is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 30 grudnia 2012

the outlaw appeal czółna nr KP-RYP-0241A

To jasne, że ostatni wpis roku powinien mieć w sobie kilka okrągłych zdań. Wybrałem następujące, autorstwa Alexa Pappademasa:
"[...] no rap group charted a more Beatles­esque career arc." [than the Beastie Boys]
"[...] they bent the music to their own concerns without robbing it of its outlaw appeal." (to oczywiście o wczesnych Beastie Boysach).
Każde zdanie w artykule Alexa Pappademasa z dzisiejszego magazynu New York Timesa jest moim zdaniem bardzo ładne. Ciekawa rzecz: domem Alexa Pappademasa jest grantland.com. Ten Bill Simmons (twórca i redaktor prowadzący grantland.com – nie wiem po co rozjaśniam coś jasnego jak słońce, jasnego jak najjaśniejsza z gwiazd) nie przestaje zmiatać mnie z moich chudych kulasów.


Które to notabene kulasy już drugi dzień z rzędu zaprowadziły mnie nad jezioro, do pokładającego się przy nim czółna (maori: waka) na rypińskich blachach.

niedziela, 23 grudnia 2012

słowo hochvolatil: dźwięk i styl

Kto nie zagląda tu wyłącznie po to, żeby przeczytać co słychać w dalekobieżnym ruchu autobusowym w Niemczech, dla tej/tego zamieszczam jedną informację osobistą. Chodzi o podziękowania dla żony za organizację wczorajszego zostawmy skromność w osiedlowej altance śmietnikowej bankietu, dla zaproszonych za przybycie, dla Andrzeja za nalewki, oraz dla Franka za rozwiezienie wszystkich (z niechlubnymi wyjątkami Zuzi i Fiedersa) gości do domów. Za rok powtórka, a już w 2014 Soczi zaprasza na 22. Zimowe Igrzyska Olimpijskie.
Ale wracając do tych autobusów. Chodzi o uwolnienie rynku od 1 stycznia 2013. Do tej pory w Niemczech (między innymi ze względu na środowisko) nie wolno było oferować dalekobieżnych usług autobusowych na odcinkach "obsługiwanych" przez kolej. Teraz te gapy zorientowały się, że może jednak konkurencja w postaci tanich autobusów przysłuży się także środowisku, na zasadzie 50 osób w jednym autobusie zamiast 25 w autach. Niespodzianka... . Powtarzam, Niemcy są cywilizacyjnie lata świet(l)ne za nami.
Niespodzianka 2: Deutsche Bahn nie zamierza inwestować w dalekobieżne autobusy. Zmienny (ulotny olejek kamforowy) rynek (niem. hochvolatiler Markt), słaby margines zysku, wszystko jest dla nich za słabe, komfort jazdy w porównaniu z koleją też za słaby. Otóż jedna informacja: kolejarze, obyście się nie obudzili z ręką w nocniku. Firma DeinBus już oferuje przejazdy z Frankfurtu do Monachium za 9 euro, nie w żuku z plandeką, tylko w "pałacu na kółkach", jak mówią o swoich autokarach ludzie DeinBusa. Informacja pochodzi stąd, a ja życzę wszystkim hochvolatilowcom Wesołych Świąt.



Prezent urodzinowy od żony: 10 naszywek z logo najcudowniejszego refugium naszych czasów (toaleta+espn). Jedną mi gdzieś schowała, żebym przynajmniej jednej nie zgubił. Sama mi je naszyje (na szyję?) gdzie zechcę lub zechce.

niedziela, 16 grudnia 2012

monsoon wedding: dagger swag w 128-ce

Bloger nie może sobie pozwolić na czytanie książki czy słuchanie muzyki w autobusie. Powinien być zawsze czujny, bo nie wie przecież kiedy wydarzy się coś, co być może uświadomi jego czytelnikom jak zmienia się społeczeństwo, jak zmienia się Polska.
Wchodzę do 128-ki w środę po południu, ścisk jak pieron, los chce żebym stał koło Wietnamczyka podrywającego w biały (choć ciemny jak noc) dzień pewną blondynkę. Typowo wietnamska ignorancja: amory w przeddzień rocznicy stanu wojennego. Opowiada o swojej byłej dziewczynie z Nadarzyna, która dowoziła go do Janek, bo wracał od niej tak późno, że z Nadarzyna nie było już autobusów do centrum. Podryw na byłą dziewczynę... mówię mu w myśli: "człowieku, dokąd ty zajedziesz?" A jednak... blondynka siedzi wpatrzona w niego, zadaje pytania pomocnicze. On tymczasem płynnie przechodzi do swojej pracy magisterskiej na Prawie, którą ma nadzieję obronić w czerwcu. Próbuje kokieteryjnie: "To znaczy, obrona w czerwcu to jest plan, a jak będzie…" Oboje się śmieją, ona-podpora: "Spoko, dasz radę." Są zgodni co do posiadania samochodu w Warszawie: masakra i totalny bezsens. Ona nie zamierza przywozić tu auta od rodziców, którzy mieszkają 6h pociągiem stąd. Wszystko im się klei, nawet kiedy ten mądrala zaczyna jej opowiadać o jakiejś grze komputerowej, której wszystkie lewele przeszedł jak burza.
Donoszę tylko na wypadek końca świata, że ona chyba jest zakochana (jest/była), a przynajmniej w środę go lubiła. Zakochana w tym jego nie-warszawskim (chociaż to był chyba warszawiak!) dagger-swaggerze.



Ale gdzie jego dagger-swaggerowi do killer-swagu Justyny Kowalczyk z córką. Autorem zdjęcia jest Nastia, kolejna super newcomerka r-town, towarzyszka zimowych spacerologii po cmenarzu żołnierzy radzieckich.

niedziela, 9 grudnia 2012

obowiązek i nobilitacja

Jestem zażenowany swoim ubiegłotygodniowym wpisem. Zero rozwoju, zero horyzontów, pusty mózg, kogo obchodzi ta przedrukowana papka, że ktoś 15 lat temu powiesił gazety w oknie!? W ramach pokuty chodzę po mrozie bez koszuli, Basi kazałem do siebie mówić "agent Tomek", ta narracja mnie i ją nie tylko podkręca, ale też nobilituje i zobowiązuje.

Był taki moment w piątek rano. Siedziałem w autobusie, pełnym, ale nie nabitym. Z przodu, ale tyłem do kierunku jazdy. Na światłach tuż przed przystankiem przy Rotundzie wnętrze tego autobusu na kilka dobrych sekund ogarnęła, zapewne wzmocniona bielą za oknem, cisza. Wszyscy po prostu siedzą lub stoją, kierowca nie puszcza radia, nie zauważyłem też nikogo ze słuchawkami na uszach. Każdy podróżuje niby oddzielnie, ale przez tę ciszę na chwilę razem. "How odd, how grotesque" pomyślał mój mózg. Przez to, że było tak rano i tak jasno, nie było w tym nic "kafkaesque" (Merriam-Webster: having a nightmarishly complex, bizarre, or illogical quality). Zaskoczę Was, ale kafkaesque to jedyny wyraz w języku angielskim pochodzący od nazwiska niemieckojęzycznego pisarza.



Dla niezorientowanych ludzi lasu, którzy zamiast robić zakupy w centrum chodzą swoimi ścieżkami: tak wygląda Rotunda ze wspomnianego wyżej przystanku. Zdjęcie zrobiłem 3 grudnia, zanim spadł śnieg.

niedziela, 2 grudnia 2012

punkt-spełnienie: j-23 na basenie

W tym tygodniu Jalen Rose zdradził, że dawno temu, będąc niepewnym miejsca w składzie zespołu Indiana Pacers, pożałował wydania kilkunastu (jak twierdzi) tysięcy dolarów na żaluzje czy rolety, bo czuł, że w każdej chwili może go czekać przeprowadzka. Okna w wynajmowanym przez siebie domu w eleganckiej dzielnicy miejscowości Cromwell dla ochrony przed światłem oklejał gazetami.
Ludzie zrozumcie mnie. Każdy bloger marzy o przyłapaniu swoich czytelników na przeczytaniu czegoś, co nimi choć trochę wstrząśnie. Wierzę, że dzieląc się powyższą informacją dobrnąłem do takiego punktu-spełnienia.
Posłuchajcie w wolnej chwili rozmów jakie prowadzą Jalen Rose i David Jacoby. Nie chodzi nawet o treść, chodzi o formę (a ściśle o jej przerost, ang. style over substance). To dla niej już do końca życia moja ścięta głowa będzie marzyła żeby ona i reszta ciała była czarnoskórym (choćby byłym) graczem NBA.


Tymczasem właśnie dzisiaj na świat przyszła druga córeczka Fiedersa. Można powiedzieć, że przyszła już w zimie. I można śmiało powiedzieć, że trochę tę zimę wielu osobom rozświetli. W każdym razie swoim urodzeniem już przyćmiła solidny przecież performance Janki na drugich w życiu zajęciach pływackich.

niedziela, 25 listopada 2012

przepraszam za mięśnie

W sobotę rano zrobiłem 15 pompek, co prawie skończyło się napisaniem czegoś w rodzaju poematu czy odezwy do Basi pt. "Ja skała  przepraszam za mięśnie", ale potem niestety (sadly) popełniłem niezjadalny zestaw warzyw na parze. Miał być na drugie śniadanie, ale tak jak już wspominałem był niezjadalny, atmosfera się oziębiła i został sam tytuł.
Ale weekend był genialniejszy od pompek i warzyw. A zwłaszcza niedziela: genialniejsza i ekstremalniejsza. Otóż ten mały dziubulinek ze zdjęcia poniżej po raz pierwszy w życiu pływał w prawdziwym basenie. Wszystko oczywiście wyłącznie dzięki wrodzonej odwadze rodzonej matki.

Oto bez cienia wątpliwości (hands down) najlepsze zdjęcie rodzinne od  czasu 53. urodzin Magica Johnsona. Czas i okazja: 23 listopada 2012, III warsztaty Marz Kartkę. Czapki z głów dla Fiedersa, który zmienia ten padół na lepszy. Autor zdjęcia: Grzegorz Stykowski, fotograf uwieczniający zmiany.

niedziela, 18 listopada 2012

no bending backwards

Sobota była wyjątkowa. Chodzi o tę starą prawdę o spędzaniu czasu z ludźmi, z którymi ma się ochotę go spędzać. Mimo młodego wieku już wiem, że warto stawać na głowie (bend backwards), żeby to robić. A że wczoraj obyło się bez stawania na głowie, to i radość większa. Wyliczam chronlogicznie, od otworzenia oczu wczesnym rankiem: Basia, Janka, Michał, Mateusz, Maria, Marta, Marcin, Filip, Ludwik, Jola, Staś, Franek, Michalina, Zuzia. Na większości z nich udało mi się nawet wymusić obejrzenie poniższego filmu, co uczyniło ten dzień, co ja mówię, weekend, jeszcze piękniejszym.
Zagubienie i osłupienie otoczenia spowodowane nietypową sytuacją: to działa na moją wyobraźnię i poczucie szczęścia w sposób bezpośredni, niewytłumaczalny. Na leczenie jest za późno. Może i dobrze, bo nie byłoby tanie.

niedziela, 11 listopada 2012

wysypka z podniecenia

Godnym wzmianki narodowym akcentem naszego (Janki, Rońki i mojego) porannego przemarszu alejką rolkarzy na Polach Mokotowskich była strzałka z napisem "Biblioteka Narodowa". Nie ulegliśmy emocjom i szliśmy równym tempem do celu, czyli domu, przez działki i (już naprawdę ostatnie) winogrona.

Ja uległem emocjom w tym tygodniu tylko raz, w czwartek, w czasie czytania wywiadu z Maciejem Stuhrem w Dużym Formacie. Wydaje mi się, że to jest klasa światowa jeżeli chodzi o mądrość i wrażliwość. Z okazji Dnia Niepodległości wszyscy powinni zobaczyć film Pokłosie (o którym już tu pisałem) i przeczytać ten wywiad.
Tymczasem za oceanem: porażka Mitta to najlepsze co mogło przytrafić się republikanom, napisała w środę sz.de. Z wielkiej łaski zgodzę się z tym, bo to co on ma/miał “na” Obamę to jest jakby powiedziała jedna z moich nauczycielek na studiach “herzlich wenig”. Druga z palących kwestii zagranicznych jest taka, że Nowy Jork zaczął sezon od czterech wygranych, a Houston... szkoda słów. Mam dreszcze i wysypkę z podniecenia na całym ciele jak myślę, że turek Ömer Aşık wychodzi jako pierwszy center.




To coś wystającego ze śniegu nie jest z Turcji, ani nie nazywa się Ömer Aşık. Zagadka: co to jest?

niedziela, 4 listopada 2012

intymne zwierzynia

Ostatni spacer wakacji wiódł przez Zwierzyń, dlatego zdecydowałem się na coś w rodzaju intymnych zwierzeń. Otóż w Zwierzyniu wpadliśmy na dzikiego indyka i Basia celnie wypunktowała, że mamy do czynienia z sytuacją indor outdoor. 
Mam nadzieję, że to zwierzenie nie jest oznaką kompletnego zezwierzęcenia. 
Z kolei ja na widok uli w drodze ze Zwierzynia do Myczkowców uświadomiłem sobie jak niemożliwe jest życie Urszuli i Ulricha. Ktoś może powiedzieć:
- Widziałem ule. (Ula myśli, że ją widział)
Albo:
- Ładna perspektywa uli. (Ulrich myśli, że ona chwali ich wspólne widoki na przyszłość)




To jest właśnie taki ładny widok uli w Uhercach Mineralnych po drodze nad wodospad oraz cmentarz żołnierzy poległych w czasie I wojny światowej, 31 października 2012.

niedziela, 28 października 2012

niedobór słabych punktów

Późną jesienią bieszczadzkie rolling hills między Orelcem a Myczkowcami nie cierpią na nadmiar słabych punktów. Za to możliwe, że bez nas cierpiałyby katusze z powodu osamotnienia. Na szlakach spotkaliśmy póki co jednego (cyfrowo 1) człowieka. Zajście miało miejsce w sobotę około 11:15 rano, na szczycie Rubeń, 481 metrów nad poziomem morza. Mężczyzna był ok. 75-letnim mieszkańcem Orelca, właścicielem 8 krów rasy jersey. Krowy pasły się na skraju lasu, w którym on zbierał grzyby. W młodości przez 27 miesięcy służył w Kielcach, większość czasu jako plutonowy. Do nas mówił rymem jak Ali, na widok Janki spytał "Co to za grzyba państwo tam niosą?", ja się tylko chichrałem jak głupi z każdego słowa, niezdolny do nawiązania cywilizowanego dialogu, a on pewnie myślał "if i had a lower IQ i could enjoy this conversation." No miłe to zajście było, szkoda strzępić papieru.
Jeszcze jedna rzecz, na którą wpadłem w aucie w drodze z Krakowa (nocowaliśmy u rodziców Mikołaja B. i to jest kolejny z tryliona plusów tych wakacji) do Jasła, słuchając z dziewczynami, dacie wiarę, Chopina. Czy ktoś już kiedyś wykorzystał tę niemożliwą pisownię nazwiska żeby napisać: "dobry chłopina z tego Chopina?" Jeśli tak, to proszę przyjąć najserdeczniejsze gratulacje, jest pan/pani tak samo uczulony/uczulona na piękno języka jak ja.




Jak tu wreszcie ktoś przyjedzie oprócz nas to ja z żoną polecamy przejście przez rezerwat przyrody Koziniec. Na zdjęciu dyżurny tropiciel przygód (ze względu na kolor łapek mówią tu o nim "the black mamba") dba o nasze bezpieczeństwo na tzw. szpicy.

niedziela, 21 października 2012

nawet najlepszy coxwain nie zawróci Wisły wiosłem


Męska ósemka ze sternikiem (men's eight with coxwain) Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego wypływa na szerokie wody finansjery w sobotę rano.
Jesieni 2012 (nawet w kontekście akwenów nie całkowicie obojętnych kaczkom) nie sposób nazwać brzydkim kaczątkiem.

niedziela, 14 października 2012

Riquelme z r-town

Trener Fornalik zdecydował, że nie powoła Janki na wtorkowy mecz z Anglią, mimo że Janka przybiera na masie i rozumie szybciej niż dorosły mężczyzna. Może (jak Irek Jeleń) nie pasuje mu do koncepcji? W każdym razie telefon milczy jak zaczarowany ołówek. Oby, jak już powołanie na kadrę przyjdzie, J. nie okazała się takim "one hit wonder" jak Domarski. Mówimy oczywiście o pamiętnym remisie, a w zasadzie wygranej, z Wembley z 1973. 
Przysięgam, że nie schodziłbym do tej piwnicy wszystkich tematów gdyby nie chimeryczny Román Riquelme, który w czwartek wyznał, że być może wróci. Ale tylko jeśli jego syn zechce go obejrzeć w akcji. On mi (głównie z imienia) przypomina Koseckiego, chociaż ten nie był aż taką chwiejącą się na chudych nogach chimerą. Ale prawda jest taka, że gdyby J. zechciała kiedyś żebym wrócił, to bym wrócił: choćby z piwnicy, do której uprzednio zszedłbym po kartofle.
Jeszcze o naszej córce: przed chwilą w trakcie lotu Felixa Baumgartnera wykazała się elementarnym brakiem szacunku dla tego typu kosmicznych szaleństw. Ale co konkretnie robiła, to już pozwolą Państwo, że przemilczę. Albo dobra, powiem. Robiła to, co ja bym zrobił do tej kapsuły na miejscu Felixa. Jeżeli to ma się dawać czytać, to to wszystko musi być tak subtelnie niedopowiedziane i w tym kierunku zmierzam.






Oto kontuzjowany Riquelme podczas obchodów drugich miesięcznych urodzin J. (zwanej "Riquelme przyszłości"). Obchody objęły też piątą rocznicę ślubu rodziców oraz urodziny Babci Riquelme przyszłości.
Jedzenie, które z tej okazji wprowadziliśmy do organizmów było takie, że oryginalny Riquelme padłby plackiem, a umierając ze szczęścia zdążyłby tylko wybełkotać: "Czegoś tak dobrego w życiu nie jadłem". Fot. Franek P.

niedziela, 7 października 2012

brevity – Winston Churchill też ją kochał






Dzisiaj około godziny 9:30, podczas pływania Basi, sprawdziliśmy z Janką jaki kolor mają liście na Szczęśliwicach. Kilka minut wcześniej osobiście przeszliśmy przez światło tych brązowych bramek na boisku koło zajezdni autobusowej.

niedziela, 30 września 2012

migotanie przedsionków Michałkowa

W tym tygodniu tylko jedno spostrzeżenie, ale za to potworna głębia (profoundness). Na mieście wisi plakat: 30-te urodziny T. Love. 

Ale ten czas leci... 

(to jest to spostrzeżenie)

W maju 1993 wybrałem się na koncert tych (jak mi się wtedy wydawało) dinozaurów rocka, premiera albumu King. Mój kolega z podstawówki Markos (zbieżność pseudonimów z meksykańskim Kingpinem nie do końca przypadkowa) chyba wpadł na Muńka w drzwiach obrotowych Riviery Remont. Ale możliwe, że podkoloryzowuję te wspomnienia w przypływie wzruszenia.





Płynie jak lata T. Love'u, migoce jak u Michałkowa: Wisła wczoraj rano.

niedziela, 23 września 2012

cicha fantazja

Nie jest tajemnicą, że nawet najlepsze pary wpadają z czasem [jeśli nie na ścianę to] na gipsościankę miskomunikacji, zaplątani w wir (to niemieckie "wir" rozluźnia się wtedy niczym bęben w starej pralce) codzienności, mają sobie nawzajem coraz mniej do powiedzenia, gubią wspólny mianownik, więcej czasu poświęcają na szukanie ładowarki do smartfona niż tego wspólnego mianownika. Smutno o tym pisać, ale my tu w r-town nie jesteśmy lepsi. I nic mnie nie obchodzi jeśli naszemu dziecku zawali się na głowę świat kiedy przeczyta te złote zgłoski za kilkanaście lat: prawda musi boleć. Zresztą szybko odkopie się spod cegieł, bo oto co następuje:
Ja, siedząc dziś rano na toalecie, zupełnie przypadkiem, odnalazłem ten wspólny mianownik! Odnalazłem coś czego możemy się wspólnie z Basią trzymać do śmierci, jak brzytwy (my brzytwy). To coś to podcast Billa Simmonsa z jej (mojej żony) cichą fantazją, może najbardziej skrytą, idolem wogieńpójść idolów - tak zgadliście - Jimmy Kimmelem. Simmons zaprosił go w piątek z różnych okazji, ale głównie z takiej, że Kimmel za kilka godzin, o 8 wieczorem ET, w ABC, czyli amerykańskiej jedynce, poprowadzi rozdanie nagród Emmy. Co się okazuje: oni się znają od lat! To Jimmy Kimmel ściągnął Simmonsa do Los Angeles! Czytam to ostatnie zdanie piąty raz, dudni mi w głowie ze szczęścia i z otumanienia, jakby moja głowa była dzwonem na szyji alpejskiej krowy. Ważna informacja: to nie jest tak, że ja rozumiem dużo więcej niż 40% z tego o czym oni rozmawiają. Ale te 40%, które rozumiem... daj Boże zdrowie, co za szczęście.
Co jeszcze znalazłem tak sobie siedząc na toalecie i nie marnując ani jednej cennej sekundy życia? Absolutnie genialne mega-bags Simmonsa z igrzysk w Londynie: część 1 i część 2. Ludzie, jakie wy macie szczęście, że ja te rzeczy dla Was za darmo wynajduję. Przy okazji odnotowuję (po raz setny w życiu) słówko inadvertently, które oznacza 1. nieuważnie, niedbale 2. mimowolnie, nieumyślnie.
Dodatkowo w tym tygodniu z tego artykułu magazynu Jetzt sz.de dowiedziałem się, że 59% młodych niemców (uprawnionych do głosowania) wybrałoby dzisiaj na kanclerza/kę Angelę Merkel, bo... już ją znają z mediów. Przypomniał mi się ten geniusz Clapton:

there ain't nothing you can show me
(tararmtamtam)
that I haven't seen before

I jeszcze na koniec przeglądu prasy: fantastyczny artykuł o legendarnym trenerze koszykówki Witoldzie Zagórskim napisany przez Łukasza Ceglińskiego.


A na koniec wpisu zdjęcie Wisły z sobotniego spaceru dla Babci S. Na zdjęciu byle jak bo byle jak, ale widać kaczki i wracającego do brzegu z operacji pogonienia tych kaczek psa (tym razem nie był nim ten anioł Rońka).



niedziela, 16 września 2012

funkcja szybkiego startu

Porządne weekendzisko za nami: w sobotę Basia hulała na pierwszym treningu w Deskach, Janka hulała na pierwszym w życiu weselu, a dzisiaj obie odpoczywały na Polach Mokotowskich. Już nie tylko w marnym towarzystwie Rońki i moim, ale także Kasi, Jacka, Stasia, Wojtka, Zosi, Homika, Agatki, Marysi i Marty. Mógłbym tak bez końca, ale nie róbmy z tego wpisu lukrowanej kroniki salonu. Ten wpis ma służyć ludziom r-town i ludzkości w ogóle, więc płynnie przechodzę do rozjaśnienia palącej sprawy żarówek energooszczędnych. Całą wiedzę czerpię, jak każdy człowiek jednej książki, z jednego artykułu. Ponieważ napisali go niemcy, nie ma sensu tego dalej drążyć. Trzeba się po prostu do wszystkiego zastosować.

Żarówki energooszczędne zawierają rtęć, długo się rozpalają, a hitlerowcy z Unii wmuszają je swoim mieszkańcom na siłę: zacznijmy od tego pożal-się-Boże punktu (pożywki wszelkiej maści malkontentów) wyjścia i wypunktujmy co następuje:

1. Kto dotychczas używał dla przykładu 60-watówki, którą palił 3 godziny dziennie, ten/ta wydał/a w ciągu 10 lat 150 euro na prąd i żarówki. Energooszczędna dająca tyle samo światła kosztuje przez 10 lat 35 euro (jedna piąta). Żeby skrócić histerię: w pokojach, w których światło pali się dłużej niż pół godziny na dobę, żarówki energooszczędne są opłacalne. A wyliczyła to dla nas Centrala Konsumenta w Hamburgu.
2. W niektórych pomieszczeniach (klatka schodowa) nie można czekać godzinami aż żarówka energooszczędna się rozpali, to ma działać raz raz. Otóż Centrala Konsumenta w Hamburgu informuje, że istnieją energooszczędne żarówki z funkcją szybkiego startu (Schnellstartfunktion), i to jest jak byk zaznaczone na opakowaniach.
3. Żarówka energooszczędna zawiera ok. 3,5 miligrama rtęci (do stycznia 2013 najwyższa dopuszczalna ilość to 2,5 miligrama). Ale tak czy siak, żarówki energooszczędne mają lepszy "bilans rtęci" od zwykłych żarówek, bo zużywają mniej prądu (a wytwarzanie prądu w zwykłych elektrowniach węglowych "wyrzuca" nie jakoś koszmarnie mało rtęci do środowiska). Informuje o tym Andrea Grimm z Centrali Konsumenta w Hamburgu.
4. W wypadku rozbicia się żarówki energooszczędnej, z powodu (małej bo małej ale jednak) zawartości rtęci, nie mamy do czynienia z sytuacją zagrażającą zdrowiu. Urząd Federalny Ochrony Środowiska radzi (męcząca niemiecka przezorność) wyjść z pokoju, wietrzyć przez 15 minut, a potem wilgotną szmatką zebrać okruchy pamięci rozsypane na podłodze.
5. Zużyte żarówki energooszczędne należy oddać do punktu gdzie się je bezpiecznie punktuje. Leroy, Praktiker, Castorama: da się nawet nie w Niemczech. W każdym razie nie należy ciepać ich zwyczajnie do kosza jak ogryzka (m.in. ze względu na tę rtęć: mdława niemiecka przezorność).
6. Jeżeli ktoś twierdzi, że zwykła żarówka daje "cieplejsze" światło (w sensie barwy), to chyba nie wie, że energooszczędna też może dawać takie miłe światło: wystarczy sprawdzić/poszukać, wszystko jest jak wół na opakowaniu.
7. Jak się komuś te żarówki cały czas wydają podejrzanym unijnym spiskiem to może sięgnąć po piosenkę przyszłości, czyli diody LED. Oszczędzają jeszcze więcej niż energooszczędne, a podobno już w 2015 będą miały większy od nich udział na rynku. Póki co są jednak sporo droższe.

I informacyjnie: opis mocy żarówek w wattach będzie powoli znikał z opakowań. Przechodzimy na lumeny (jedn. miary strumienia świetlnego): stara 40-watówa to dzisiaj 400-lumówa (teraz równowartość 9 Watt), 60-watówa to 700 lumenów (15 Watt), 75-watówa = 1000 lumenów (20 Watt), a 100 watówa = 1400 lumenów (23 Watt). 

Otóż to są proszę państwa ważne informacje. Bardziej się niby komuś w życiu przyda co napisał Bill Simmons (kimkolwiek jest) o jakimś za przeproszeniem koszykarzu od siedmiu boleści?! "Ziomek, prośba..." jakby w 1999 roku powiedział mój kolega Święty.






"Tatuś to ma głowę, brawo, uśmiechnę się do niego."
To zdjęcie (ja, mateusz) dedykuję mojej bez umiaru kochającej mnie Babci (kiedyś wymieniłem jej żarówki na energooszczędne, także jeszcze raz brawo dla mnie), której nie ma już na tym świecie. Może je (zdjęcie, nie żarówki) zobaczy i się uśmiechnie.

niedziela, 9 września 2012

mistrzowie odblokacji

Słowo "magic" w tytule tego bloga nie określa (choć tak trudno w to uwierzyć) słowa "report", tylko dzielnicę w której mieszkamy, czyli r-town. Powtarzam: to nie jest "rakowiecki magiczny raport", tylko "raport magii r-town". Gdzie magią proszę państwa (oprócz kochanej kruszynki Jane) jest to, co od kilku tygodni Stowarzyszenie Odblokuj wyprawia z naszym osiedlemMam nadzieję, że inicjatorzy akcji nie są w takim natłoku amoku żeby nie móc stanąć na chwilkę z boku. Stanąć i powiedzieć sobie jasno: panie i panowie, robimy tu do wiwatu dobrej roboty.
W sobotę nosząc z Frankiem stare szafki i rupiecie na warsztaty recyclingowe mijaliśmy (najwyżej) 5-letniego chłopca, którego w szachy uczył grać pan (przynajmniej) 70-letni. A patrzyły na nich prawdziwe zegary szachowe. Nie wspomnę o przenoszeniu na sztalugowe płótno ekosystemu oczka w parku Zasława Malickiego przez najprawdziwsze malarki (i oczywiście jakieś pędraki z mniejszymi sztalugami), o dziecięcym zespole wokalnym w niebieskich ogrodniczkach, i innych, już nie-sztalugowych malowankach w tym specjalnie wybudowanym pawilonie na zdjęciu poniżej. Ludzie r-town! Nasze osiedle trochę się zmienia na niezłe, i to w tym najważniejszym, socjologicznym sensie. Ukłony dla Stowarzyszenia Odblokuj, że w tych ostatnich tygodniach lata są u nas, a nie na pretensjonalnej Żoli, czy innej industrialnej Pradze. A skoro mowa o miejscach modnych (w nich też nie może nas przecież zabraknąć): dzisiaj w Jazdowie wśród 100 miłych osób znalazła się Pani Ela Janik, moja najpierwsza instruktorka narciarska. To był obóz na Krzeptówkach, moja (nie Pani Eli) 3-cia klasa podstawówki, chyba 1987 rok. Basia opowiedziała mi, że też w połowie lat 1980-tych, podczas wizyty z rodzicami u syna Pani Eli, Michała Janika w nie przesłyszeli się Państwo francuskim Grenoble, w kolorowym telewizorze po raz pierwszy zobaczyła, że smerfy są niebieskie. Kto zgadnie jak na tę historię zareagowałby mój przyjaciel Will Connor?


Jeszcze jeden wątek, byłbym zapomniał: na ławce tuż obok tego jak grzyby po deszczu wystrzelonego pawilonu dwóch ludzi (chyba z ramienia organizatorów) poruszało warstwę koncepcyjną całej inicjatywy rozmawiając ze sobą po angielsku. Nie muszę chyba mówić, że typową konwersacją dla (nie tylko) tej ławki r-town w innych okolicznościach byłoby:

- Mogłem, k. dać dwójkę na Osasunę, niech to ch.
- A ch. tam będziesz się przejmował. Było minęło i ch.

niedziela, 2 września 2012

Obama jak młody Stenmark

Lekkiemu przeziębieniu zawdzięczam dzisiejszą izolację od kobiet mojego życia. Może nie licząc Rońki, która za trochę jedzenia będzie ze mną bez względu na stan zdrowia, mój czy swój.
Oto znakomity artykuł Agaty Popędy o konwencji Republikanów na Florydzie. Autorka myli się moim zdaniem tylko raz:

"Reasumując – amerykańscy wyborcy są w trudnej sytuacji. Ludzie są rozczarowani Obamą. Trzy miliony więcej bezrobotnych, rozdmuchany deficyt, żadnych działań (choć dużo słów) w sprawie globalnego ocieplenia."

Myli się w tym sensie, że ci naprawdę rozumiejący i rozczarowani brakiem zaangażowania prezydenta w walkę z globalnym ociepleniem i tak na niego bez mrugnięcia okiem zagłosują. Zagłosują, bo wiedzą co czyha po drugiej stronie medalu. A Republikanie delikatnie mówiąc nie tracą snu (sen: taka Litwa Mickiewicza u nas w r-town) z powodu braku działań Obamy na froncie walki z GO. Więc na czym polega "trudna sytuacja wyborców"? Trudną sytuację mają rozsądni Republikanie (kimkolwiek są), którzy muszą patrzeć na dramat i ubóstwo w swoich szeregach. I na Clinta starość-nie-radość Eastwooda rozmawiającego z krzesłem.
John Kerry twierdzi, że w 2004 roku Republikanie wydali 23 miliony dolarów na "smear campaign" przeciwko niemu, a w tym roku przeciwko Obamie obiecali wydać 1 miliard. To nie są jakieś tajne informacje, zero zażenowania, te diabły są takim posłem Kurskim i jego ciemnym ludem.
Ja się tak naprawdę nie chcę tym zajmować, ale te wybory powinny być druzgocącym "no contestem" (tak jak poprzednie, w których jakościowa przepaść między kandydatami była moim zdaniem nie aż tak straszna), ale moje ulubione sz.de i bbc.com (nie dajcie się zwieść akurat tym linkom) raportują w cokolwiek innym tonie, więc się niepokoję.

Młody Stenmark: jedyny oprócz Obamy sensowny kandydat na prezydenta czegokolwiek. Zdjęcie wysłał mi bez okazji (czyli najlepiej) mój kolega Magnus. Nasza wspólna koleżanka Anna do dzisiaj twierdzi, że Stenmark to jej nie bardzo daleki krewny. Fantazja i bezczelność niektórych ludzi nie znają granic.

niedziela, 26 sierpnia 2012

janek johnson

Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson, Magic Johnson.



Basia mówi, żebym niczym się nie przejmował, brał lekarstwa bez zmian, ponoć wszystko minie. Ale ja nie byłbym taki pewien: tylko w minionym tygodniu cztery razy popłakałem się oglądając ten film. To znaczy popłakałem się... miałem po prostu mokre oczy pod koniec, czyli to nie było takie pełne popłakanie się. 

niedziela, 19 sierpnia 2012

honored by Her Lateness

Celowo wybieram amerykańską pisownię tytułu, bo urodziła się tego samego dnia co Magic Johnson. 

Moja córeczka Janeczka.

We wtorek o 4:15 rano (wtedy właśnie przyszła na świat) ważyła 3,3 kg, mierzyła 55 cm i miała 10 punktów w słynnej skali punktacyjnej. Obu Bohaterkom mijającego tygodnia (zdjęcie poniżej, obie Bohaterki przez kompletnie-konkretne B) wiedzie się dobrze. Położna i lekarze zaobserwowali u mnie brak zamartwiania się z tego powodu.

Miałem w planie obszernie przytoczyć tu trzy historie-ilustracje stanu psychicznego świeżo upieczonego ojca, ale te historie (umyślane zawczasu) już po urodzeniu wydają się jednak dosyć durne. Miały ilustrować: 

1. szok
2. cud
3. wiarę/niedowiarę w cuda zakończoną cudem. 

No ale dobrze, dla porządku i w telegraficznym skrócie (for dramatic effect, jakby powiedział Sir Charles), przytaczam:

1. Mój kolega Piotrek "Impreza" wraca kiedyś na ławkę rezerwowych po trafieniu obu rzutów osobistych w końcówce meczu ligi żoliborskiej i, po napotkaniu mojego pełnego podziwu wzroku, siada obok mamrocząc:

"Przestań, sam jestem w szoku." 

Używam tego teraz słowo-w-słowo przy odbieraniu gratulacji.

2. Wspaniały film "Dziewięć Królowych", który oglądaliśmy z Basią podczas podróży poślubnej. Scena: wierzyciel dopada i zaciąga w zaułek dłużnika (Ricardo Darín), a przy okazji jego młodszego kolegę z którym szedł tamten, i stawia sprawę na ostrzu lufy: pieniądze albo życie. Ale tamten młodszy kolega (Gastón Pauls) wymyśla na poczekaniu jakąś niewiarygodną historię, która sprawia, że wierzyciel traci pewność siebie i w końcu sam ucieka z zaułku.
Dłużnik (do młodszego kolegi, poprawiając sobie marynarkę): "I widzisz człowieku czemu Cię potrzebuję?"
Młodszy kolega (do dłużnika, patrząc na niego z politowaniem, wypowiada (ale chodzi o to jak wypowiada!) tylko jedno słowo): "Cud."

[w sensie, że cała ta sytuacja jest absurdem, że to, że wychodzą z tego cało, to jeden wielki, ciężki (heavy duty) cud.]

3. Rok 2001, weekendowy magazyn ARD z golami Bundesligi, oglądam go sobie wieczorem w Bremie, w której pracuję na rykszy. Piłkarz tej niemożliwej Arminii Bielefeld strzela bramkę i jak to w zwyczaju biegnie opętany w którąś stronę; tymczasem dopada go kolega z drużyny, chwyta za koszulkę, chwytem judo obala na ziemię, za chwilę stawia go (nie zwalniając chwytu) do pionu, potrząsa cztery razy, patrząc mu w oczy i klnąc, policzkuje  nie zmyślam tego, tak grała w tamtych czasach Arminia  jakby chciał powiedzieć: "Widzisz, łajzo, niedowiarku, jednak daliśmy radę." 

Strzelec tego gola to oczywiście ja, a ten kolega-brutal to Pan Bóg.

Ten sam, który tamtego lata pomógł Arminii.









Inspire Magic. Meet Magic. Swoją drogą: mało jest koszykarzy na świecie? Dlaczego trzeba się było urodzić akurat tego samego dnia co Magic? I kto przy zdrowych zmysłach naprawdę wierzył, że już nie wrócę do tego, za przeproszeniem, wątku z początku?










PS: Zmieniłem nazwę tego bloga. Stara nie pasowała do nowej atmosfery na dzielni.

niedziela, 5 sierpnia 2012

najcenniejsze z kruszców

Istnieje prawdopodobieństwo, że wyraźne zwiększenie oglądalności tego bloga w ostatnich tygodniach nie jest spowodowane (w każdym razie nie wyłącznie) eksplozją talentu literackiego autora, dlatego spieszę donieść, że 5 dni po terminie zaczęły pojawiać się skurcze przepowiadające, co przepowiedziała, a raczej potwierdziła dziś pani na porannej nazwijmy to sobie rutynie ktg.
Po rutynie odwiedziliśmy (po raz pierwszy z Niną F.!) osiołka, owcę i karuzelę w lasku bielańskim, a następnie udaliśmy się na piknik przed CSW, gdzie zostałem zmuszony uznać wyższość. Tak zwane zmuszenie przez żonę. Cztery razy układałem nieistniejące słowa, czytaj posucha i desperacja. Ale też niestety przeciwnik w formie.
Ponieważ nie mogę zostawić "zmagań o te najcenniejsze z kruszców" (cudowny język nagłówków) zupełnie bez komentarza, więc bardzo krótko:
1. Dzisiaj dowiedziałem się, że seta badmintonowego gra się do 21. A myślałem, że o badmintonie wiem wszystko.
2. W czwartek u babci dowiedziałem się, że Polska to są jednak demony w siatkówkę. Oby wywalczyli któryś z najcenniejszych z kruszców.
3. W sobotę w Loleczku złapaliśmy 8 minut koszykówki Litwa-USA. Niezależnie od wyniku (tego meczu i wcześniejszych) chcę śmiertelnie poważnie powiedzieć, że Litwini to twardziele z najtwardszych z kruszców. Tamci ich na całym, agresja, a oni do końca, cierpliwie grają swoje sztuczki (Lithuania ran a high pick-and-roll to death), bez kompleksów, jakby grali dla Jacka Gmocha. Szkoda, że coach Krzyzewski nie miał mnie do dyspozycji w końcówce, mógłby krzyknąć: "Poho, rozgrzewaj się." A ja bym mu tylko odpowiedział "Ok, coach K., watch this." Niestety, ja w r-town, coach K. w l-town, no i chłopcy byle jak, bo byle jak, ale sami musieli dowieźć to do domu.
I płynne przejście do ponad tygodniowej już fascynacji muzycznej. Amerykański zespół The Brothers Johnson na swoim czwartym albumie Light Up the Night (produkcja Quincy Jones) umieścił piosenkę Stomp!, która (przynajmniej w Nowej Zelandii) przez 6 tygodni nie schodziła z pierwszego miejsca listy przebojów singli w 1980 roku. Osobiście najbardziej podoba mi się sam początek, refren, oraz to jak tańczy w teledysku ten trębacz, który swoje cudowne zatrąbienie trąbi w refrenie.








Na koniec jeszcze, for the record, cudowne babeczki Basi z piątku.

niedziela, 29 lipca 2012

horrendalny absurd

Byłoby jakimś horrendalnym absurdem i nieporozumieniem gdybym w weekend rozpoczęcia IO w Londynie nie przeczytał na głos żadnego wiersza W.H. Audena. Dlatego zrobiłem to, a dodatkowo dowiedziałem się paru o nim rzeczy, wszystkiego co wiem się dowiedziałem, bo nie wiedziałem niestety nic, taka horrendalna prawda. Wiersze znalazłem w książce Josephine Hart pt. "Catching Life by the Throat" (Virago, 2006), którą Basia kupiła w Dublinie, chyba w 2007 roku, w księgarni Chapters.
Weźmy na przykład taki jego cytat o niespełnionej miłości:

If equal affection cannot be
Let the more loving one be me.

Uwziąłem się na te sprawy, bo próbowałem przełożyć piosenkę Jacka na angielski i nie poszło to silky smooth delikatnie mówiąc, więc chcąc się błyskawicznie doszkolić (droga na skróty droga na śmietnik historii) wziąłem w garść cały swój papierowy zapał i mówię do żony: połóż się koło mnie, będę Ci czytał wiersze. To było wczoraj.
A dziś kolejny najpiękniejszy dzień niezwykła podróż sentymentalna. Najpierw do kościoła, a tam dobre wykonanie Amazing Grace zamiast drugiej części kazania, a później, nie mniej amazing, telefon od Kowala, czy byśmy się nie przeszli na basen na Szczęśliwice. Absurdalne pytanie: oczywiście żebyśmy się przeszli. Zagraliśmy z całą rodziną Tomka w scrabble (niestety Basia po raz kolejny wygrała), potaplaliśmy się w wodzie razem z pięcioma tysiącami innych ludzi, oraz już po basenie odszukaliśmy w parku jakiegoś Bogu ducha winnego Wietnamczyka oraz jego kolegę w koszulce Iversona, i sprawiliśmy im srogie manto jak na alumni Canarinhos przystało. A wszystko przy naszych nie szczędzących nam poklasku żonach oraz dzieciach Tomka (Filip, 6, Martyna, 4). Sporo w tym było radości, do opowiedzenia słowami to to nie jest.
 
Wracając do piosenki Jacka, skoro wszystkich to tak absurdalnie bardzo interesuje:

Dwa wersy:

dobrze by się zaczerwienić
niby liście moim ustom

przetłumaczyłem na jeden wers:

autumn red my lips could use some

Wydaje mi się, że jeżeli chodzi o ten jeden wers to jakiegoś koszmarnego wstydu nie ma.



To zdjęcie dedykuję trenerowi Ryszardowi Skonieckiemu. Tam po drugiej stronie kanałku (gdzie parę godzin temu leżeliśmy na kocu!) stała kiedyś blaszana budka z kajakami, na których pływaliśmy w podstawówce. Tak czy siaks... the place is there, but not the kayaks. (W.H. Auden).

niedziela, 22 lipca 2012

Początek końca Waldemara H.

"Jest to naprawdę wspaniały zawodnik, zawodnik który będzie mnie uzupełniał na parkiecie [...]" powiedział w czwartek Marcin Gortat o Luisie Scoli. O Luisie Scoli!!! Gdzie są moje pastylki na nerwy? Wiem, że grają na innych pozycjach, wiem, że pewnie będą się uzupełniali, chodzi mi tylko o tę formę wypowiedzi. Stało się to w czwartek, a ja jeszcze nie powiedziałem o tym Basi, po prostu nie chcę żeby się denerwowała. Dlaczego ja nie potrafię koncentrować się na wydarzeniach pozytywnych (turniej koszykówki ulicznej w Legionowie w dniu urodzin Homika (14 lipca), czy choćby dzisiejsza wygrana Polski z Chinami w Katowicach), dlaczego muszę wynajdywać te dramaty i nad nimi biadolić, zabiadalać się nimi na śmierć. Na przykład na sz.de znalazłem informację, że Waldemar Hartmann nie będzie komentował już piłki nożnej dla ARD. Waldemar, ja już nie mam do ciebie siły, więc napiszę tylko, że w sobotę nabyłem praktyczny prezent urodzinowy dla Franka, oraz że dzisiaj byliśmy na mszy podczas której ksiądz Wojtek opowiadał o Jarocinie lat 1980-tych. A potem na parkingu poświęcił kropidłem nasz samochód i Rońkę.







Tymczasem w r-town: trójka zuchów w lipcu 2012. Fot. Maja Chęcińska.

niedziela, 15 lipca 2012

shingle beach time

Specjalnie dla nowego fana tej strony Marcina D. wykończony miś zorro polar (od dzisiaj proszę zwracać się do mnie wyłącznie w ten sposób) przedstawia Państwu glosariusz za tydzień 9-15 lipca 2012:

shingle beach - plaża z muszelek;
silly season - sezon ogórkowy (ale też: a period marked by frivolous, outlandish, or illogical activity or behaviour).

Dobranoc, jutro przeczytacie tu dwa słowa więcej o minionym weekendzie w Pęcicach Małych i w prasie.
Wczorajsze jutro przyszło dziś (to byłby wyśmienity tytuł na film lub piosenkę o życiu piszącym scenariusze), więc już przechodzę do rzeczy. To był weekend wielkich zwycięstw Basi w scrabble, dobrego jedzenia w dużych ilościach i dobrego towarzystwa (oprócz Marcina u nas, była też Alicja P. i Francuz z Misią u Mamy). ESPN doniosło, że Knicksi nie zatrzymają u siebie Jeremy Lina, co według mnie stanowi niezbity i ostateczny dowód na panującą w tej organizacji dysfunkcję organów odpowiedzialnych za postrzeganie rzeczywistości. To tak jakby PK Comanim po zwycięskich barażach o utrzymanie się w 3 lidze Warszawskiego NBA (w czerwcu 1996 roku) pozbyło się mnie za bezcen skazując siebie samych na wegetację, na podróż statkiem bez celu jak Russell Crowe w filmie Master and Commander: The Far Side of the World (2003).
Na szczęście do tego nie doszło. A reszta? To już złotymi zgłoskami zapisana piękna historia. Jej ostatni rozdział to mój środowy telefon do Kowala (pierwszy od 1,5 roku) i oznajmienie mu w pierwszym zdaniu, że zrobiłem rano 8 pompek (dla zwiększenia masy mięśniowej), i że jestem gotowy porzucać po pracy na naszym nowym boisku. A ten bezczelny twierdzi, że jest z dziećmi na rybach. Bardziej niedorzecznej wymówki pinokio by nie wymyślił. Człowiek chciałby pisać kolejne rozdziały najpiękniejszej historii, ale co robi krok to wpada na ścianę niechęci.




Z Rakowca pożegnał się z Państwem ozięble:
El zorro polar, fot. Greenpeace Argentina

niedziela, 8 lipca 2012

nie płakać z byle powodu

Przypuśćmy, że ja, Mateusz Adam Pohoryles, jestem studentem I roku Filozofii w Warszawie w latach 1960-tych. Pewnej wiosny mój profesor Leszek Kołakowski wyjeżdża proszę Państwa przez Kanadę i Kalifornię do Oxfordu, a ja wychodzę w skwarze z bramy Uniwersytetu i wpadam na dziennikarza, który pyta co myślę o odejściu profesora.
A ja, cool mr minty-freshy-fresh, przeszywam go wzrokiem i mówię: “Nie będę po nim płakał.” A mój wzrok dodaje: “Zanotuj to, jestem świetny, studiuję Fi-lo-zo-fię na pierwszym roku, nie będę po nim płakał.”
Jak możecie się domyślić chodzi mi o wypowiedź Marcina Gortata o odejściu Steve’a Nasha do Los Angeles. Przy całym szczerym podziwie dla umiejętności i kariery najlepszego polskiego koszykarza, odnoszę wrażenie, że ma on skłonności do swego rodzaju krzyżówki dyrdymalstwa i zarozumialstwa. Nie chodzi o brak płaczu po odejściu kolegi rzecz jasna, tylko o ton... . Niech on po prostu znajdzie w sobie trochę rozwagi i umiaru, a w sercu litość dla moich zszarganych nerwów.  
Świat  tak, świat  stanął na głowie. LA (nie wierzę, że to piszę), Houston i Minnesota, to jest ta trójka za którą polecam ściskać kciuki w przyszłym sezonie: polecam wszystkim, którzy mają w sercu resztki bo resztki, ale jednak miłości.
Dodaję jako bonus następujące słówko, które wpadło mi w oko w tym tygodniu:
Bruit (about)  wieść, wrzawa, szmer (w thesaurusie: rumour, report).



I na koniec upalnych wynurzeń: Bigband Jazzowy NDR (Radia Północnych Niemiec), który zagra na koncercie Stańko+, 11 sierpnia w Gdańsku. Bardzo dobrze radzą sobie z grą na swoich instrumentach, dlatego warto przyjechać do Gdańska i ich posłuchać. Fot. Steven Haberland