is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 5 sierpnia 2018

dwa słowa o surfingu i zawieszenie działalności bloga

Surfing jest niemożliwy. Pewnie warto zaczynać przygodę z nim wcześniej, jak się ma w sobie więcej mocy, ale i tak poziom radości jest wysoki – u Basi wręcz ekstaza. Wymieniamy się co drugi dzień, przy czym napiszmy to sobie jasno: ja czuję się w tym oceanie zagubiony, niczego jeszcze nie czytam, wszystko odbywa się w słynnym whitewashu, ale on jest jak pociąg, nudy nie ma. Ze spraw mniej radosnych: w środę pojawił się taki artykuł https://www.nytimes.com/interactive/2018/08/01/magazine/climate-change-losing-earth.html, pod każdym względem arcydzieło, chociaż niczego smutniejszego przeczytać się nie da.
Podjąłem (niezależną od artykułu i surfingu) decyzję o zawieszeniu tego bloga w próżni, ponieważ od przyszłego tygodnia nie mógłby mieć już w nazwie r-town (przeprowadzka), a pisanie bloga gdzie indziej to mało śmieszny żart. Nie wykluczone, że wrócę tu z podkulonym ogonem, ale nie wykluczone również, że nasz gatunek na Ziemi (czy przynajmniej w Polsce, czy - oby nie - w r-town) do tej pory wyginie i nie będzie już do czego wracać. Ale, na przekór falom, zostawiam sobie tę furtkę, niczym legendarny Jan Furtok. 



Dzieci podziwiają Matkę, jeszcze zanim (nieuchronnie) trafiła do grupy intermedio.

niedziela, 29 lipca 2018

rude awakening

Pierwszy szok to to, że jesteśmy na Fuerteventurze, a nie na Fuertaventurze.
Rzut oka na breakers w El Cotillo pozwala mieć nadzieję, że to będzie porządna fuerta aventura. Po południu usypiając w wózku Ludwika i z Janką na barana traf chciał, że dostrzegłem pana, który sam rzucał do kosza. Oskubał mnie, niestety. Rude awakening bro, jesteśmy w El Cotillo, nie w r-town.

Za to wczoraj na Teglu na telebimie brylowaliśmy, my Polska. Z jednej strony ból i wstyd, z drugiej chyba dobrze, że sąsiedzi mają to dobrze rozpoznane i zapętlowane między wiadomościami o bliźniaczkach Beyoncé. Może dotrze ten dramat do kogoś na zewnątrz, taka message in the bottle.

niedziela, 22 lipca 2018

nie zawsze świeci tu słońce, ale...

...we always deliver on our promises. 



[Dzięki doskonałemu coachingowi] Ludwikowi udało się ujechać już parę metrów bez jakiejkolwiek trzymanki.

niedziela, 15 lipca 2018

zawsze Warta, zawsze wakacje

Znów żółty kombajn, prom na siebie wartej Warcie, słońce, kąpiele w jeziorze po których dzieci nie chorują (stan na dziś). Na przyszły tydzień (bez Mamy) mamy wielkie plany rowerowo-odwiedzinowo-pocztówkowe.  


Myślę, że Michałkow mógłby tu spokojnie kręcić, nie nosem.

niedziela, 8 lipca 2018

cd. (do czwartku włącznie) dziennika zakopanego w wydmie

Dzień 3. Po co kłamać, po co udawać, że życie nas rozpieszcza? Dzisiaj rano, na przykład, na grupę starszą w drodze na przekop chlusnął kapuśniaczek. Gdybyśmy się ugięli i cofnęli to nigdy nie spotkalibyśmy i nie wypytali o pracę Straży Granicznej, nigdy nie odbył by się pięciobój plażowy, szybkość plus koordynacja. Z kolei w grupie 2012 gdyby w porcie Darłówko nie było kolejki do budki na 5 godzin, to pewnie skusilibyśmy się na zakup dzieciom niezdrowych lodów, a tak w zaciszu korony pewnego darłówkowego drzewa zjedliśmy bogate we wszystko, własnoręcznie zrobione kanapki. Po obiedzie i warsztatach (rzeźba w glinie z naszego (!) stawu plus malarstwo) odbył się zakończony remisem 2:2 mecz. Brylowali i dryblowali Marcel i Teo, a dziewczyny mogą mówić o szczęściu, że dowiozły ten remis do końca (doskonała Tosia i Gabrysia, sędziował Witek - przypadek?). Plażowe portrety w galerii zawdzięczamy aparatowi w telefonie Ostoja i korzystnemu światłu (tu już było rozpieszczenie) bobolińskiego zachodu słońca.
~~~
Dzień 4. Łagodny dla skóry, bezlitosny dla bakterii - to hasło żelu którym dzieci przed każdym posiłkiem myją ręce. Zrozumieliśmy, że samą (choćby najdłuższą) jazdą na rowerze nie przygotujemy się do jutrzejszego windsurfingu. Stąd przedpołudniowy, bezlitosny trening-stacje Iron Man Bobolin 2018 na polu obok stadniny, 300 metrów od naszej osady. Stacja nr 1 z Ostojem to równowaga w życiu i na rowerze, nr 2 z Zuzą to myślenie w stresie (slalom plus kółko i krzyżyk), nr 3 to sztafeta na słuch i piłeczkę tenisową z Mateuszem i zespołem Coldplay i wreszcie nr 4 z drabinkami na koordynację i myślenie w stresie umiarkowanym z Witkiem. Wykończone dzieci o własnych siłach doszły jeszcze na plażę i dziękowały kiedy skończyliśmy wycieńczenie szybkości na kopertach. Na wszystkich przedpołudniowych stacjach ćwiczyliśmy oczywiście niezbędną w windsurfingu staminę. Po obiedzie Pacific Ring of Fire na naszej plaży - tu fotografie oddadzą więcej niż wiele słów. Po kolacji Sławek (gospodarz) upiekł z nami chleb i pokazał (dosłownie) jak oddzielić ziarna od plew. Jutro nie chcemy być plewami windsurfingu ani kolarstwa (do jeziora będziemy jechać 8km w jedną stronę!), więc ze względów dietetycznych przełożyliśmy pieczenie kiełbasek na jutro wieczór. To nie do wiary, ale wszyscy śpią, a niektórzy po wieczornych ablucjach.
~~~
Dzień 5. Skrzek mew w rozdezelowanym domu wczasowym „Baltica” na obrzeżach Dąbek. Już on powinien dać nam do myślenia, że to nie będzie walk in the park. W bazie windsurfingowej zderzyliśmy się z instruktorami, którzy zmierzyli dzieci od stóp do głów i wydali wyrok: more prep work. Zanim weźmiemy Was na deski, potrzebujecie more preparation: wejdziecie na piracką łódkę, przepagajujecie pół jeziora Bukowo, nic nas nie obchodzi, że ledwo albo w ogóle nie skończyliście przedszkola. Potrzebujecie koordynacji oko-ręka, dlatego łucznictwo. Potrzebujecie czuć wiatr, dlatego damy Wam popuszczać latawce. Musicie czuć poślizg wodny, stąd skimboarding. Na obiad zjecie kajzerki z bananem, jak Małysz (stamina). A na windsurfing wróćcie jutro, jeśli przeżyjecie dziś. Z podkulonymi ogonami chcieliśmy jak najszybciej uciec, wtedy okazało się, że Krysia złapała gumę. Żeby nie tracić cierpliwości do łatek skorzystaliśmy z busa i uprzejmości obozu Niny i już po 1,5h wszyscy byliśmy w Dębowej Osadzie, a tam niespodzianka: urodzinowe przyjęcie dla Leona z ogniskiem, kiełbaskami, tortem i łowieniem ryb w naszym glinianym stawie. Potem chłopcy sterroryzowali wszystkich, że bez meczu na szczycie takie urodziny niewiele im dają, więc zagraliśmy. 2x10 minut, 3:3, sporo szarpaniny, Fryderyk, Jeremi, (wszyscy zresztą) dzielą się piłką, dlatego tak fajnie się w nią gra.
Choć zdjęcia pokazują, że coś poszło dzisiaj tak, to pamiętajcie: to był dzień próby charakteru zwieńczony gwoździem do trumny: [wyciągniętymi wprawdzie w całości] kleszczami w pępkach Kosty i Janki. Już noc, już ptaki śpią, drzewa śpią, śpimy i my, słodka wabi nas cisza i do snu czule nas ukołysza.
~~~
Dzień 6. Czym jest pierwsza prawdziwa miłość? Jaką ma siłę? Czy może sprawić żeby przystojny młody Amerykanin zamienił rodzinne Fort Lauderdale, FL, na ośrodek wczasowy Spławik 8km za Bobolinem?
Dajmy na to, że Amerykanin nazywa się Cliff, dajmy na to, że dziewczyna w której się zakochuje nazywa się Agata. Tego nikt normalny by nie wymyślił - to musiało wydarzyć się naprawdę i wydarzyło się. I my z naszym obozem weszliśmy w środek ich żaru. On, doskonały skimboardzista z doskonałym podejściem do dzieci (to wiedzieliśmy już wczoraj) okazało się, że to podejście ma również kiedy uczy windsurfingu. Ona, świetna łuczniczka i windsurferka, widać, że szczęśliwie zakochana, przenosi swoje szczęście na uczniów. Ale jakim cudem oboje potrafią uspokoić trochę roztrzęsione (niewiadomą i chłodem jeziora i powietrza) Hanię, Kostę oraz nie mniej przerażone Jankę i Maję i doprowadzić je do stanu uchwyconego na zdjęciach? Jest oczywiście jego śmieszny akcent, który dzieci kochają, ale naszym zdaniem to zasługa, nie bójmy się tego słowa, miłości. Jeśli wszystko pójdzie w tym kierunku, w którym szło dziś, to dzieci będą ją miały i to właśnie do windsurfingu. 
Czy do brzegu - ku niemu zbliżamy się z tym wpisem. Odkładamy na chwilę broń słabeuszy ironię i sarkazm pod łóżko obok skarpetek i szczoteczki do zębów i piszemy to głośno: jest wiele sportów, ale windsurfing to jest windsurfing. Jak mówi Marcel: game-changer.




A tu wczoraj, niespiesznie wracamy przez Tucholę i Świecie.

niedziela, 1 lipca 2018

Bobolin Turbo 2011-2012

Publikuję tu wczorajszy i dzisiejszy facebookowy wpis dziennika obozowego, bo mi się go lekko i chętnie pisze:
~~~
Dziennik Bobolin, rok gwiezdny 2018, dzień 1: dojechaliśmy. Osada Dębowa jest do nas potwornie dobrze przystosowana: ma hektar zielonej trawy do grania w piłkę, piec do pizzy i gospodarza, który umie i nauczy nas ją robić. Byliśmy na plaży, graliśmy we flagi, tylko trochę zmoczyliśmy nogawki w lodowatej wodzie. Wszyscy śpią po dawce lektury, również Teo, który dojechał całkiem niedawno. Jutro rowery, niech to słońce już wstanie.
~~~
Dzień 2. Najwięksi optymiści w swoich najśmielszych marzeniach nie przypuszczaliby... a jednak: starsi bez śladu grymasu przejechali wielką pętlę Osada Dębowa-łąka 1000 krów-Bukowo Morskie (Klasztor Cystersów)-Dąbki-Osada Dębowa (14km), a młodsi pogwizdując dojechali do przekopu między morzem (Bałtyk) a jeziorem (Buków) i wszyscy (starsi i młodsi) zdążyli na obiad. Po nim (w przerwie między jedną a drugą rozgrywką piłkarską) wszyscy zrobiliśmy meduzy z folii, która jeszcze rano owijała nasze drugośniadaniowe kanapki (lekcja recyclingu), a zachód słońca obejrzeliśmy na plaży. Dojechała do nas Agata i ona też już śpi. Wszyscy śpią i śnią o śniadaniu.





Dziś w Bobolinie, sekundy przed odjazdem na akcję.

niedziela, 24 czerwca 2018

tydzień z piłką nożną

No ciężko się to oglądało. To byłoby wielkie zadanie dla wielkich psychologów żeby spuścić trochę powietrza z tych great expectations. Ale to się już nigdy nikomu nie uda. 
Natomiast to, że jeden z Kolumbijczyków nazywa się Cuadrado i żuje gumę, to akurat mi się podobało. I Basi chyba też.



Parę godzin wcześniej w oczekiwaniu na frytki pod BUW-em pojawiła się płonna nadzieja: niebieskie niebo. Zwiodła nas.

niedziela, 17 czerwca 2018

występy Janki, zawody rolkowe w Wesołej i Iris

Upalny tydzień, przytoczę tylko jedną zlaną potem sytuację z Wesołej, z dzisiaj. Będąc ubrany w rolki bardzo chciałem zwieźć taką ciężką żółtą podstawkę pod tyczki parę metrów niżej. Ruszywszy zorientowałem się (po raz kolejny w swoim życiu), że hamowanie z górki sprawia mi kłopot: już wiedziałem, że nie zatrzymam się tam gdzie planowałem. Przy czym nie chciałem przewracać się na asfalt ani w krzaki, więc zdecydowałem, że dla wytracenia prędkości przejadę się po prostu jak gdyby nigdy nic 300 metrów niżej z tą płytką i wrócę też jak gdyby nigdy nic.
No komedia. I jeszcze jak zobaczyłem jednego – może 10-letniego – chłopca, który szedł z tej górki piecem przekładanką tyłem...
Tymczasem Janka (podobnie jak w piątek w DKR na występie modern jazz!) zdecydowanie stanęła na wysokości zadania i ukończyła zawody na pierwszym, medalowym miejscu. Obok na kocu zawodom bacznie przyglądała się Iris. Kto byłby w stanie coś takiego wymyślić przed faktem, tego można było by posądzić o ułańską fantazję.

niedziela, 10 czerwca 2018

holbex

W tym intensywnie chorym tygodniu dowiedziałem się, że dwóch ojców koleżanek i kolegów Janki z Żabek w młodości wygrało WNBA. Z Holbexem, chyba w 1998 roku. Już nigdy nie przekroczę progów przedszkola w ten sam beztroski sposób.
Tymczasem w NBA, chociaż G-State znowu dokuśtykało do mety, uważam, że game 1 i ten reverse call na Lebronie w końcówce czwartej kwarty to był skandal, period. Ale Stepha kocham miłością czystą, co on komu Bogu ducha winien.


Na tym zdjęciu ze środy zgliszcza byłego wejścia na Lingwistykę. Wprawne oko wyłapie wieszaki w szatni i kantorek ksero. Trochę mnie przymurowało do tych zarośniętych fundamentów jak to zobaczyłem.

niedziela, 3 czerwca 2018

namiot nth-time

Za nami n-te nocowanie w namiocie. Nietrudno zdecydować się na taki krok zostawszy (z okazji dnia dziecka) obsypanym prezentami od babci Magdy. Janka wzięła ze sobą do czytania wielkoformatową „Pod Ziemią, Pod Wodą” państwa Mizielińskich, a Ludwik „Maleńkiego Króla” Taro Miury. A z Arinką przed zaśnięciem zagraliśmy dwie rundy Dixita. Dodatkowo pierwszy raz nie doskwierał (mi, bo innym nigdy nie doskwiera) nocny chłód.
W nocy ze środy na czwartek nocowali (normalnie) Marcin z Martą, Filipem i Frankiem. Jakie szczęście, że we wtorek na promocji w Carrefourze ustrzeliłem dwa szklane bidony po 6zł sztuka. Mogliśmy z okazji dnia dziecka podarować chłopakom szklane bidony plus oligocenkę – co więcej można zrobić?



Chyba tylko to, ale trzeba by się mocno uprzeć.

niedziela, 27 maja 2018

armaggedon w Modlinie

Wieczna chwała dla Janki i Basi (i Arinki i Iljii i Nastii), którzy przebiegli dzisiaj jedne z wielu wersji Runmageddonu na terenie twierdzy Modlin. Z Ludwikiem przez jakąś część popołudnia dosyć dzielnie pilnowaliśmy wszystkim plecaków. W efekcie naszych wymodlin mogliśmy powitać wszystkich na mecie, całych i bez kontuzji.


Nie wiem co musi czuć Bill Simmons przed dzisiejszym Game 7, ale potrafię sobie wyobrazić, że zbliżone podekscytowanie do tego, które Ludwik odczuwa na widok królika Duracell.

niedziela, 20 maja 2018

zieleniecka w słońcu

Kołyszą się trawy wzdłuż Zielenieckiej. Stoimy autem (w nim z tyłu mruczy śpiący Ludwik) przed bramą nr 11 stadionu – nie dla nas świat książki (targi książki), dla nas drzemka. Za chwilę przyjdą tu Basia z Janką i z targów zostanie nam tylko książka dla Ninki Fiedorowicz, do której jedziemy na urodziny i kolację. O obiad też się zatroszczyłem: za 20 minut (jest 12:24) ruszamy stąd na Sadybę, na komunię Amelki. Kto potrafi grać w te szachy życia lepiej ode mnie? Nie Basia, która uparła się żeby kupić tym Bogu ducha winnym dzieciom książki (Amy chyba też niestety coś kupiła) zamiast zaoszczędzić parę groszy i żebyśmy po prostu przyszli coś zjeść, ostatecznie jesteśmy rodziną. Dzieciom te wszystkie prezenty nie robią różnicy, tylko je konfundują.



W czwartek byliśmy na rolkach (Janka, Arina, Zuzia), dziewczyny zatrzymywały się żeby jeść podobno jadalne roślinki z pobocza, ja miałem czas na fotografię.

niedziela, 13 maja 2018

cztery sprawy, w tym ekiden

W tym tygodniu cztery sprawy: w czwartek dowiedziałem się, że metro Kabaty z Konstancinem dzieli (łączy) niecałe 6 przyjemnych kilometrów. Po drugie primo wczoraj rozegrałem wygrany mecz koszykówki formuła 2x2 na boisku przy Domu Kultury Rakowiec z własnym Tatą w drużynie, na oczach Janki. Wieczorem po meczu pomyślałem, że mam po nim niestety dużo cech boiskowych: aktywną grę bez piłki mimo braku zdrowych stawów plus sporą dozę młodzieńczej nieodpowiedzialności. Po trzecie primo dzisiaj odbyła się sztafeta Ekiden, w której na piątkę kilometrów wystartowała Basia. Poziom radości kibicujących matce dzieci nie do opisania. Ja to brałem na chłodno, bo wiem do czego jest zdolna. Później (po czwarte) mimo awarii roweru dojechaliśmy do Francji i dobrze było spotkać się w takim składzie raz od wielkiego dzwonu.


Tymczasem Boston came to play tonight, więc może jeszcze chwilę to pośledzę (w przerwach między reperowaniem roweru).

niedziela, 6 maja 2018

powrót do sauny w Hasle

Nastąpił wczoraj o godzinie 21:15 dzięki Olemu z Dueodde, który nam ją otworzył, oraz dzięki Marysi i Matysowi, którzy zostali z dziećmi i na dokładkę zamienili bałagan w naszym domku w porządek. Ole jest jednym z ok. 130-tu członków Badeklubu Hasle, uprawia kukurydzę na paszę i sprzedaje ją sąsiadowi, który ma dużo świń. Sauna kosztuje 20 krone od osoby we wszystkie miesiące oprócz letnich - wtedy jest za darmo. Latem otwarta jest dopiero od roku - lokalne władze poprosiły o to Badeklub i postawiły sprawę tak: Wy doglądacie i utrzymujecie w sprawności saunę również latem, a my opłacamy Wam za to koszty jej ogrzewania zimą. Badeklub musiał i chciał na to pójść.
Ja nie chcę stąd nigdzie pójść, piszę te słowa na promie z powrotem, a już marzę o dniu, w którym z powrotem suchą stopą stanę na suchym bornholmskim lądzie.



Zwyczajnie lubię co ma do zaoferowania: oto praca wykonana wczoraj na plaży na bazie ciemnego łupka z Sommerodde.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Niemcy i prom

Być może spóźniliśmy się o dzień na Tag der erneubaren Energien w Sassnitz, ale na sto procent nie spóźniliśmy się na prom. Tu z kolei po rzucie oka na morze może pasowałby cytat: ‘Es ist ja nicht zu erwarten, dass das Meer sich verändert hat, trotzdem eine leichte Verblüffung, dass es sich tatsächlich nicht verändert hat.’ Max Frisch, Tagebuch 1966-1971 (6, 137).


To, że się nie spóźniliśmy jest pewnym osiągnięciem: udało się przecież wyjechać o świcie i zaoszczędzić na niepotrzebnym noclegu.

niedziela, 22 kwietnia 2018

kolejna wiosna w r-town

Co wiosna potrafi wykonać z mieszkańcami r-town? W piątek, w przyjaznej temperaturze, idę Pruszkowską do Lewiatana, wieczorem, po zakupy na śniadanie, godny pochwały forward thinking. Wychodzący z monopolowego mężczyzna wita drugiego: „O k.........., junior, gdzie ty się tak opaliłeś, stary zgredzie?” Nie jest im łatwo ukryć sympatię jaką darzą siebie nawzajem i podniecenie, że już za chwilę wspólnie się zanietrzeźwią. Pięć metrów dalej jakiś pan w średnim wieku podróżuje z prędkością 2/h deskorolką fiszką, zatopiony we własnych myślach. Co on się tak wygłupia z tą deskorolką, jakby miał przynajmniej 20 lat mniej. Temperatura robi z ludźmi co chce.






Tymczasem w Gdyni, w hotelu w którym przecież najzwyczajniej w świecie nocujemy z naszym psem, już wiedzą czego nie należy (z powodu przeciwutleniaczy) ze sobą mieszać.

niedziela, 15 kwietnia 2018

klub debat ROD

Na działce u Buni dwie Marty i klub debat: czy podjąć pracę w szkole, do której chodziliby Ludwik z Janką? Do jakich poświęceń dla dzieci gotowy jest zwykły człowiek? To trudne pytania, na odpowiedzi trzeba czekać kolejnych kilka dni, ale już nie tygodni.


Co poza tem? Wiedziałem, że stolicą Florydy nie jest Tampa, dzięki czemu wygrałem zakład z Arturem i na wczorajszych zajęciach mogłem korzystać (bez ograniczeń) z tej kosztownej pomocy naukowej.

niedziela, 8 kwietnia 2018

liga 36+

Zapisałem się do ochockiej ligi koszykówki dla osób, które mają 36 lat lub więcej. W czwartek odbył się tak zwany draft, oczywiście w szkole podstawowej nr 152, oczywiście spotkałem na nim niejakiego Jugosławię z Korotyńskiego 48. Wychodząc ze szkoły już po zmroku zobaczyłem (oddalone o jakieś 150 metrów) światła w oknach mieszkania babci i dziadka na Urbanistów. Taki cytat mógłby do tego doświadczenia pasować: ‘Wie bei jedem Wiedersehen mit einem früheren Wohnsitz: Man wird sich unglaublich.’ Max Frisch, Tagebuch 1966-1971 (6, 137)

Na draft przyszedłem w tych butach i tych spodenkach. To też jest unglaublich.

niedziela, 1 kwietnia 2018

czas opowieści

Ludwik zaczyna opowiadać historie, często w ten sposób: „Dziś wczoraj mrozi-kot poszedł na basen pierdoly” (przez "l"). Janka twierdzi, że nie wie skąd wziął się mrozi kot, nie wie skąd wziął się ten rejestr. Trwoga, po prostu trwoga i zimne dreszcze co z nich wyrośnie.

Dzisiaj, w niedzielę wielkanocną, wykonałem zdjęcia do 9-go odcinka kliniki koszykówki. Bez cytatów wideo z open court'u trudno będzie to raczej obronić.

niedziela, 25 marca 2018

proste odpowiedzi

W piątek rano w 175-ce siedziałem obok Czecha i Czeszki w średnim wieku, którzy otarli się o śmierć ze śmiechu na widok billboardu "Zostań dawcą szpiku". Przeprowadziłem błyskawiczne dochodzenie: szpik kojarzył im się przede wszystkim ze szpekiem/tłuszczykiem. Tak jak pisałem: w Czechach wszystko jest lepsze i prostsze.
Zapytacie jakim chorym zbiegiem okoliczności jechałem w piątek 175-ką. To proste. Zostawiłem klucze w domu (=wykluczenie) i musiałem jechać po komplet Basi, która zostawiła go dla mnie w Cafe Nero na Krakowskim. Czemu nie rowerem/veturilakiem? Bo w domu zostawiłem maskę antysmogową. To jest życie prostych pytań i prostych odpowiedzi.

niedziela, 18 marca 2018

przedszkole na dwunastą

Czwartkowe przedpołudnie przebimbaliśmy z Bombalińskim na Szczękach. Karimatę rozłożyłem przy tej małej zielonej trampolinie na której on skakał. Obyło się bez hantli.




Do przedszkola trafiliśmy w południe. Kto ma takie życie?

niedziela, 11 marca 2018

zapiski

"Zapiski z wygnania" urywają d............ . Już ponad dobę temu wróciłem z Teatru Polonia i przysięgam, że ciągle mam przed oczami kilka obrazów: dwóch (chyba) braci mamy głównej bohaterki milcząco stojących na dworcu (a w pociągu mama z główną bohaterką machają do nich jak szalone i nie wiedzą czemu oni tylko po prostu stoją!), to jak główna bohaterka przestaje pisać do chłopaka w Polsce, to jak ona pisze o Polsce! To jak zostajemy tu sami, bez żydów czy murzynów, z naszym antysemityzmem czy rasizmem. No wstrząsające to jest po prostu. Jak zawsze: siła jednej osobistej historii, lepszej niż milion statystyk (których swoją drogą oczywiście nie znałem).




Gorąco polecam zapiski-z-wygnania.

niedziela, 4 marca 2018

Bad Gastein

W Bad Gasteinie można się bez pamięci w nartach (Ski) Amade (o ile oczywiście „Amade” oznacza „zakochać”). Przekonałem się o tym oraz o tym, że na nartach z dziećmi dobrze jest często wypinać się z nich i bawić w śniegu. Utwierdziłem się, że z 10-tek tysięcy dostępnych km tras zawsze wybiorę ski cross i slalom ponieważ drzemie we mnie niestety duch przygody.







Doskonałe towarzystwo w Bad Gasteinie. Wraca całe, już od jutra z powrotem w swoich domach i pracach.

niedziela, 25 lutego 2018

niedziela, 18 lutego 2018

relaks w hotelu

W czwartek relaksowałem się w miłym towarzystwie w hotelowej saunie by już w piątek zjechać z tegoż hotelu do dworca kolejowego w śmieszne 30 minut przy minimalnym uszczerbku poślizgu. W Szwagropolu miałem cztery minuty zapasu, czyli też nie bez klasy. Na szkolenie w pracy zdążyłem nieco przypadkiem, a po południu ucieszyłem się (odruch bezwarunkowy) zobaczywszy rodzinę.



Nie wiem kto wymyślił życie, ale wykonana robota nie zostawia too much room for improvement.

niedziela, 11 lutego 2018

kalesony one

Nie widziałem jeszcze w Tatrach takiej ilości śniegu jaką widzę dziś, ale znowu aż tak wiele razy w nich nie byłem. Teraz jestem w nim (śniegu), otoczony nim, otoczony ponadsmogową poświatą i ciszą, której za sekundę (już idą dzieci) nie będzie. W smogu zostawiłem własne skarby, ułożywszy uprzednio życie im i 15 innym osobom tak, żeby pasowało do mojego.




Ale spokój to tutaj jest, tego nikomu nie można odmówić.

niedziela, 4 lutego 2018

applaus, applaus

Ustawa IPN. Trudno wyobrazić sobie coś równie durnego. Co kogo obchodzi co ktoś pomyśli za granicą? Nic. A tu, myślę, nie przegrają żadnych wyborów do końca świata. Nawet bez sądów!! Polacy zjednoczą się w walce z pomówieniami żydowskiej, amerykańskiej, ukraińskiej – każdej! – sekty. To wszystko jest tak dalekie od II wojny światowej i zagłady, za to bardzo bliskie szatanowi, który dziś sobie chodzi po ulicy. Przesmutne to jest po prostu.
Wczoraj za to na szkoleniu (czy tuż przed właściwie) odkryłem ładną piosenkę (Applaus, Applaus – chyba dla ustawy IPN napisał ją niemiecki indie-rockowy zespół Sportfreunde Stiller). Myślałem, że odkryłem jakąś nowinkę, a tu niespodzianka: istnieją od 1996 roku. 




W poniedziałek przed blokiem Janka uratowała przed zaginięciem rękawiczkę Arinki. Remarkable, bo rękawiczka od kilku dni nie niepokojona przez nikogo leżała w topniejącym śniegu.

niedziela, 28 stycznia 2018

Ludwik w Biedronkach, tydzień 1

Cechowała go dzielność i samodzielność. Podobno przedkładał zabawki nad integrację. Na przerwach smogowych na zewnątrz okazywało się, że posiada soft spot dla własnej siostry. Jakiś nazwijmy to: kącik w sercu.



Piątkowa wspólna drzemka została minimalnie skrócona wywrotką wózka przed Żabką, ale szampański, przedweekendowy nastrój nie wywrócił się ani nie zmącił.

niedziela, 21 stycznia 2018

nieugięty uśmiech

Po przechorowanym tygodniu na obozie mam następujące przemyślenie: chory człowiek, który nie ma wyjścia i musi wyczołgiwać się na narty nie może mieć zbyt wysoko postawionej poprzeczki jeśli chodzi o minę. W sensie, wymaganie od niego/niej uśmiechu jest zbrodnią.
Nie dałem się i nie uśmiechnąłem ani razu. Wszystko co się w tym stanie robi ogranicza się do ograniczania strat: damage control all day baby. Jako bonus w poniedziałek odeszła Dolores O'Riordan, jakoś nie postawiło mnie to w sekundę na nogi. Zmywając naczynia przesłuchałem dziś (już nad własnym, nieaustriackim zlewem) całej płyty No need to argue, no nie da się nie wzruszyć. Przy czym teraz dodatkowo wzrusza mnie (nie słyszany wcześniej) irlandzki akcent.



Dla sprawiedliwości: piątkowe zawody były bardzo udane i Janka bardzo szczęśliwa, więc nie będę się chlastał.

niedziela, 14 stycznia 2018

w Bad Klein kończą się żarty

W piątek długa nocna wycieczka do Karyntii. Bezsenne Czechy od 2 do 6-tej rano, pozbawienie sensu. Mordęgę wynagrodził częściowo słynny Puchar Świata kobiet w Bad Kleinkirchheim, ale tylko częściowo, bo po nocce i w zziębnięciu. Jance póki co podoba się i hotel i obóz i Austria.





A tu stromizna plus prędkość – wpatrywanie się w nie kosztowało nas trochę zdrowia, bez lukrowania.

niedziela, 7 stycznia 2018

koniec semestru

Nastąpił dziś, czyli wcześnie, bo za pasem ferie. We wtorek Janka po raz pierwszy w życiu jeździła na biegówkach. W zapierającej dech turbozimowej Jizerce. Wspomnienie nie zginie nigdy, bo zdjęcia są zbyt ładne. Wczorajsze zawody na Szczękach też zapamiętam dobrze, bo nic nie stało się jednej z dziewczynek, która wywinęła dobrego orła jeszcze przed startem.




Tu jedno z tych dobrych zdjęć z Jizerki, fot. Marta Kopyt.