Nie ma chwili do stracenia, nie ma czasu na przegląd prasy. Za 4 godziny wyjeżdżamy na obóz do Włoch (Italia) i jest tylko jedna wiadomość, na którą ewentualnie znalazłby się czas. W roku 1927 był plan wybudowania na Fortach (nie kortach) Szczęśliwickich stadionu narodowego. Była tam kolejka i doszło nawet do tego, że jej stacja w tym miejscu nazywała się Warszawa-Stadion. Wkrótce zmieniono nazwę na Warszawa-Strzelnica, bo to ona powstała na Szczęśliwicach zamiast stadionu. Po wojnie nasze (Basi i moja) matki budowały tam w ramach prac społecznych górkę szczęśliwicką. Te pierwsze informacje (o stadionie) przeczytałem w tym tygodniu w Rzepie, więc jest szansa, że to nie lipa. Ta druga (o matkach i górce) to efekt komunikacji międzypokoleniowej.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 26 grudnia 2010
ahoj śnieżna przygodo
niedziela, 19 grudnia 2010
Bruce Hornsby i Crimbo time
To był udany tydzień. W sobotę na Szczęśliwicach ośmioletni Eryk zdradził mi, że poprzedniego dnia Hamburger niezasłużenie pokonał Mönchengladbach 2:1. Oglądał, więc wie co mówi. W radiu na stoku poleciały Driving home for Christmas oraz The way it is Bruce'a Hornsby'iego. To ostatnie przypomniało mi taką legendę. Doszedłem do wniosku, że nie mam nic przeciwko tym Szczęśliwicom ani przeciwko szczęśliwcom, którzy dzielnie walczą żeby się tam nie zabić.
Z kolei wieczorem odbyło się spotkanie wspominkowe coolersów w r-town. Wojtek uważa, że nie ma źle wykonanych poleceń, są tylko źle wydane. Przykład źle wydanego polecenia: "Zdejmij proszę ten obrazek ze ściany". Dobrze wydane polecenie: "Zdejmij proszę ten obrazek ze ściany uważając żeby nie rozwalić ramki i nie zbić szyby i jak będziesz go kładł na podłogę to też uważaj żeby nie rozwalić ramki i nie zbić szyby."
A tytułowe Crimbo to po prostu Christmas. Wiem to dzięki akcji metra pod kryptonimem "Angielski z George'm".
Chciałem napisać komentarz do wczorajszych wyborów na Białorusi ale w końcu zdecydowałem się na podanie do wiadomości co następuje:
W tym tygodniu w Buenos Aires ruszył el bicing, czyli system wypożyczania i poruszania się rowerami po mieście – gratis.
niedziela, 12 grudnia 2010
his swag is crazy
Swag czytaj swagger, czyli to jak się ktoś prowadzi – taki osobisty cool. Może być rzeczownikiem lub czasownikiem. Urban dictionary wyjaśnia jego znaczenie tu. W tym tygodniu na zdanie w tytule zasłużyły następujące osoby:
1. Derrick Rose, koszykarz Chicago Bulls, za świetny mecz z Lakersami. ESPN.com napisał, że to Joakim Noah (syn francuskiego tenisisty Yannicka) wypowiedział je właśnie odnośnie swojego kolegi z drużyny. Bardzo możliwe, bo Joakim Noah is crazy and his swag is crazy.
2. Jacek, mój kolega z pracy, za to co wyprawiał na parkiecie w swoje (i swojej żony) 35 urodziny w pewnym żoliborskim lokalu wczoraj wieczorem. Bardzo się cieszę, że mnie tam zaprosił, bowiem his swag is crazy.
3. Max Frisch, szwajcarski pisarz, bo mi się podoba jak opowiada o życiu. Odkryłem właśnie kanał tematyczny jego archiwum na portalu youtube – http://www.youtube.com/user/maxfrischarchiv – bezcenny (i znowu darmowy) prezent od r-town report dla osób mówiących po niemiecku, chociaż tak naprawdę sam akcent Frischa is crazy.
4. Franek, mój brat, za wygranie dzisiejszych scrabbli i zamontowanie okapu w kuchni. Z przyjemnością potwierdzam to co świat dawno już wie: his swag is crazy.
4. Franek, mój brat, za wygranie dzisiejszych scrabbli i zamontowanie okapu w kuchni. Z przyjemnością potwierdzam to co świat dawno już wie: his swag is crazy.
Oto sklep Społem "Pod Imperialem" w Zakopanem w styczniu 2010 roku. Jego swag is crazy, a w każdym razie jego kształt is crazy. Podczas mijającego weekendu Basia po raz kolejny służbowo mieszkała dwa kroki od niego, lub koło tego co z niego zostało, bo sama nie jest pewna czy on wciąż tam stoi. Jej własny swag w każdym razie nie stracił na tej podróży. Ale niewykluczone, że swag sklepu (lub miejsca po nim) zyskał na jej bliskości.
niedziela, 5 grudnia 2010
wikileaks ślepa na oczywistą prowokację ortodontów z USA i UK
W autobusie numer 175 zamieniłem w czwartek rano kilka słów z pewnym ortodontą z Wielkiej Brytanii. Zdobyłem jego sympatię pomagając mu skasować bilet. Przyjechał do nas na szkolenie prowadzone przez słynnego amerykańskiego profesora. Wybrali sobie Polskę w grudniu na to szkolenie – agent Tomek by takiej przykrywki nie wymyślił. Córka kupiła mu czapkę z nausznikami i powiedziała, żeby się nie przejmował, że śmiesznie wygląda, najważniejsze żeby było mu ciepło. Wyglądał w tym autobusie ZTM Warszawa rzeczywiście dobrze: po pierwsze był Hindusem, po drugie przy kości, po trzecie uśmiechnięty. Powiedział, że oprócz śniegu, którego nigdy nie widział tak dużo, podoba mu się, że ludzie są tu tacy opatuleni (muffled). Chciałem go poprosić żeby to rozwinął niczym szalik, ale w końcu bez fałszywej skromności przyjąłem jego komplement za dobrą monetę dla nas wszystkich – ludzi mrozu zza żelaznej kurtyny.
W tym tygodniu po raz kolejny odkryłem dla siebie geniusz dwukrotnych zdobywców Grammy (i dziesięciokrotnych zdobywców Latin Grammy) – takich Puerto Ricańskich Kazików – którzy nazywają się Calle 13. Oto próbka.
W tym tygodniu po raz kolejny odkryłem dla siebie geniusz dwukrotnych zdobywców Grammy (i dziesięciokrotnych zdobywców Latin Grammy) – takich Puerto Ricańskich Kazików – którzy nazywają się Calle 13. Oto próbka.
The Dominion Post podał wczoraj do wiadomości, że lato w Wellington może być w tym roku wyjątkowo suche. Przewodniczący komitetu dobrego samopoczucia kulturalnego i socjalnego miasta Wellington i okolic (Greater Wellington's cultural and social wellbeing committee chairman), pan Nigel Wilson, powiedział: "I urge people to start going easy with water whenever possible."
Tymczasem cynizm nowo wybranych władz Rakowca przekracza kolejne granice. Jaką rolę w tym wszystkim gra Wienchu – tego też nie wiem. Do zbulwersowanych sytuacją zaliczam Rońkę – w te zimowe dni wołam na nią Robespierre, ze względu na jej wolnościowe zrywy ze smyczy i poganianie ślizgających się staruszek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
