje (nie wyglądasz już jak ten opalony ratownik, nie tak to odebrałaś, nie tam stałaś, zawiodłeś/zwiodłeś mnie przy odbiorze, mogliśmy to zrobić lepiej, czulej, dokładniej) nagle wybuchają jak tykający balon z wiadrem lodowatych pomyj. Ale kiedy podnosimy się z kolan (bo na nie każe nam padać życie), to wiemy jedno: przeszliśmy przez piekło razem.
I choćbyśmy zjedli tysiąc kotletów to i tak rozumiemy, że gdyby Janek z Zuzą K. nie pojawili się w odpowiednim momencie na plaży żeby przez chwilę powykonywać polecenia Janki, to nic z naszego udziału w Krokowej Open by nie wyszło. Jak tylko wejdę w posiadanie zdjęcia-ilustracji to je tu zamieszczę, bo będzie miało sporą wartość sentymentalną, również dla KCK.
Lubię morze i nawet nad morzem tęsknię za morzem. Fotografie Zu K.
I choćbyśmy zjedli tysiąc kotletów to i tak rozumiemy, że gdyby Janek z Zuzą K. nie pojawili się w odpowiednim momencie na plaży żeby przez chwilę powykonywać polecenia Janki, to nic z naszego udziału w Krokowej Open by nie wyszło. Jak tylko wejdę w posiadanie zdjęcia-ilustracji to je tu zamieszczę, bo będzie miało sporą wartość sentymentalną, również dla KCK.
Lubię morze i nawet nad morzem tęsknię za morzem. Fotografie Zu K.
niedziela, 20 lipca 2014
śledztwo i refleksja
Kevin przebywa sam w domu już drugi tydzień, uzależnienie od Internetu, mediów społecznościowych i (w mniejszym stopniu) sportu sięga zenitu. Staram się trzymać (byle jaki bo byle jaki ale jednak – jakby powiedział Wojtek D.) poziom: w przerwach między espn.com i grantland.com posłuchuję (jeszcze nie zasłuchuję się w) BBC Radio 3. Prowadzę też śledztwo serwisów CNN i BBC. W tym pierwszym przeczytałem o pewnym uzbrojonym strażniku pola, na którym leży rozbity malezyjski samolot. Rzuca w kierunku reportera: "Wy jesteście tutaj tylko dlatego, że zginęli Wasi obywatele." To jest zarzut równie absurdalny, co szczery. Wy jesteście z rzeczywistości dobrobytu i nigdy nie zrozumiecie ani mnie, ani pijanego mężczyzny ładującego zwłoki małych dzieci na nie wiadomo dokąd jadącą ciężarówkę. Ten strażnik przecież nie wie co ma robić, bo jego szef nie wie co ma robić. Poza zacieraniem śladów, ale to też łatwo powiedzieć – zabezpieczcie skrzynki, które nie wiadomo jak wyglądają. Przysięgam, że wydaje mi się, że rozumiem tych ludzi. Rosjanie myślę też nie do końca wiedzą co robić: mają problem z określeniem czy rzecz dzieje się na terytorium niepodległej republiki Donbasu (z którą naturalnie nie mają nic wspólnego) czy Ukrainy.
Prawie równo trzy lata temu przez dwa pełne dni byłem z Jackiem W. w Charkowie i wszystko co widzę i słyszę o Rosji i Ukrainie przepuszczam przez filtr obrazów z tamtej krótkiej wycieczki. Potrafię sobie doskonale wyobrazić jedną rzecz. Potrafię sobie wyobrazić, że zewnętrznym obserwatorom, którzy tam teraz są mało co z tego co widzą może pomieścić się w pale.
Tymczasem na fotografii z poniedziałku: Francja pomaga mi nareperować rolki, które w 1994 roku dostałem od Mamy. W nagrodę za przejście z 2 do 3 klasy liceum.
Prawie równo trzy lata temu przez dwa pełne dni byłem z Jackiem W. w Charkowie i wszystko co widzę i słyszę o Rosji i Ukrainie przepuszczam przez filtr obrazów z tamtej krótkiej wycieczki. Potrafię sobie doskonale wyobrazić jedną rzecz. Potrafię sobie wyobrazić, że zewnętrznym obserwatorom, którzy tam teraz są mało co z tego co widzą może pomieścić się w pale.
Tymczasem na fotografii z poniedziałku: Francja pomaga mi nareperować rolki, które w 1994 roku dostałem od Mamy. W nagrodę za przejście z 2 do 3 klasy liceum.
niedziela, 13 lipca 2014
zdrada r-town, czyli pierwszy finał mistrzostw świata w Pochwale
Kto jest ultrasem r-town nie wybaczy mi pewnie, że przeszedłem przez tory i obejrzałem ten mecz meczów (administracyjnie) poza domem-ojczyzną, czyli w Pochwale Niekonsekwencji. Skusił mnie jej hipsterski duch i kawiarniany gwar, nie mogłem się oprzeć, jestem jak minister Nowak i Charlotta.
Wchodzę za trzy dziewiąta, idealnie na hymn Argentyny, która w pełnych niebieskich strojach, czyli dobry znak. Na zewnątrz komplet, ale wewnątrz można stanąć, jest większy telewizor, dwóch starszych obcokrajowców przy piwie, jakaś młoda para chyba prosto z podróży, bo z walizką, minąłem ich przechodząc przez Grójecką, oraz dwie głośniejsze grupki, niestety za Niemcami. Jest Schweinsteiger (tylko sporadycznie nazywany przez D. Szpakowskiego Schweinsteingerem) i Putin, czyli można zaczynać. 8:20, mini-rajd Messiego, dziewczyna z walizką siedząca tyłem do telewizora: „Messi gra w Argentynie?“ Nas, starych kibiców, to oczywiście śmieszy. Za chwilę Higuaín sam na sam, myślę, że może lepiej że nie strzelił, tylko by to rozsierdziło tę niemiecką maszynę. 25 minuta, zwolniło się miejsce siedzące pod telewizorem, zajmują je ja i mój sok. Trener Sabella zaraz się zdenerwuje jak Argentyna będzie się kiwała przed własną bramką, widzę to po jego nerwowym kroku. Niestety trudno mi pohamować radość przy bramce, która okazała się paść ze spalonego, więc zwolennicy naszych zachodnich sąsiadów juz wiedzą, że jestem z tej drugiej strony torów. Argentyna wyszła bez kompleksów, ale wszystko co robią Niemcy wydaje mi się niebezpieczne – ubolewanie. Najgorsza ta petarda w słupek przed przerwą, już się ucieszyli, ale będą musieli poczekać, odnotowuję z satysfakcją. Dopiłem sok więc nie wiem co będzie po przerwie. W każdym razie długo nic nie notuję, bo oglądam jak zahipnotyzowany. 74 minuta, po raz pierwszy mam wrażenie, że Messi jest minimalnie zmęczony. 82 minuta, podobno na boisko wbiegł kibic. Dogrywka, Messi pije Powerade i je batonika, może żel. 5 minuta dogrywki Schweinsteiger minimalnie zdenerwowany na kolegów, że podsypiają (nie widać tego), a jego faulują bez przerwy i litości (nie ci koledzy!). Sytuację Argentyny sam na sam z nieudanym lobem przemilczę, bo do dzisiaj mi się śni. Bramka dla Niemców pierwsza klasa, nóż w serce. Za chwilę koniec, trener Niemców całuje synka Lukasa Podolskiego, przeciskam się przez stoliki i wracam pijaną ze szczęścia i nieszczęścia nocą do domu. Po drodze mijam mnóstwo ludzi z psami i papierosami z nerwów.
Dodaję jeszcze tylko to zdjęcie: rano na Bielanach prosiliśmy nie tyle o „ułomki nadziei“ (to oczywiście D. Szpakowski) dla Argentyny, co o zwykłe słońce nad polskim morzem.
Wchodzę za trzy dziewiąta, idealnie na hymn Argentyny, która w pełnych niebieskich strojach, czyli dobry znak. Na zewnątrz komplet, ale wewnątrz można stanąć, jest większy telewizor, dwóch starszych obcokrajowców przy piwie, jakaś młoda para chyba prosto z podróży, bo z walizką, minąłem ich przechodząc przez Grójecką, oraz dwie głośniejsze grupki, niestety za Niemcami. Jest Schweinsteiger (tylko sporadycznie nazywany przez D. Szpakowskiego Schweinsteingerem) i Putin, czyli można zaczynać. 8:20, mini-rajd Messiego, dziewczyna z walizką siedząca tyłem do telewizora: „Messi gra w Argentynie?“ Nas, starych kibiców, to oczywiście śmieszy. Za chwilę Higuaín sam na sam, myślę, że może lepiej że nie strzelił, tylko by to rozsierdziło tę niemiecką maszynę. 25 minuta, zwolniło się miejsce siedzące pod telewizorem, zajmują je ja i mój sok. Trener Sabella zaraz się zdenerwuje jak Argentyna będzie się kiwała przed własną bramką, widzę to po jego nerwowym kroku. Niestety trudno mi pohamować radość przy bramce, która okazała się paść ze spalonego, więc zwolennicy naszych zachodnich sąsiadów juz wiedzą, że jestem z tej drugiej strony torów. Argentyna wyszła bez kompleksów, ale wszystko co robią Niemcy wydaje mi się niebezpieczne – ubolewanie. Najgorsza ta petarda w słupek przed przerwą, już się ucieszyli, ale będą musieli poczekać, odnotowuję z satysfakcją. Dopiłem sok więc nie wiem co będzie po przerwie. W każdym razie długo nic nie notuję, bo oglądam jak zahipnotyzowany. 74 minuta, po raz pierwszy mam wrażenie, że Messi jest minimalnie zmęczony. 82 minuta, podobno na boisko wbiegł kibic. Dogrywka, Messi pije Powerade i je batonika, może żel. 5 minuta dogrywki Schweinsteiger minimalnie zdenerwowany na kolegów, że podsypiają (nie widać tego), a jego faulują bez przerwy i litości (nie ci koledzy!). Sytuację Argentyny sam na sam z nieudanym lobem przemilczę, bo do dzisiaj mi się śni. Bramka dla Niemców pierwsza klasa, nóż w serce. Za chwilę koniec, trener Niemców całuje synka Lukasa Podolskiego, przeciskam się przez stoliki i wracam pijaną ze szczęścia i nieszczęścia nocą do domu. Po drodze mijam mnóstwo ludzi z psami i papierosami z nerwów.
Dodaję jeszcze tylko to zdjęcie: rano na Bielanach prosiliśmy nie tyle o „ułomki nadziei“ (to oczywiście D. Szpakowski) dla Argentyny, co o zwykłe słońce nad polskim morzem.
niedziela, 6 lipca 2014
na basenie i Bielanach
Pisanie bloga ma wyłącznie sens jeżeli jest się ze sobą i swoimi czytelnikami w stu procentach szczerym. Gdybym napisał, że na sobotni popołudniowy basen z Janką wziąłem swoje kąpielówki to bym po prostu skłamał, a przemilczanie takich rzeczy też nie jest do końca naturalne.
Zorientowałem się już w szatni, kiedy ten najukochańszy klopsiduszek z kaczuszką i psem pluto w ręku był przebrany, uśmiechnięty i gotowy do wejścia pod prysznic poprzedzający.
Oczywiście podjąłem decyzję (split-second decision), że wchodzę. W zwykłych bawełnianych bokserkach z flagą Szkocji (minimalny prześwit) kupionych oczywiście na festiwalu teatralnym w Edynburgu sześć lat temu – w owym czasie ten festiwal bez nas po prostu nie ruszał z miejsca/kopyta – przepraszam za tangent. Wchodzę owinięty w ręcznik jak jakiś totalny zboczeniec, Janka na początek proponuje bąbelki czyli jacuzzi. Siedzę na obrzeżu w tym ręczniku trzymając zdezorientowane dziecko za rękę, wiem, że całe CCTV obiektu i ratownicy mają mnie na oku – tłoku nie ma więc jestem jak na palącej patelni. Wreszcie J. wychodzi, idziemy do brodzika. Za winklem zrzucam ręcznik, wskakuję i już jestem bezpieczny, nieco ponad pas w wodzie. Po ok 6 minutach J. wyraża chęć zmiany basenu na średni. Wyszła sama, stoi nad krawędzią i na mnie czeka, a ja zaczynam tłumaczyć: tatuś zapomniał kąpielówek, nie możemy zmieniać basenu, bo to nie spodoba się obsłudze. Wyjaśnianie chwilę trwa, ale Janka w końcu wraca do mnie i jeszcze parę minut się pluskamy. Wreszcie czas wyjścia: owijam się w ociekający wodą ręcznik, truchtem przebiegamy przed nosem ratowników i pod prysznic. I ten psychologiczny thriller: ratowniczka i ratownik wiedzą przecież, że coś ukrywam, to wszystko za bardzo pachnie kryminałem. Ale my już jesteśmy pod prysznicem, koniec emocji, od prysznica wszystko wygląda powiedzmy w miarę normalnie.
Żaden mundial na świecie nie może czemuś takiemu dorównać.
Tymczasem w niedzielę w czasie mszy na Bielanach podeszła do naszego kocyka pod płotem pani, mama zaineresowanego (en plus) Rońką Tadeusza i opowiedziała dowcip:
Rodzina w restauracji, tata mówi: I prosimy jeszcze o zapakowanie resztek dla psa. A dziecko: „Hurra! Będziemy mieli psa."
Sobota i niedziela są w protokole, został piątek. O piątku zamiast słów opowie to zdjęcie miłych dam.
niedziela, 29 czerwca 2014
kalendarium prywatnego mundialu
Kalendarium: 24-go czerwca J. po raz pierwszy złapała rzuconą przeze
mnie piłkę. 27-go czerwca do bodajże północy przebywałem na imprezie
domowej. Na język samo ciśnie się: król nocy – bodajże do północy. Na imprezie było wiele młodszych ode mnie, bardzo fajnych osób. 28-go czerwca po basenie (z mamą) J. zasnęła na 3h w ciągu dnia i ja razem z nią (spełnienie najpiękniejszych marzeń). 29-go czerwca (po całym dniu u dziadka) J. zasnęła około 18-tej, dzięki czemu zawiozłem narty do ski spa i spędzam miły wieczór z żoną (spełnienie najśmielszych marzeń).
Dodatkowe refleksje o życiu oraz zdjęcie już jutro, czyli tzw. mundialowych emocji ciąg dalszy.
Tak naprawdę to chciałem tylko dopisać/skonstatować bez emocji, a w każdym razie bez entuzjazmu, że w niedzielę minęło 27 lat od śmierci mojego dziadka, który miałby dziś 88 lat. Ludzie tyle spokojnie żyją, czyli to nie jest niemożliwe żeby on dzisiaj jeszcze sobie żył. Ale jaki to jest zupełnie inny świat dzisiaj niż w 1987 roku. Chyba za 27 lat nie będzie aż takiej przepaści między tym co jest teraz, bo to by mnie kompletnie zmęczyło. Gdybym miał szczęście dożyć.
Dwadzieścia siedem lat temu ta dziewczyna, która za chwilę złapie frisbee miała 9 lat. Rońki nie było wtedy jeszcze w najśmielszych planach.
Dodatkowe refleksje o życiu oraz zdjęcie już jutro, czyli tzw. mundialowych emocji ciąg dalszy.
Tak naprawdę to chciałem tylko dopisać/skonstatować bez emocji, a w każdym razie bez entuzjazmu, że w niedzielę minęło 27 lat od śmierci mojego dziadka, który miałby dziś 88 lat. Ludzie tyle spokojnie żyją, czyli to nie jest niemożliwe żeby on dzisiaj jeszcze sobie żył. Ale jaki to jest zupełnie inny świat dzisiaj niż w 1987 roku. Chyba za 27 lat nie będzie aż takiej przepaści między tym co jest teraz, bo to by mnie kompletnie zmęczyło. Gdybym miał szczęście dożyć.
Dwadzieścia siedem lat temu ta dziewczyna, która za chwilę złapie frisbee miała 9 lat. Rońki nie było wtedy jeszcze w najśmielszych planach.
niedziela, 22 czerwca 2014
w lecie w lesie
Miniony poniedziałek po południu, do 128-ki przy Centralnym wchodzi mężczyzna ok 40-stki, rozchełstany szary garnitur, rozluźniony różowy krawat na niebieskiej koszuli, dziwnie powyginany (ten krawat) paskiem od przewieszonej na ukos przez klatkę piersiową torby z laptopem. Mała szara walizka na kółkach, pudełko lego city z wozem strażackim w ręku, chyba wycieńczony pociągiem czy drinkami w Warsie wraca do syna, chwieje się, nie wie czy napisać smsa czy kupić bilet w automacie, rozczochrany, wzrok rozbiegany ale pozytywny, przy Sobieskim rozprasza jego uwagę inny pan w garniturze czekający na przystanku, chyba przypomniał mu że miał wysiąść, wreszcie wychodzi na Raszyńskiej. Ten człowiek to było pracujące, letnie popołudnie w centrum miasta. W pigułce. Uważam, że ludzie o tej porze roku powinni być ze swoimi dziećmi nad morzem, a nie w dżungli, choćby z lego city.
Długi niepracujący weekend spędziliśmy w prawdziwym lesie. Było dobrze, za dnia siatkówka, wieczorem rozpalony mundial i jedno urodzinowe ognisko.
Na tym kolażu autorstwa Basi są same miłe osoby. Wśród nich Tosia i Julka: dziewczyny dzięki którym uwierzyłem, że jestem siatkarzem jeśli nie wybitnym, to w każdym razie mającym w czasie gry wiele do powiedzenia.
Długi niepracujący weekend spędziliśmy w prawdziwym lesie. Było dobrze, za dnia siatkówka, wieczorem rozpalony mundial i jedno urodzinowe ognisko.
Na tym kolażu autorstwa Basi są same miłe osoby. Wśród nich Tosia i Julka: dziewczyny dzięki którym uwierzyłem, że jestem siatkarzem jeśli nie wybitnym, to w każdym razie mającym w czasie gry wiele do powiedzenia.
niedziela, 15 czerwca 2014
wreszcie
27 września w parku olimpijskim w Atlancie wystąpi Outkast. Bo Outkast to Atlanta a Atlanta to Outkast. Nie polecę we wrześniu do Atlanty i nie zobaczę Outkastu, a mimo to wiadomość ta obchodzi mnie bardziej niż taśmy Wprost czy mundial. Ale na szczęście nie bardziej niż dzisiejsza, druga w życiu Janki wycieczka do zoo. Oglądaliśmy między innymi jak małe pingwiny (chyba magellańskie) połykały na późne śniadanie ryby.
We wrześniu nareszcie w Atlancie, fot. z wyżej wymienionego artykułu grantland.com.
niedziela, 8 czerwca 2014
Ray Allen, 38
Oto wydarzenia tygodnia.
1. Powrót Ariny i jej rodziców (bez których nasze i Janki życie jest naprawdę uboższe) z wakacji.
2. Frankowi, Misi oraz Michałowi J. złamał się podczas Akademickich Mistrzostw Polski w żeglarstwie maszt. Jestem tym trochę przygnębiony, bo jako były absolwent i kibic UW (oraz wszystkich przedsięwzięć swojego brata) liczyłem, że wrócą stamtąd zadowoleni z siebie.
3. Przyszedł upragniony koniec semestru i jedyna rzecz, która będzie mnie w stanie zmusić do wstawania przed 6 rano w lecie to wyjście na basen, czyli coś zdrowego i pomagającego w życiu. No i może jeszcze game 7 finałów NBA, gdyby do niej – niestety – doszło.
4. Znowu poczułem, że wszystko przede mną kiedy zobaczyłem to. Przypomnę, że Ray Allen urodził się w 1975 roku, czyli ma prawie 39 lat! Pamiętam jak grał w Miwaukee pod koniec lat 1990-tych oraz u boku Denzela Washingtona w filmie Spike'a Lee "He Got Game" z 1998 roku i czuję, wiem, że jest jakby kimś z rodziny. Myślę, że on mógłby poczuć podobną bliskość do mnie gdyby mnie choć trochę poznał.
Te odważne słowa napisałem na parkingu w Zalesiu Górnym podczas drzemki Janki.
1. Powrót Ariny i jej rodziców (bez których nasze i Janki życie jest naprawdę uboższe) z wakacji.
2. Frankowi, Misi oraz Michałowi J. złamał się podczas Akademickich Mistrzostw Polski w żeglarstwie maszt. Jestem tym trochę przygnębiony, bo jako były absolwent i kibic UW (oraz wszystkich przedsięwzięć swojego brata) liczyłem, że wrócą stamtąd zadowoleni z siebie.
3. Przyszedł upragniony koniec semestru i jedyna rzecz, która będzie mnie w stanie zmusić do wstawania przed 6 rano w lecie to wyjście na basen, czyli coś zdrowego i pomagającego w życiu. No i może jeszcze game 7 finałów NBA, gdyby do niej – niestety – doszło.
4. Znowu poczułem, że wszystko przede mną kiedy zobaczyłem to. Przypomnę, że Ray Allen urodził się w 1975 roku, czyli ma prawie 39 lat! Pamiętam jak grał w Miwaukee pod koniec lat 1990-tych oraz u boku Denzela Washingtona w filmie Spike'a Lee "He Got Game" z 1998 roku i czuję, wiem, że jest jakby kimś z rodziny. Myślę, że on mógłby poczuć podobną bliskość do mnie gdyby mnie choć trochę poznał.
Te odważne słowa napisałem na parkingu w Zalesiu Górnym podczas drzemki Janki.
niedziela, 1 czerwca 2014
wspaniała rocznica
Jest tylko jedna rocznica, która może dorównać doniosłością 25 rocznicy odzyskania przez Polskę szeroko rozumianej niepodległości. Jest to 20 rocznica wydania płyty Ill Communication Beastie Boysów i 50 rocznica zdjęcia z okładki tej płyty. Oto wspomnienie fotografa, Bruce’a Davidsona, musi być w oryginale, kopiuję z genialnego artykułu grantland.com:
[Someone] called and said, ‘We’d like to run a picture on the cover.’ I said I have to hear the music first. … I mean I’m not musical at all. I don’t go much beyond Bach, you know. Anyway they sent me a little tape of the music and I couldn’t make heads or tails of it. It was like a secret language. It was beyond the realm of my experience. So I called them back and said, ‘The music’s great. You can use the picture.’
Tymczasem w domu jesteśmy na etapie, że nie możemy wyjść na basen nie zabierając ze sobą „pociągu“ czyli prostokątnego klocka z kółkami na którym ustawione są inne klocki. Po prostu się nie da. Albo z pociągiem, albo nie idziemy w ogóle.
Niestety wychowanie dziubulińskiego wymknęło nam się nie wiadomo kiedy spod kontroli.
Co nie znaczy, że mamy z J. "ma bell I got the ill communication," co to to jeszcze długo nie.
[Someone] called and said, ‘We’d like to run a picture on the cover.’ I said I have to hear the music first. … I mean I’m not musical at all. I don’t go much beyond Bach, you know. Anyway they sent me a little tape of the music and I couldn’t make heads or tails of it. It was like a secret language. It was beyond the realm of my experience. So I called them back and said, ‘The music’s great. You can use the picture.’
Tymczasem w domu jesteśmy na etapie, że nie możemy wyjść na basen nie zabierając ze sobą „pociągu“ czyli prostokątnego klocka z kółkami na którym ustawione są inne klocki. Po prostu się nie da. Albo z pociągiem, albo nie idziemy w ogóle.
Niestety wychowanie dziubulińskiego wymknęło nam się nie wiadomo kiedy spod kontroli.
Co nie znaczy, że mamy z J. "ma bell I got the ill communication," co to to jeszcze długo nie.
niedziela, 25 maja 2014
Pilates z P. – balsam na plecy dinozaurów r-town
Cztery sprawy. Dzisiaj rano pod siłownią na Pruszkowskiej spotkaliśmy z Janką kobietę w której kocha się pół r-town, w tym niestety tatuś Janki, kobietę, dzięki której r-town to wspólnota nie tylko dusz, ale również ciał. Powiedziałem już wystarczająco dużo, kto tu mieszka i nie wie, ten jest ślepy i głuchy. Chodzi oczywiście o Patrycję, instruktorkę Pilatesu, dzięki której Pilates jest tutaj bardziej popularny niż piłka nożna, poker i picie wódki. Druga sprawa. We wtorek na moją wiadomość email nieoczekiwanie odpowiedział (osobiście i wymijająco) Tony Levin, basista zespołu King Crimson. Od wtorku wmawiam sobie, że od blisko 20 lat jestem fanem King Crimson. Prawie 20 lat temu chętnie słuchałem lokalnego radia o nazwie Thunder 94.5 z Nashville, Tennessee. Puszczali w nim wtedy piosenkę pt. Dinosaur, którą bardzo lubiłem i tego sobie nie zmyślam. Trzecia sprawa: odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego, w obwodowej komisji wyborczej po raz pierwszy zjawiliśmy się z J., co dodało nam powagi. Po południu udział w wyborach wynagrodził Jance dziadek A. podarowując jej pierwszy w życiu rowerek typu laufrad/pushbike. Oksford, Cambridge, Wielka Brytania, to była ta czwarta rzecz, a dzisiaj już – niestety – dobranoc.
Marian Nowicki i Dirk Nowitzki: im obu przydałby się Pilates, ale są to ludzie, których nie łączy – niestety – prawie nic.
niedziela, 18 maja 2014
protokół bólów
To miał być radosny wpis o tym jak wielki champion odniósł dwa wielkie, naprawdę wielkie zwycięstwa w scrabble. W piątek wujek Franek zaczął od ułożenia proncia i twierdził, że jest na 100 procent. A ja poszedłem 7-ką. Wykopywał się z tego dołka przez całą grę (ang. he was trying to stage a remarkable comeback), ale nie dał rady. Z kolei w sobotę (też 1 na 1, tym razem z Basią) maszerowałem pewnie i solidnie po drugą wygraną, gdy wtem ona zawistowała 7-kę (zaników za 89) na do widzenia, bez możliwości jakiejkolwiek riposty z mojej strony. A była 60 punktów za mną w momencie przyłożenia mi w brzuch młotem pneumatycznym podprowadzonym z budowy 2 nitki metra! Taki policzek nie cementuje miłości i trwałości związku i po tylu latach B. powinna o tym wiedzieć. A mimo to mi go wymierzyła. To było po prostu chore i teraz żałuję, że kiedykolwiek rozłożyłem przed sobą szachownicę ze scrabblami. Z kronikarskiego obowiązku przytoczę tu inne fakty tygodnia, ale stety/niestety już jutro.
Z jutro zrobiło się pojutrze, chore jest to tempo (patrz zdjęcie). Do faktów: w sobotę rano pojechałem z J. do ortopedy, która to pani ortopeda została przez J. poczęstowana bezcennym maminym ciastkiem owsianym. Tacie nie wolno się nawet do niego zbliżać, nie mówiąc o powąchaniu. Potem spontanicznie przyszli do nas Homik z Agatką i dziewczynkami: zachwalali bujność przyrody r-town, komplementując ją brzmieli szczerze, nie było miejsca na kurtuazyjny plastik. Po południu basen z J., naturalnie w niebieskich butach i nowych kąpielówkach. W niedzielę rano poturlaliśmy z J. piłkę po boisku, złożyliśmy wizytę w zjawiskowym mieszkaniu Michała i Beaty, potem kościół, plaża z Jackiem, Kasią i ich niezwykłymi dziećmi, odbiór wydruków do dekoracji siłowni pęcickiej i zasłużony powrót na osiedle, gdzie nawiasem mówiąc pływają już przynajmniej cztery małe kaczuszki-nury z pomarańczowymi dziobami.
W koszykówce, wiadomo, kto ma serce ten wierzy w San Antonio. Ja z trudem uwierzyłem jak wspaniale w tym tygodniu reprezentował siebie i nasz kraj Marcin Gortat w krótkiej rozmowie z Shaqiem. I najlepszy znowu Kenny: "This is who I work with." Ten Gortat to jest dla mnie osobowościowo nieodgadniona zagadka.
Z jutro zrobiło się pojutrze, chore jest to tempo (patrz zdjęcie). Do faktów: w sobotę rano pojechałem z J. do ortopedy, która to pani ortopeda została przez J. poczęstowana bezcennym maminym ciastkiem owsianym. Tacie nie wolno się nawet do niego zbliżać, nie mówiąc o powąchaniu. Potem spontanicznie przyszli do nas Homik z Agatką i dziewczynkami: zachwalali bujność przyrody r-town, komplementując ją brzmieli szczerze, nie było miejsca na kurtuazyjny plastik. Po południu basen z J., naturalnie w niebieskich butach i nowych kąpielówkach. W niedzielę rano poturlaliśmy z J. piłkę po boisku, złożyliśmy wizytę w zjawiskowym mieszkaniu Michała i Beaty, potem kościół, plaża z Jackiem, Kasią i ich niezwykłymi dziećmi, odbiór wydruków do dekoracji siłowni pęcickiej i zasłużony powrót na osiedle, gdzie nawiasem mówiąc pływają już przynajmniej cztery małe kaczuszki-nury z pomarańczowymi dziobami.
W koszykówce, wiadomo, kto ma serce ten wierzy w San Antonio. Ja z trudem uwierzyłem jak wspaniale w tym tygodniu reprezentował siebie i nasz kraj Marcin Gortat w krótkiej rozmowie z Shaqiem. I najlepszy znowu Kenny: "This is who I work with." Ten Gortat to jest dla mnie osobowościowo nieodgadniona zagadka.
niedziela, 11 maja 2014
między przystankami
Słowo o mieszkaniu w Polsce i o sąsiedzkości. Rzeczą przyjemną i za granicą trudniej niż w domu osiągalną jest spotykanie starych znajomych w środkach komunikacji miejskiej. W tym tygodniu szczególnie wdzięczna okazała się autobusowa linia numer 128. We wtorek rano mieliśmy z Basią szczęście wpaść na Jacka P., świetnego narciarza, którego ostatnio widziałem 10 lat temu w Wiśle – miał wtedy piętnaście lat. Międzyczasu nie zmarnował, skończył inżynierskie studia w Danii i niedawno, ku radości rodziców i swojej, wrócił do Polski. Pracuje w jednym z banków i wygląda na szczęśliwego. Ja też mu pewnie na smutnego nie wyglądałem – bo nie byłem – w końcu bardzo ucieszyłem się, że mnie poznał. Co tam można wielkiego przez pięć przystanków obgadać. Na pewno nie te sto tysięcy wspomnień. Ale wystarczy sobie o nich wspomnieć spojrzeniem.
Drugie spotkanie może mniej historyczne, ale nierozerwalniej związane z r-town. Tatiana to koleżanka Basi z podstawówki. Co tydzień odwiedza swoją mamę, w ten czwartek wyskoczyły do centrum na coś na wynos u Wietnamczyka. I wracały sobie spokojnie na Rakowiec gdy wtem wsiadłem do autobusu. Mama Tatiany nie do końca mnie pamiętała (poznaliśmy się kiedyś nad stawem), ale doskonale pamiętała Jankę, prosiła, żebym koniecznie pokazał jej małą czarną kaczuszkę-nura, która niedawno pojawiła się w stawie. Takie sąsiedzkie spotkania autobusowe są przyjemne i ciężkie do kupienia, nawet na Halce Banacha.
Przyjemnie w tym tygodniu było również w czwartek na wernisażu Misi (papierkowa robota zdecydowanie da się lubić), 2 razy na basenie z J. oraz w domu i na polu u Ludwika przed paroma godzinami.
Ale z całym szacunkiem dla Jacka, Tatiany i innych... Te dwie dziewczyny na zdjęciu to jest sprawa najmilsza, bez nich życie w r-town i gdziekolwiek indziej byłoby – z całym szacunkiem – pozbawione większego sensu. Fot. Wujek F.
Drugie spotkanie może mniej historyczne, ale nierozerwalniej związane z r-town. Tatiana to koleżanka Basi z podstawówki. Co tydzień odwiedza swoją mamę, w ten czwartek wyskoczyły do centrum na coś na wynos u Wietnamczyka. I wracały sobie spokojnie na Rakowiec gdy wtem wsiadłem do autobusu. Mama Tatiany nie do końca mnie pamiętała (poznaliśmy się kiedyś nad stawem), ale doskonale pamiętała Jankę, prosiła, żebym koniecznie pokazał jej małą czarną kaczuszkę-nura, która niedawno pojawiła się w stawie. Takie sąsiedzkie spotkania autobusowe są przyjemne i ciężkie do kupienia, nawet na Halce Banacha.
Przyjemnie w tym tygodniu było również w czwartek na wernisażu Misi (papierkowa robota zdecydowanie da się lubić), 2 razy na basenie z J. oraz w domu i na polu u Ludwika przed paroma godzinami.
Ale z całym szacunkiem dla Jacka, Tatiany i innych... Te dwie dziewczyny na zdjęciu to jest sprawa najmilsza, bez nich życie w r-town i gdziekolwiek indziej byłoby – z całym szacunkiem – pozbawione większego sensu. Fot. Wujek F.
niedziela, 4 maja 2014
power core weekend
Przegrałem wczorajsze mistrzostwa konstytucji w scrabble. Gdybym wygrał, moi przeciwnicy musieliby wysłuchać jak śpiewam refren utworu Purple Rain – taka była umowa. Umowa zakładała, że jeśli przegram to napiszę, że charczę kiedy biegam i że brak mi pewnej lekkości, czy płynności, a także przyspieszenia na finiszu. Przyznaję, brak mi. Ale majowy weekend był jak na mnie i tak wybitnie sportowy i wybitnie udany. Pracowałem nad swoim core, o jeździe na rowerze po wertepach nie wspominając. Dzisiaj dodatkowo udało mi się telepatycznie wmanewrować Francję w zjedzenie dwóch jajek z wolnego wybiegu na śniadanie, przez co i on stracił lekkość oddechu. Ale jajkom od Mamy jak wiadomo nie łatwo się oprzeć.
Jutro dodam zdjęcie. Dzisiaj dodam tylko, że słowa te piszę w momencie kiedy Dallas jest niemiłosiernie obijane przez San Antonio (35:62 na 3 minuty 21 sekund przed końcem drugiej kwarty) i to jest to co po angielsku nazwać można inevitability. Czarne konie nie powinny dopuszczać do game seven, bo w game seven czeka ich bardzo ciężka przeprawa tratwą przez Amazonkę w najszerszym miejscu.
Majowy weekend w obiektywie Franka P. Nie pamiętam kiedy tak spokojnie i rodzinnie spędziłem tyle dni pod rząd.
Jutro dodam zdjęcie. Dzisiaj dodam tylko, że słowa te piszę w momencie kiedy Dallas jest niemiłosiernie obijane przez San Antonio (35:62 na 3 minuty 21 sekund przed końcem drugiej kwarty) i to jest to co po angielsku nazwać można inevitability. Czarne konie nie powinny dopuszczać do game seven, bo w game seven czeka ich bardzo ciężka przeprawa tratwą przez Amazonkę w najszerszym miejscu.
Majowy weekend w obiektywie Franka P. Nie pamiętam kiedy tak spokojnie i rodzinnie spędziłem tyle dni pod rząd.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Vince Carter nie wie co to obłocony kalosz
Wczoraj w amoku szybkiego wychodzenia na spacerek założyłem J. kalosze lewy na prawą i ten który mi został w ręku na pozostałą, czyli pomyłka była drobna i jedna, ale uruchomiła drugą. Komedia lawinek-pomyłek. Ten robaczek przeszedł w nich dzielnie cały dystans-dysonans od nas do Ilji i Nastii. I oczywiście potworny uśmieszek satysfakcji na twarzach matek w czasie rozbierania. Nastia pod moją nieobecność dodatkowo niechcący poinformowała Basię, że wcześniej tego dnia (dżdżysty poranek), wyszedłem z J. ubraną w same bawełniane rajstopy. Trzy niby słodkie upieczone przez gospodynię jabłka smakowały tego wieczoru wyjątkowo gorzko. Po raz kolejny przekonuję się, że na tym osiedlu – niestety – mało komu można tak naprawdę po ludzku zaufać. Wieczorem błąkałem się po mieście szukając zgubionego (oczywiście tego samego dnia) numeru rejestracyjnego do auta i odkryłem (odkrywam) w swojej depresji genialną płytę sprzed prawie ćwierćwieku: Waglewski Gra-Żonie.
Ucieczka z bagna dopiero dzisiaj o świcie. Zaszyłem się w toalecie, zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że to ja jestem Vincem Carterem ratującym Dallas z opałów, że to mnie obściskują Dirk Nowitzki i Mark Cuban, że gram w NBA i że żałosne piekiełko r-town jest hen daleko po drugiej stronie Appalachów.
Pomocnik ogrodnika w jednym kaloszu, tym razem założonym przez siebie samą, czyli szanse, że na właściwą nogę, są.
Ucieczka z bagna dopiero dzisiaj o świcie. Zaszyłem się w toalecie, zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że to ja jestem Vincem Carterem ratującym Dallas z opałów, że to mnie obściskują Dirk Nowitzki i Mark Cuban, że gram w NBA i że żałosne piekiełko r-town jest hen daleko po drugiej stronie Appalachów.
Pomocnik ogrodnika w jednym kaloszu, tym razem założonym przez siebie samą, czyli szanse, że na właściwą nogę, są.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Jeff Teague
Wczoraj z okazji Wielkiej Soboty daliśmy namówić się na zwiedzanie grobów Pańskich w kościołach na Krakowskim Przedmieściu i Starym Mieście. Udaliśmy się rowerami, duch sportu unosił się nad nami. Jeszcze na Nowym Świecie agresywne, nastoletnie bojówki syjonistyczne wcisnęły nam upamiętniające powstanie w getcie żonkile-naklejki. I tak z tymi żonkilami (ja z dodatkowym na kasku) zwiedzaliśmy groby. A ściśle rzecz biorąc jeden, bo Janka miała szybko dosyć spotkania na styku kultur. Wprowadziliśmy do jej organizmu trochę zupy na ławce przed kościołem Św. Krzyża i wróciliśmy do domu.
Również w sobotę rozpoczęły się playoffy NBA, i tu niestety przykra informacja: nie udało mi się zamówić league passa. Wydaje mi się, że B. celowo zablokowała kartę ("Mamy ważniejsze wydatki." Czyżby?). Ale dowiedziałem się, że Jeff Teague z Atlanty miał tzw. monster game i poprosiłem najbliższych, żeby od dzisiaj tak mnie nazywali, na co od razu przystali. Po scrabblach Mama przeczytała nam na głos genialny wywiad z Aloszą Awdiejewem i dla kogoś takiego jak Jeff Teague było przyjemnym wyzwaniem intelektualnym połapanie się we wszystkim co usłyszał. Nawiasem mówiąc Jeff Teague z żoną wygrali tę partię scrabbli, także sukces goni sukces.
Córka Jeffa Teague'a w butach Jeffa Teague'a, a raczej w momencie wychodzenia z butów Jeffa Teague'a.
Również w sobotę rozpoczęły się playoffy NBA, i tu niestety przykra informacja: nie udało mi się zamówić league passa. Wydaje mi się, że B. celowo zablokowała kartę ("Mamy ważniejsze wydatki." Czyżby?). Ale dowiedziałem się, że Jeff Teague z Atlanty miał tzw. monster game i poprosiłem najbliższych, żeby od dzisiaj tak mnie nazywali, na co od razu przystali. Po scrabblach Mama przeczytała nam na głos genialny wywiad z Aloszą Awdiejewem i dla kogoś takiego jak Jeff Teague było przyjemnym wyzwaniem intelektualnym połapanie się we wszystkim co usłyszał. Nawiasem mówiąc Jeff Teague z żoną wygrali tę partię scrabbli, także sukces goni sukces.
Córka Jeffa Teague'a w butach Jeffa Teague'a, a raczej w momencie wychodzenia z butów Jeffa Teague'a.
niedziela, 13 kwietnia 2014
zdanie w Guardianie
Niedziela palmowa, czas palmy. Odbiła nam i pojechaliśmy rowerami z r-town na Bielany. W tamtą stronę skorzystaliśmy jeszcze z metra, ale z powrotem poszliśmy longiem na dwóch kółkach, nie licząc przerwy na obiad. To jest poplątanie braku odpowiedzialności z miłością niektórych bliskich mi osób do mrozu i dżdżawki, byle tylko akcja „Polska na dwóch kółkach“ nie podumarła.
(Chyba) właśnie w ramach tej akcji w piątek Babcia wsiadła na rower i zrobiła małe kółko przed domem z J. w siodełku.
Z kolei w sobotę przy okazji treningu Basi spotkałem nad Wisłą niewidzianą około 12 lat koleżankę z Lingwistyki Anię – zaimponowała mi swoją trójką dzieci i swoim życiem.
W czwartek zmarła pisarka Sue Townsend, autorka (między innymi) serii książek o Adrianie Mole’u. Kiedy ukończyła 22 lata miała już (właśnie) trójkę dzieci, kiedy miała 23 lata zachorowała na gruźlicę, kiedy miała trzydzieści parę lat miała zawał, a w 2001 roku (w wieku 55 lat) straciła kompletnie wzrok – kolejne książki dyktowała swojemu starszemu synowi. Jako już zamożna autorka pamiętników Mole'a powtarzała, że żadna ilość pieniędzy nie pomoże jej zapomnieć biedy, w której żyła jako młoda osoba.
„The character of Mole [...] is an average teenager but sees himself as an overlooked intellectual“ – cytuję tu takie celne zdanie – zdanie przeczytane w piątkowym Guardianie.
Sponsorem dzisiejszej drzemki i wycieczki był mbank.
(Chyba) właśnie w ramach tej akcji w piątek Babcia wsiadła na rower i zrobiła małe kółko przed domem z J. w siodełku.
Z kolei w sobotę przy okazji treningu Basi spotkałem nad Wisłą niewidzianą około 12 lat koleżankę z Lingwistyki Anię – zaimponowała mi swoją trójką dzieci i swoim życiem.
W czwartek zmarła pisarka Sue Townsend, autorka (między innymi) serii książek o Adrianie Mole’u. Kiedy ukończyła 22 lata miała już (właśnie) trójkę dzieci, kiedy miała 23 lata zachorowała na gruźlicę, kiedy miała trzydzieści parę lat miała zawał, a w 2001 roku (w wieku 55 lat) straciła kompletnie wzrok – kolejne książki dyktowała swojemu starszemu synowi. Jako już zamożna autorka pamiętników Mole'a powtarzała, że żadna ilość pieniędzy nie pomoże jej zapomnieć biedy, w której żyła jako młoda osoba.
„The character of Mole [...] is an average teenager but sees himself as an overlooked intellectual“ – cytuję tu takie celne zdanie – zdanie przeczytane w piątkowym Guardianie.
Sponsorem dzisiejszej drzemki i wycieczki był mbank.
niedziela, 6 kwietnia 2014
zapłacz nad Wisconsin
Żoliborz to nie jest Polska. Tam wszystko jest piękniejsze. Niebo bardziej niebieskie, pająki dla dzieci większe niż gdziekolwiek indziej. Po południu na Kępie spotkaliśmy się z Kasią i Jackiem i po raz kolejny dostaliśmy tym żoliborskim przepychem po głowie. Przed południem wspólnie z Ariną (bez której życie Janki nie ma sensu, obie to wiedzą) pomagaliśmy trochę Buni na działce. Przed- i popołudniowe wyjścia z domu przedzieliliśmy zasłużoną drzemką.
W piątek wieczorem położyłem się z podcastem J. Rose’a i Davida Jacoby’ego na uszach, ale zasnąłem zanim doszli do analizy Final Four. Szkoda, że Wisconsin odpadło z turnieju, chociaż i do Wisconsin i do Kentucky mam sentyment: mój przyjaciel z liceum Kruchy w obu stanach chodził do szkoły średniej, w tym pierwszym do klasy maturalnej, w tym drugim do trzeciej. Ale kochani: to są wspomnienia, mogę się mylić, błagam nie cytujcie tego nigdzie.
A Jalen oczywiście miał Florydę i Wisconsin w finale. Wielki ekspert... a idźcie.
Oto błękit, pająk i poskramiacze pająka.
W piątek wieczorem położyłem się z podcastem J. Rose’a i Davida Jacoby’ego na uszach, ale zasnąłem zanim doszli do analizy Final Four. Szkoda, że Wisconsin odpadło z turnieju, chociaż i do Wisconsin i do Kentucky mam sentyment: mój przyjaciel z liceum Kruchy w obu stanach chodził do szkoły średniej, w tym pierwszym do klasy maturalnej, w tym drugim do trzeciej. Ale kochani: to są wspomnienia, mogę się mylić, błagam nie cytujcie tego nigdzie.
A Jalen oczywiście miał Florydę i Wisconsin w finale. Wielki ekspert... a idźcie.
Oto błękit, pająk i poskramiacze pająka.
niedziela, 30 marca 2014
zalew próśb
Po ostatnim wpisie otrzymałem kilkadziesiąt wiadomości i tradycyjnych listów z uprzejmymi prośbami o wyjaśnienie co lub kto to jest Gonzaga. Świadczą one niestety o postępującej laicyzacji tego w cudzysłowiu społeczeństwa. Luigi (Alojzy) Gonzaga był Jezuitą, żył (zaledwie 23 lata) w 16. wieku, a w 18. został kanonizowany. Jest patronem studentów, a na Górnym Śląsku działa podobno kilka towarzystw młodzieżowych pod jego patronatem, zwanych Alojzjanami. Gonzaga to także prywatny, katolicki uniwersytet sztuk wyzwolonych w mieście Spokane w stanie Waszyngton, ok. 450 km na wschód od Seattle.
Niestety wyrzuciliśmy dzisiaj w błoto kilkadziesiąt złotych na wycieczkę do zoo. Ta mała przestępczość zorganizowana nie dorosła jeszcze psychicznie do miłości którą chcemy ją otoczyć. Nie interesują ją żadne ssaki poza nią samą (i może trochę fokami). Interesuje ją pokazywanie pępka, rozbieranie się i ucieczka. Niestety czasem jej mama zmuszana jest do radykalnych kroków i uświadamiania temu niewdzięcznemu nicpoństwu jakie jest jego miejsce w szeregu.
Niestety wyrzuciliśmy dzisiaj w błoto kilkadziesiąt złotych na wycieczkę do zoo. Ta mała przestępczość zorganizowana nie dorosła jeszcze psychicznie do miłości którą chcemy ją otoczyć. Nie interesują ją żadne ssaki poza nią samą (i może trochę fokami). Interesuje ją pokazywanie pępka, rozbieranie się i ucieczka. Niestety czasem jej mama zmuszana jest do radykalnych kroków i uświadamiania temu niewdzięcznemu nicpoństwu jakie jest jego miejsce w szeregu.
niedziela, 23 marca 2014
z więzienia
Sobota 22 marca 2014 roku w Warszawie czyli niemal bezwietrzne dwadzieścia parę stopni w słońcu. Spędziłem kilka godzin zewnętrznych z J., z czego większość na placu zabaw i działkach, i muszę powiedzieć, że wszyscy napotkani ludzie wyglądali tak, jakby ich właśnie wypuścił z więzienia i ułaskawił Putin. Jakby im przebaczył i zapomniał. Porozbierani, odpalają grilla, sprzątanie plus krzątanina. Tu jacyś pseudo-młodzi słuchają Pink Floydów, inni palą trawę (i stare liście), ktoś narzeka że nie ma hamaka. Przekrój i przegląd wiekowy, człowiek człowiekowi zdecydowanie mniej wilkiem spode łba. Cały weekend napławił (od „nabawiać“, „pławić“ i „napawać“) nas nadzieją, że J. w przyszłości nie będzie miała alergii ani na koszykówkę (w sobotę grała z dziadkiem i z wujkiem!), ani na kolarstwo (niedzielna wycieczka w siodełku za mamą na Starówkę i z powrotem), ani do teatru małego widza (po to ta wycieczka). Zdjęcie postaram się wykombinować jutro. Może będzie dotyczyło wielkiego świata sportu, żeby nie pokazywać się wyłącznie z zaściankowej, ograniczonej czterema ścianami domu rodzinnego strony.
Jest już jutro. Oto David Pellom z Memphis i Przemek Karnowski (rocznik 1993) z Gonzagi, 8. lutego 2014 roku. Gonzaga przegrała wczoraj z rozstawioną z nr 1 Arizoną, ale mówię Wam, ten Przemek wstydu ani sobie ani Polsce nie przynosi. Zdjęcie zrobił Joe Murphy.
Jest już jutro. Oto David Pellom z Memphis i Przemek Karnowski (rocznik 1993) z Gonzagi, 8. lutego 2014 roku. Gonzaga przegrała wczoraj z rozstawioną z nr 1 Arizoną, ale mówię Wam, ten Przemek wstydu ani sobie ani Polsce nie przynosi. Zdjęcie zrobił Joe Murphy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















