Celowo wybieram amerykańską pisownię tytułu, bo urodziła się tego samego dnia co Magic Johnson.
Moja córeczka Janeczka.
We wtorek o 4:15 rano (wtedy właśnie przyszła na świat) ważyła 3,3 kg, mierzyła 55 cm i miała 10 punktów w słynnej skali punktacyjnej. Obu Bohaterkom mijającego tygodnia (zdjęcie poniżej, obie Bohaterki przez kompletnie-konkretne B) wiedzie się dobrze. Położna i lekarze zaobserwowali u mnie brak zamartwiania się z tego powodu.
Miałem w planie obszernie przytoczyć tu trzy historie-ilustracje stanu psychicznego świeżo upieczonego ojca, ale te historie (umyślane zawczasu) już po urodzeniu wydają się jednak dosyć durne. Miały ilustrować:
1. szok
2. cud
3. wiarę/niedowiarę w cuda zakończoną cudem.
No ale dobrze, dla porządku i w telegraficznym skrócie (for dramatic effect, jakby powiedział Sir Charles), przytaczam:
1. Mój kolega Piotrek "Impreza" wraca kiedyś na ławkę rezerwowych po trafieniu obu rzutów osobistych w końcówce meczu ligi żoliborskiej i, po napotkaniu mojego pełnego podziwu wzroku, siada obok mamrocząc:
"Przestań, sam jestem w szoku."
Używam tego teraz słowo-w-słowo przy odbieraniu gratulacji.
2. Wspaniały film "Dziewięć Królowych", który oglądaliśmy z Basią podczas podróży poślubnej. Scena: wierzyciel dopada i zaciąga w zaułek dłużnika (Ricardo Darín), a przy okazji jego młodszego kolegę z którym szedł tamten, i stawia sprawę na ostrzu lufy: pieniądze albo życie. Ale tamten młodszy kolega (Gastón Pauls) wymyśla na poczekaniu jakąś niewiarygodną historię, która sprawia, że wierzyciel traci pewność siebie i w końcu sam ucieka z zaułku.
Dłużnik (do młodszego kolegi, poprawiając sobie marynarkę): "I widzisz człowieku czemu Cię potrzebuję?"
Młodszy kolega (do dłużnika, patrząc na niego z politowaniem, wypowiada (ale chodzi o to jak wypowiada!) tylko jedno słowo): "Cud."
[w sensie, że cała ta sytuacja jest absurdem, że to, że wychodzą z tego cało, to jeden wielki, ciężki (heavy duty) cud.]
3. Rok 2001, weekendowy magazyn ARD z golami Bundesligi, oglądam go sobie wieczorem w Bremie, w której pracuję na rykszy. Piłkarz tej niemożliwej Arminii Bielefeld strzela bramkę i jak to w zwyczaju biegnie opętany w którąś stronę; tymczasem dopada go kolega z drużyny, chwyta za koszulkę, chwytem judo obala na ziemię, za chwilę stawia go (nie zwalniając chwytu) do pionu, potrząsa cztery razy, patrząc mu w oczy i klnąc, policzkuje – nie zmyślam tego, tak grała w tamtych czasach Arminia – jakby chciał powiedzieć: "Widzisz, łajzo, niedowiarku, jednak daliśmy radę."
Strzelec tego gola to oczywiście ja, a ten kolega-brutal to Pan Bóg.
Ten sam, który tamtego lata pomógł Arminii.
Inspire Magic. Meet Magic. Swoją drogą: mało jest koszykarzy na świecie? Dlaczego trzeba się było urodzić akurat tego samego dnia co Magic? I kto przy zdrowych zmysłach naprawdę wierzył, że już nie wrócę do tego, za przeproszeniem, wątku z początku?
PS: Zmieniłem nazwę tego bloga. Stara nie pasowała do nowej atmosfery na dzielni.