is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 29 grudnia 2013

nieubłagani na wczasach

Rzut oka na poniższe zdjęcie z przedpołudnia wystarczy. Śnieg trzyma się Gór Bystrzyckich jak tonący brzytwy.

Dwie ważne sprawy: po rosyjsku zwrot „na śniadanie kanapka z herbatą" brzmi "na zawtrak buterbrot i czaj“. Druga sprawa, z opakowania na mleku marki "MU!": Sieradz jest gościnny dla rozwoju.

Ponadto czytam prezent urodzinowy od brata: wydane w 2010 (pośmiertnie) szkice do trzeciego dziennika Maxa Frischa. Autor (w 1982 roku po siedemdziesiątce) przyznaje się do alkoholizmu. Nie miałem o tym bladego pojęcia, mimo że jestem człowiekiem jednego (właśnie tego) autora. Frisch wspomina też o trudnościach z pisaniem:
"Nie jestem chory, albo o tym nie wiem. Co się dzieje ze słowami? Potrząsam zdaniami tak jak potrząsa się zepsutym zegarem i rozbieram go na części. Przy tym mija czas, którego ten nie pokazuje."

Ja nie mam żadnych trudności. Przewietrzona głowa, spacery z dziewczynami oraz poranne podbieżki – oto recepta na krótkie i celne opisy nieubłaganego życia.

niedziela, 22 grudnia 2013

złodzieje punktów

Mówię tu oczywiście o bezwzględnych egzaminatorach egzaminujących podczas unifikacji narciarskiej w Kluszkowcach. Od czwartku do niedzieli miałem wątpliwą przyjemność w niej uczestniczyć. Te złodziejaszki poodejmowały mi punkty za Bóg jeden raczy wiedzieć jakie grzechy. Moim wyważonym zdaniem zadane ewolucje demonstrowałem perfekcyjnie (ang. borderline perfect). Może chodziło o to, że mam kłopot ze zginaniem nogi w kolanie? [lewym czy prawym – niestety stwierdzam, że jest to kłopot koordynacji ruchów, nie kontuzji czy siły]. Może też chodzić o trudności w koncentracji i zapamiętaniu sekwencji pięciu pożal-się-Boże ruchów jeden po drugim. Wiem: jeden po drugim to typowa kolejność dla większości sekwencji. Ale nie wiem co to wszystko miało znaczyć: czuję się zerem, wymiętoszonym, pokrzywdzonym przez komisję zerem. Muszę odbić się od dna. Wrócę tam już za trzy lata, ze zdwojoną siłą wodospadu.
Na tym zdjęciu widać MB, dziewczynę mojego brata w jego obiektywie, w ich przedpokoju, sekundę po pożyczeniu mi pary nart i kurtki. Dzięki niemu na unifikacji mogłem brylować swoim zewnętrzem. Gdyby nie bezlitośni, brylowałbym.

niedziela, 15 grudnia 2013

speed-fly Kasprowy Wierch

Muszę wkleić tu takie dzieło sztuki. Jest wyjątkowe i jestem nim osobiście bardzo poruszony. Mimo że nie mam najbledszego pojęcia o lataniu. Konkretnie lubię w tym filmie: muzykę, ponieważ oddaje święty spokój (to ona robi różnicę; nieprawda, że pod takimi zdjęciami każda muzyka byłaby dobra). Lubię błyskawiczne upewnienie się czy skrzydło się dobrze wypełniło (około 15 sekundy). Lubię rzut oka na Suchą Kasprową w okolicach 45 sekundy, dolinę, którą w 2007 roku zjechałem z Basią i Frankiem. Lubię dotknięcie nartami śniegu ok 1:45. I lubię, że to wszystko trwa ledwie parę minut.
W poniedziałek byłem na koncercie własnej matki, który również był dziełem sztuki. A we wtorek odwiozłem na lotnisko swoją siostrę, która jak już wspominałem, swoim przylotem do Warszawy prawdopodobnie uratowała życie na Ziemi.



Zamiast filmu: kadr z filmu. Cały kredyt dla Bartosza Plewy, bardzo dziękuję za ten piękny obraz. Do podziękowań dołącza się żona.

niedziela, 8 grudnia 2013

z wizytą

Na weekend przyleciała moja siostra cioteczna odwiedzić naszą 94-letnią babcię. Jeszcze stąd nie wyjechała, a już można powiedzieć, że zrobiła kawał dobrej roboty. Myślę, że zrobiła przynajmniej tyle, ile Kenny the jet Smith posyłając pierwszy mecz finałów w 1995 roku do dogrywki (to/into overtime proszę państwa). Pewnie nawet więcej, w każdym razie z perspektywy naszej rodziny. Mająca urywany kontakt z tym co „młodzi" lekką ręką nazywają rzeczywistością babcia już w pierwszym momencie po przytuleniu do długo niewidzianej wnuczki robiła wrażenie przytomnej i bardzo szczęśliwej.
To jest taka niewygodna sprawa między młodością a starością, że większość z tych mających się za młodych patrzy na (znacznie) starszych od siebie z pewną wyższością: my jeszcze pożyjemy – najprawdopodobniej nigdy nie umrzemy – wam zostały ostatnie ochłapy, a co sobie pożyliście to wasze. Ale właśnie ta scena przytulenia z soboty rano uświadomiła mi, że ze starszej perspektywy może to tak nie wyglądać.


To jest młody ranek z okna Uniwersytetu Warszawskiego w miniony poniedziałek. Ranek nigdy (póki świeci słońce) się nie zestarzeje.

niedziela, 1 grudnia 2013

przepraszam

Nie panuję nad sobą, po prostu się gubię. Nadaję się na sesję z profesjonalistą czy – chętniej – z profesjonalistką. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego marker 22:08 tego filmu – Dominique Wilkins rzucający krótkie „he was wrong“ – uważam za jedną z najdowcipniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek widziałem w telewizji. Gorzej: w życiu. Wiem, że jestem chory i wiem, że powinienem się leczyć. Wiem też, że linkowałem już ten arcyciekawy klip w poprzednim wpisie. Zdaję sobie sprawę, że to smutne kiedy szczęśliwy mąż i ojciec zamyka się w toalecie, przewija ten sam film do tego samego momentu (jakieś 21:40), po to tylko żeby jeszcze raz (po raz kilkudziesiąty/siętny – nie wiem co jest gramatycznie poprawne, za bardzo trzęsą mi się ręce i za bardzo rozbiegany z podniecenia mam w tej chwili umysł) usłyszeć ten kontekst i absurd, dooglądać do jakiegoś 22:17, po to tylko żeby chociaż przez chwilę poczuć się jeszcze szczęśliwszym, dotknąć jeszcze wyższego szczytu. Kto mnie zrozumie, tego chętnie poznam.



Z tego miejsca w poniedziałek 25 listopada rano ruszyliśmy z B. na czwarte już warsztaty Marz Kartkę,  dobrą inicjatywę wspaniałego Fiedersa. Lubię BUW, bo mi przypomina młodość – czyli czasy kiedy z moją makówką nie wszystko było na bakier.

niedziela, 24 listopada 2013

born ready

Jutro postaram się napisać tu coś o ciekawego o obejrzanym w tym tygodniu odcinku programu Open Court. Dość tych prywatnych wynurzeń – najwyższa pora zająć się sprawami globalnymi.
Oto jutro. O czym to ja mówiłem, Open Court. Mówi się, że kręgosłup moralny człowiek ma ukształtowany wcześnie, że ludzie dorośli to gnuśnienie plus biadolenie. Ja nie, ja się rozwijam. Mój kręgosłup do dzisiaj kształtują tacy członkowie tego niezwykłego panelu jak Kenny the Jet Smith, Charles Barkley czy Steve Kerr. To co mają do powiedzenia w sprawie akceptacji osób homoseksualnych w profesjonalnym sporcie i w życiu, to jak porównują zachodzące dzisiaj w Stanach (w Polsce za 100 lat) zmiany do civil rights movement sprzed ponad pół wieku, to co mają do powiedzenia w sprawie tolerancji w ogóle, to wszystko są rzeczy pod którymi podpisuję się obiema rękami. Po prostu wypada mieć minimum oleju i wyobraźni: ludzie są różni na milion sposobów i nie trzeba z tego powodu umierać ze strachu i być agresywnym. Nie wypada być skończonym durniem w tym życiu.

Ja to wiem, ja jestem born ready w tych sprawach, tak jak gotowy do gry w tym sezonie jest Lance Stephenson z Indiany. Podobnie born ready jest J. kiedy się budzi i mówi (niczym Babo z książki „Babo chce"): „Tam!"

niedziela, 17 listopada 2013

listopad potrafi mieć świeżość

Sezon NBA trwa już trzy tygodnie, a ja jeszcze nawet nie drgnąłem w spazmie. Dzisiaj do protokołu klecę tylko dwa słowa: Kevin Love. Byłbym skłonny nakłonić całą rodzinę (łącznie z Rońką) do przeprowadzki do Minneapolis, Minnesota, USA, gdyby Kevin nagle do mnie zadzwonił i powiedział: wsiadaj w samolot, potrzebujemy Cię. Powiedziałbym mu: idę za Tobą w ogień artyleryjski, bez kamizelki kuloodpornej.



Dowodem na to, że listopad da się lubić jest zdjęcie Basi z minionego poniedziałku. Należy je (listopad, poniedziałek) tylko podchodzić z rana, na spokoju, na niewzburzone wody. I nie wolno samemu wzburzać się z powodu byle draki.

niedziela, 10 listopada 2013

Francuz niestety we wszystko wygrywa

W sporcie, w scrabble, w osadników z Catanu. Trwa najkoszmarniejszy weekend mojego życia. Szczegółów oszczędzę dziś wieczorem, wam i sobie sam, jak śpiewały dinozaury rocka. Teraz już niestety dobranoc.
Już wtorek, a ja jeszcze rozgrzebuję swoje nieszczęścia patykiem w żarze. Mamo, sama zobaczysz w zeszycie z wynikami, na kolejkę przed końcem napisałem tam, że wielki champion powrócił. Ale pospieszyłem się, bo na końcu z dalekiej podróży powrócił Francuz, co on tam zawistował to niech mu los wybaczy, w każdym razie spadłem i się poobijałem, mówię tu przede wszystkim o psychice. Jeśli zaś chodzi o osadników, to nie byłem w stanie nawiązać nawet kontaktu wzrokowego z nikim, zwłaszcza w drugiej partii, kiedy to prawie w ogóle nie wypadała szóstka. Wiązałem z nią spore nadzieje. Natomiast w sporcie przekonaliśmy się, że biegamy z Francuzem podobnie, ja tylko trochę głośniej.



Niezależność-niepodległość myślenia i działania: na tych dwóch rzeczach skupiliśmy się w czasie weekendu. Fot. Franek P.

niedziela, 3 listopada 2013

koszmar zdybanej

Ponieważ moja rzekomo potwornie kochająca mnie żona nie znajduje stety/niestety czasu żeby czytać moje dziecko, którym bez dwóch wypoconych zdań jest ten blog, czuję się bezpiecznie opisując tu najintymniejsze sfery mojego życia, o których ona (ubolewam nad tym) nie ma zielonego pojęcia. Po prostu nie pomieściło by jej się w głowie, że jej szary człowieczyna może mieć poza tą karykaturą domu tak barwne, oddychające pełną piersią życie. W czwartek rano pojechałem do Feuvertu wymienić opony na zimowe. Feuvert, jak wielu mieszkańców r-town wie, jest 5 minut spacerem od Szczęśliwic. Wymiana opon trwa 45 minut. Mając tę plątaninę liczb z tyłu głowy piłkę od Piotrka M. spakowałem do bagażnika auta jeszcze w środę wieczorem. Resztę niech opowie poniższe, skąpane w porannym październikowym słońcu zdjęcie. Szalałem, skakałem, udawłem że oddaję game-winners with point five on the shot clock, a później wiadomo, chest bumps & air punches to celebrate the improbable Chicago win, the greatest upset of all time. Panie z psami patrzą co to za interesująca mentalna zagwozdka. 
Tuż obok boiska, na tyłach parku, robotnicy wymieniają właśnie starą napowietrzną linię energetyczną na nową, podziemną. Świat niestety bezustannie idzie do przodu. 


Na przykład: mówię do swojego telefonu: „Did Chicago win last night?“, a on po chwili namysłu odpowiada (głosem): „Chicago narrowly lost to Philadelphia last night, the final score was 107 to 104.“ Wyniki ostatnich gier w scrabble przemilczę. Jedną z nich Basia zakończyła serwując wszystkim koszmar („zdybanej“).

niedziela, 27 października 2013

nieszczęsny sprawdzian na tysiaka

W sobotę wybrałem się z J. na Szczęśliwice. Na placu zabaw spotkałem Piotrka Pędzisza, mojego kolegę z bloku i jednej klasy podstawówki (8 lat) plus pierwsze dwa lata liceum... w sumie 10 lat wspólnego życia. Ma się do spółki te sto tysięcy wspomnień. Piotrek przynosił mi lekcje kiedy złamałem nogę (pierwsza klasa – tzn. pierwsza klasa pomoc/kolega i "pierwsza klasa", w sensie, że to się działo w pierwszej klasie), a kiedy już ją wyleczyłem to bezpardonowo pokonał mnie w sprawdzianie na 1000 m uzyskując czas 3:45. Feralny bieg miał miejsce 4 lata po złamaniu, niech będzie. A w międzyczasie którejś zimy rozwaliliśmy lampę nad fryzjerem na Białobrzeskiej. Nie specjalnie, po prostu strącaliśmy śnieżkami sopelki i ja nie trafiłem. Nie było żadnych konsekwencji, byliśmy za szybcy dla konsekwencji, co zresztą udowodniliśmy później na tym sprawdzianie. Start do feralnego biegu miał miejsce dosłownie 100 metrów od miejsca gdzie w sobotę, ale 24 lata później, bawiły się (nie że razem, bo Mikołaj, syn Piotrka, jest trochę starszy od Janki) nasze własne, rodzone dzieci. To (ten upływ czasu, ang. the passing of time) jest coś co ja jednak jestem zmuszony nazwać the craziest shit. Dzisiaj Piotrek wymienia ludziom stawy biodrowe i kolanowe (na nowe), wykłada na WUM’ie (byłej AM’ce), doktorat napisał chyba niedługo po tym feralnym, wspominanym już przeze mnie w tym wpisie sprawdzianie na tysiaka, pracuje w tylu miejscach, że nie jest w stanie tego sam spamiętać i w ogóle jest (a w każdym razie powinien być) dumą naszej podstawówki, naszego bloku, naszego liceum, a tak naprawdę to osiedla Jadwisin i całej Ochoty. Żona Piotrka jest w dziewiątym miesiącu ciąży i dlatego właśnie wyszedł na plac zabaw, z powodu nerwów w domu.



Przystanek centrum, piątek po południu, dzień przed feralną sobotą, która – niestety – przypomniała mi o tym feralnym, nieszczęsnym biegu.

niedziela, 20 października 2013

życie to nie jest miałka partia scrabbli

Niby wiem, że to przerażające ciągle uciekać w ten sztuczny miód, zamiast wyjść na świeże powietrze i zachłysnąć się życiem. Ale w tym tygodniu odbyły się niestety (ubolewanie) dwie ważne potyczki i zwyczajnie nie mogę obok nich przejść obojętnie, jak obok pięknej nieznajomej. W pierwszej potyczce, w środę, Mama pokonała Basię i mnie. Po prostu drążyła nas niezmordowanym dłutem sobie tylko znanego słownictwa i przepadliśmy, słuch po tym zaginął, zapadła na r-town kurtyna milczenia. Rozdanie obfitowało w mnóstwo zmian lidera: Basia była na czele 4 razy, ja 5 i Mama też 5 razy, no i niestety Mama miała ostatni śmiech. Ale tak naprawdę piszę tu w sprawie drugiej rozgrywki, tej wczorajszej, na Jeżewskiego. Pokonałem Francję, Misię i Basię podczas gdy lekko zaspany kapitan Kloptusiński nawigował między nami astronautami. Chodzi zwłaszcza o to, że był to tak zwany comeback win, a tego typu win smakuje jak wiadomo as good as anything.
Intensyfikacja życia scrabblowego nie oznacza oczywiście kompletnego odcięcia się od moich dwóch wielkich miłości: Billa Simmonsa i Zacha Lowe'a (ten drugi to chyba w tym momencie rzeczywiście najlepszy człowiek na świecie). Właśnie Zach jest autorem ważnego zdania z piątku: "If Al Jefferson makes a run at the scoring title, I’ll eat my laptop."
Wypada mi też z tego miejsca podziękować pewnej wiernej czytelniczce za książki dla Janki, które dzisiaj właśnie miały oficjalną premierę w saloniku prasowym na Rakowcu.

To zdjęcie przedstawia dmuchaną piłkę Arinki, której niestety ani Ilia ani Arina ani Janka ani ja nie upilnowaliśmy, chociaż do momentu wypłynięcia przysparzała nam na lądzie wiele radości. Rzecz przytrafiła nam się podczas gdy Mamusie zabawiały się w joginki.

niedziela, 13 października 2013

piątkowy skład scrabblowy

był niecodzienny. W zwycięskim zespole Basia i Kövi, w drugim Jacek i Gabi, w trzecim Kasia i ja. Ja, który się często zastanawiam ile można mieć w życiu szczęścia do ludzi (i psiaków, patrz fotografia). Na przykład dodatkowo moim kolegą na tym świecie jest Wojtek Ziemilski i dzięki temu obejrzałem ten film, wiadomości wieczorne BBC proszę Państwa, sprzed bardzo niedawna. Uważam, że ta przemądrzała Pani, która rozmawia z Glennem Greenwaldem trafiła na kamień, w dodatku nie będąc kosą, i zgadzam się z przeczytaną gdzieś opinią, że przysporzyła swojej stacji wstydu.



A jeśli kogoś interesują inne moje przemyślenia, to je oczywiście też mam. Uważam mianowicie, że przegrana w scrabble z takimi przeciwnikami jak Ci na zdjęciu to nie przegrana. Fot. samowyzwalacz aparatu Gabi.

niedziela, 6 października 2013

pływaj i biegnij 2013

To była porządna, wybitnie sportowa niedziela. Udało nam się i pójść na basen i wystartować w biegu masowym, w rolach głównych obu wydarzeń Janka. Nie chodzi o to, że się pchała na pierwszy plan, wręcz przeciwnie, w jej zachowaniu był wyraźny element ambiwalencji, której punkt kulminacyjny stanowiła 8-kilometrowa drzemka podczas biegu. Chodzi o to, że była z nami, na trasie, przeciwko czemu oboje (a nawet we czworo, bo i ciocia Zuzia i dziadek Michał) nic nie mieliśmy.
Bieg charakteryzował spory tłok, od startu do mety, ale i tak dał mi dużo radości, bo dawno w czymś takim nie brałem udziału. Piękniejszego dnia (w sensie pogody) nie można było sobie wymarzyć. Kawałek trasy biegliśmy z Mateuszem G., który porusza się na wózku, w związku z czym (tak myślę, że w związku z tym) pani z tvp podeszła zadać nam kilka pytań i dowiedziawszy się, że ja też nazywam się Mateusz powiedziała „no właśnie, to też jest interesujące.“ Było jeszcze trzech 10-latków spod Warki, którzy zgubili się (na) wycieczce szkolnej. Czekali, Igor trochę zapłakany, za metą na swoją panią, więc do momentu jej przyjścia dzielnie przy nich staliśmy.
W wiadomościach pozasportowych: w piątek Basia z wynikiem 387 punktów pobiła rekord obecnego zeszytu w scrabblach 1x1.
W sobotę z bólem serca wystawiliśmy na tygodniową aukcję na Allegro legendarnego pogromcę Dublina, na którym jego właścicielka przemierzyła trasę IFSC–RKD „a score of times“, jak by powiedział Rudyard Kipling. Przed wykonaniem pamiątkowego zdjęcia Basia wykonała ostatnią rundę wokół skweru oraz posadziła na bagażniku nie zdającą sobie sprawy z gravity of the situation Jankę.

niedziela, 29 września 2013

Zurbriggen más Zurschmitten

Ludzie, kiedy się wjeżdża autem na wiadukt nad Rondem Zesłańców Syberyjskich jadąc w stronę zalanego jesiennym słońcem stołecznego centrum, naturalnie w momencie kiedy z radia idzie utwór Cinnamon Tree Esperanzy Spalding (a dla ścisłości w momencie, w którym ta gitara wchodzi tuż za tymi trąbkami czy co to tam gra, około 52-giej sekundy), no to to jest proszę państwa Music City USA, człowiek z uniesienia nie bardzo wie gdzie jest, gdzie żyje, jak żyje, czy tyje, czy wyje, czy się myje, czy zjada pomyje. A już zupełnie straciłem orientację po przeczytaniu, że dzisiaj w Indonezji reprezentacja Argentyny w koszykówkę 3x3 zdobyła mistrzostwo świata do lat 18. Ściślej, chodzi mi o skład mistrzów: Lucas Gargallo, Gabriel Deck, Nicolás Zurschmitten i Alejandro Zurbriggen. To jest Argentyna? Mam dosyć robienia szopek z reprezentacji narodowych, szczerze mówiąc byłbym za powołaniem jakiejś komisji. Jalen Rose, aka Motown clown, pewnie by się uśmiał z tej żałosnej farsy.


A tak naprawdę wiadomością i wydarzeniem dnia jest przebiegnięcie przez mojego teścia Michała Maratonu Warszawskiego. Budzi to we mnie mix wzruszenia i dumy, jak tak staliśmy z Janką i z Basią z tym transparentem to to naprawdę było przeżycie. Dodatkowy bonus, że przeżywaliśmy to we trójkę bez tej całej chorej otoczki potu i treningu.

niedziela, 22 września 2013

tristram shandy z żoną wieczorową porą

Jestem zmuszony napisać tu dwa słowa jutro, bo dzisiaj muszę już zmrużyć oczy. Pozdrawiam i zazdroszczę wszystkim, którzy oglądają/oglądali dzisiaj Litwę z Francją w kosza.
Już jest jutro. Następującymi sprawami chciałbym podzielić się ze światem:
1. Listem napisanym przez pewnego niemca o tureckich korzeniach skierowanym do ultraprawicowej NPD. Jego list jest odpowiedzią na pisemną prośbę rozesłaną do radnych i posłów pochodzących z zagranicy: NPD uprzejmie prosi ich o wyemigrowanie z Niemiec. Puryści z partii narodowej zrobili w swoim liście trochę błędów, słabo używają przecinków, no i ten pochodzący z Turcji (w sensie, że jego rodzice są z Turcji) niemiec, strasznie śmiesznie im odpowiada, rzecz jest w Niemczech hitem, sz.de zrobiła z nim wywiad, który też warto przeczytać jeśli ktoś czyta po niemiecku, choćby po omacku.
2. Obejrzałem z Basią po raz drugi w życiu (ale po długiej przerwie) film Tristram Shandy: A Cock and Bull Story. To jest film w środku filmu, behind-the-scenes proszę państwa, satyra na wszystko: aktorów, producentów z Ameryki, dzieło o niemożności opowiedzenia życia, bo życie się przecież cały czas toczy. Film nakręcony jest w oparciu o 18-wieczną powieść Laurence’a Sterne’a The Life and Opinions of Tristram Shandy, Gentleman, naturalnie niemożliwą do sfilmowania. Polecam z całego serca.

I wreszcie 3: Zjadłem wczoraj pyszną zupę z dyni u Zuzy i Janka na 11 piętrze bloku przy Korotyńskiego i zrobiłem z ich kuchni takie zdjęcie. Przed 12 laty w tym bloku, w mieszkaniu Darka W., Wojtek tłumaczył mi i innym kolegom z drużyny what it takes to be a champion. Lubiłem te zebrania.

niedziela, 15 września 2013

wkrótce w ramówce 2

Nie trzeba o tym chyba nikomu pisać, ale do protokołu: Wajda, czyli ja, pojechał w środę (po raz trzeci z rzędu) pociągiem przez Kutno do Gdyni. Nie było tak jak u Pana Maluśkiewicza, że wsiadł w samolot motyli i po godzinie już byli. Byli po 5 i pół godzinach. Do wagonu wsiadłem z klasą, 2 minuty przed odjazdem, po czym na fali własnego szczęścia, w szampańskim nastroju, wrzuciłem walizkę starszej Pani z przedziału na górę. Była mną zachwycona. Ja naturalnie w samozachwyt i trzygodzinna półprzytomna drzemka z pędzącymi polami i domami. Wreszcie – już byli. W cztery dni obejrzałem sześć filmów i oto życie na gorąco czyli moje private reviews. Kategorie te same co w zeszłym roku, ale dodałem jedną: mega moc power zabijaka do kwadratu. Nie oglądam zbyt wielu filmów poza festiwalem, czym można tłumaczyć peany, ale te filmy możliwe, że są po prostu niezłe.

Chce się żyć, reż. M. Pieprzyca
Mega moc power zabijaka.
To, że jest oparty na prawdziwych zdarzeniach (ta klatka na napisach końcowych z Dawidem Ogrodnikiem i prawdziwym Mateuszem – każdemu filmowi coś takiego dobrze zrobi), to że nie jest ani czarny, ani biały (choć stosunek świata “normalnego” do “niepełnosprawnego” jest w “realu” czarniejszy od przedstawionego), to że sprawni tak wiarygodnie grają niepełnosprawnych (chociaż Dawid Ogrodnik ma trochę za dużo mięśni) – to wszystko sprawia, że jest dobrze. Film jest dodatkowo taką nauką, czy pochwałą tego, że każdy człowiek na Ziemi jest osobnym wszechświatem (podpisano: Kołakowski). Uważam, że muzyka do obrazu lepiej dobrana jest w pierwszej połowie filmu niż w drugiej i przez to w tej pierwszej film jest większym wyciskaczem łez. Sokowirówka nie-smutnych łez.

W imię..., reż. M. Szumowska
Mega moc power zabijaka do kwadratu. 
Scena w której M. Ostaszewska zamiast wsiąść na rower i uciekać kopie się przed sklepem z tymi wszystkimi chłopcami jest i dowcipna i jakaś wrażliwa – jak ją zobaczyłem (tę i kilka innych) to się obudził we mnie patriotyzm – że też taki dobry film wymyślili i zrobili Polacy! Dla mnie nie ma aż tak dużego znaczenia czy to jest film o tożsamości-samotności, czy o zjawisku homoseksualizmu w kościele, czy o tym czy o siamtym, dyskusje o dyrdymałach. To jest według mnie jak świetny obraz, którego nie ma wstydu powiesić w najlepszej galerii na świecie. Reprezentacja Polski. Tak jak "Ida". Ciekawe, że w "Bilecie na księżyc" grają te same dwie wielkie gwiazdy polskiego kina, zdjęcia robi ten sam operator, a jednak ten “Bilet” to są Sex Pistolsi, a “W Imię...” to są Zeppelini. Rozumiem, że ten pierwszy to komedia (nawet miejscami śmieszna i miejscami nie dłużąca się), rozumiem, że to inne gatunki, ale jednak jedno to (chyba dosyć droga) miernota, drugie Świat i Europa. I jeszcze podobał mi się w filmie “W imię...” utwór Funeral zespołu Band of Horses. Jego użycie trochę świadczy o tym, że M. Szumowska jest nie tylko prawdopodobnie najlepszym reżyserem świata, ale do tego ma bardzo dużo młodości w głowie. Zresztą wszystko w tym filmie o tym świadczy.

Ida, reż. P. Pawlikowski
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Myślałem, że Pokłosie było niezłe, a tu niespodzianka. Agata Kulesza to jest proszę państwa brzytwa. Myślę, że jak ktoś nie zleciał z krzesła i nie stracił przytomności w momencie jak ona się pyta czy jej synek się bał zanim go zabili, to znaczy, że jest mocny. Dla mnie to jedna z najbardziej wstrząsających scen jakie oglądałem w życiu, ale może się już rozmemłałem totalnie. Dobrze, że ten film wygrał, chociaż w tym roku równie dobrze mogłoby wygrać pięć innych. Na przykład

Imagine, reż. A. Jakimowski
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Człowiek z trudem może uwierzyć, że coś takiego w ogóle da się zrobić. Niewidome dzieci są niesamowite. Gra z widzem: czy te mikro nieprawdy, których dopuszcza się główny bohater żeby zbliżyć się do atrakcyjnej sąsiadki i polepszyć życie swoich uczniów – czy to w ogóle są oszustwa, i czy to w ogóle ma znaczenie? Jeden z najbardziej światowych polskich filmów jakie widziałem, inny, ale tak samo genialny jak “Sztuczki”, z przepiękną ostatnią sceną sfilmowaną z odjeżdżającego tramwaju.

Wenus w futrze, reż. R. Polański 
Mega moc power zabijaka.
Dobrze, że nie był w konkursie głównym, bo ten Polański to też jeszcze zupełnie inna planeta (chociaż nie żebym uważał ten film za lepszy niż W imię... czy Ida, co to to nie). Ale ludzie: Roman Polański wychodzi z Teatru Muzycznego. Matko Boska. On ma w sobie coś z Obamy, czy bo ja wiem, Michaela Jordana. Wchodzi do pokoju i ziemia przestaje się kręcić, czas się zatrzymuje, wszystko stoi. Pewien polski poseł wyciąga komórkę i robi zdjęcia na spotkaniu z Prezydentem Stanów Zjednoczonych, z tym mi się to kojarzy: wielki świat przyjeżdża do Związku Sowieckiego. Ale mimo genialności filmu, drugi raz bym nie poszedł, bo entertainment factor jest według mnie jednak mniejszy nawet niż w tych (przecież poważnych) filmach opisanych powyżej. W każdym razie film pewnie trochę tańszy niż “Bilet”. Już się nie będę nad tym biletem pastwił, nie poświęcę mu osobnego paragrafu, daję mu notę słabiałer.

I jeszcze: obejrzałem pół filmu “Dziewczyna z szafy” w reżyserii Bodo Koxa (musiałem wyjść w połowie) i to też jest perła prawdziwych piratów. Dowcip, wrażliwość i refleksja. Obejrzę go z Basią całego na DVD i oboje tego nie pożałujemy.






Gdyńska pogoda dla bogaczy doznań kulturalnych, fotografia: poranny spacer.

niedziela, 8 września 2013

Danny Ainge is strange

Dzisiaj rano fajna przygoda: pierwszy samodzielny basen z Janką. Wszystko się udało, pływaczka nie wyglądała na cierpiącą, nasza żona i mama w jednej (miłej) osobie może być z nas jakośtam dumna. Ten wpis powstaje w następujących okolicznościach: po basenie i wprowadzeniu drugiego śniadania J. zasnęła w aucie, tatuś bezzwłocznie włączył ostatni podcast Billa Simmonsa (który przez godzinę grilluje Danny'ego Ainga, m.in. w sprawie transferu P. Pierce'a i KG do Brooklynu), zaparkował przy Polach Mokotowskich (tatuś, nie Danny Ainge) i w rytm techno z tego przedziwnego klubu przy Skrze – o 10 rano... whatever the whack is this all about, mam nadzieję, że tam nikt nie bierze żadnych nie daj Boże narkotyków – wysłuchał audycji do końca. Osobiście, z okazji Mistrzostw Europy w koszykówce, mam dla Państwa na dzisiaj swoje 5 groszy o słynnym M. Gortacie. Już kiedyś na niego narzekałem, ale chętnie do tego wrócę w zaistniałych okolicznościach (przegrywanie meczów) przyrody. Moim zdaniem on myli pewność siebie z rodzajem przedziwnej polityki sukcesu, która nie wiem w jakich okolicznościach pomaga grać. Można być pewnym siebie po cichu. Wtedy jak coś nie wyjdzie (a zawsze jest takie niebezpieczeństwo, ostatecznie na takim turnieju jest jakieśtam ryzyko trafienia na nie-totalnych amatorów) nie trzeba się wstydzić. Zresztą nie wiem czy on się w ogóle wstydzi.

W tym tygodniu miałem więcej szczęścia niż koszykarze: w piątek usiadłem na toalecie dokładnie w momencie, w którym przez jedną z dziurek w drzwiach wpadło takie światełko. Nie wiem jakiego trafu losu trzeba, żeby doświadczyć czegoś takiego, po prostu nie mam bladego pojęcia.

niedziela, 1 września 2013

tydzień w prasie, tydzień w realu

Największym wydarzeniem tygodnia obu słynnych placów zabaw okolic parku Zasława Malickiego było to, że J. zaczęła składać swoje kroki w liczne grupy, od kilkunastu do kilkudziesięciu kroków bez przewrotki w każdej. Z kolei największym wydarzeniem tygodnia na portalach espn.com i grantland.com był artykuł Simmonsa pt. The Unfortunate Tale of T-Mac. Te dwie osoby, Bill Simmons i J., mają jedną wspólną cechę: obie bardzo lubię. J. nawet o tyle bardziej, że jest Polką, sporo z tego co się do niej po polsku mówi rozumie, a Bill jest – per saldo, im dłużej się nad tym zastanawiam – jakimś kompletnie obcym facetem.
Tymczasem dzisiaj są urodziny Basi. Po raz pierwszy wypadają w dzień pisania bloga. Jestem jej bardzo wdzięczny, że ma do mnie tyle cierpliwości oraz cieszy mnie, że wygląda na maximum 22 lata. Bardzo ją kocham, ale nie chodzi oczywiście o ciało, bo to by było za płytkie. Podpisano: nurek.



A czytając w piatek wieczorem ten artykuł o McGradym przeszło mi przez myśl, że każdy jest kiedyś młody. Co więcej: każdy zostaje młody na zawsze. Czy Janka, czy Allen Iverson, w pewnym sensie w myślach wszyscy zostają młodzi. Zdjęcie: USA Today Sports.

niedziela, 25 sierpnia 2013

to cut the longboard story short

Dzisiaj podśmiewałem się na ucho do Basi, że w Zielonym Jazdowie przed Centrum Sztuki Współczesnej nie wypada pokazywać się bez longboardu, a najlepiej dodatkowo mieć własną lub być w jakiejś kapeli. Ale zastygł mi ten średni dowcip na ustach kiedy dwie godziny później pewien właściciel pracowni architektonicznej pożyczył mi na chwilę swój własny longboard. Mogłem na nim próbować swoich najnowszych tricków: skrętów w lewo i w prawo. Zresztą ten pan (właściciel longboardu) to był człowiek po przejściach, miał jakąś żonę, potem się rozstali i tak dalej.

Tymczasem wczoraj w r-town: oto zrobione przez babcię Janki zdjęcie 2 balonów wypuszczonych do nieba podczas bankietu z okazji 1. urodzin przemiłej jubilatki. Będę to zorganizowane przez moją multi-talented wife popołudnie długo pamiętał, bo było dzięki przybyłym gościom naprawdę udane.

niedziela, 18 sierpnia 2013

tak to już za przeproszeniem the way it is

To zdjęcie Dariusza Kuli z piątku to świadectwo ciekawej przygody mijającego długiego weekendu. Od lewej widać na nim wielkiego zdobywcę pomarańczowego łańcucha do roweru górskiego Dariusza W. (patrz poprzedni post), czterokrotnego laureata Grammy, dziesięciokrotnego laureata Grammy, dwie dziewczyny, reżysera i jakiegoś również ważnego pana pokazujących sobie coś ważnego, oraz (grającego na skrzypcach) Davida Mansfielda.
Otóż o co chodzi z tym Mansfieldem. To właśnie on był jednym z założycieli zespołu Bruce Hornsby and the Range. Swoją Grammy odebrał za album „The Way It Is“ tego zespołu, ale to było szmat czasu temu, w 1986 roku. Fragmentu tytułowej piosenki z tej płyty można posłuchać tu, a całości tu. Jestem wykończony (exhaustion, bro), tęsknię za swoimi dziewczynami and that’s just the way it is.

niedziela, 11 sierpnia 2013

laying the smack down

W miniony upalny, wczesnosierpniowy wtorkowy wieczór czterech bardzo dobrych kolegów pofatygowało się do r-town zagrać ze mną w koszykówkę. Czułem się zaszczycony i będę im za to do końca życia wdzięczny. Dla mnie to były prawdziwe półtoragodzinne wakacje, osłoda życia pod nieobecność dziewczyn. Zastanawiałem się na czym to nieopisane szczęście wspólnego grania polega. I doszedłem do wniosku, że na dwóch rzeczach:

1. Na gadaniu. Bez przerwy. Do bólu brzucha ze śmiechu. Im gorzej grasz, im ledwiej żyjesz – tym więcej komentujesz.
2. Na braku (lub prawie braku) potrzeby wygrywania. Przy jednoczesnej świadomości (chyba ważnej), że kiedyś wspólne wygrywanie i przegrywanie nie było do końca obojętne.

W Stanach trochę inna jest formuła takiej podwórkowej koszykówki, poza tem określenie „total strangers“ zupełnie nie pasuje do sytuacji z wtorku, ale mimo wszystko chętnie zacytuję tu fragment artykułu Simmonsa sprzed kilku miesięcy dotyczący błogosławieństwa wyjścia na świeże powietrze z piłką:

"And ideally, this is what happens: A few times per year, you'll find the right four guys on a crowded day, everything will click, you'll turn into the '77 Blazers, and you end up laying the smack down, 2013 Heat–style, for six or seven straight.
It's just the best day you can have. It's the greatest. You limp out of there beaming, and when your wife or girlfriend asks you later that night why you're so damned happy, you can't even properly explain it. How can you explain total bliss? I love playing basketball — even now, with my body breaking down and my game decaying to alarming degrees — if only because it's one of the few places left on earth where you can connect with total strangers like that. Age doesn't matter, backgrounds don't matter, nothing matters. You have four teammates, they can be anybody, and you either know how to click with them or you don’t.“








Michael jest wycieńczony, ale to był naprawdę wysokiej jakości czas. Zdjęcie „po grze“ zrobił Maciek Kamiński. W dodatku wrzucił je na facebooka, gdzie mogłem sam sobie własne szczęście komentować.

niedziela, 4 sierpnia 2013

rezerwacja

Z rodzajem rezerwy pewien niezupełnie trzeźwy, trzymający w ręku pół litra wódki mężczyzna 50+ poprosił mnie dzisiaj rano czy bym mu nie ustąpił miejsca. Staliśmy we dwóch około 8:40 w kolejce do kasy w Biedronce: ja łosoś, kasza gryczana, pestki słonecznika, jabłka i serek dla Rońki, on pół litra plus śpiew do niewyspanej kasjerki „czy te oczy mogą kłamać“. Patrząc na mój zakupowy zestaw mówi niby do siebie: „Boże, gdybym ja miał takie problemy...“ Ja poza tęsknotą za dziewczynami rzeczywiście nie mam wielkich problemów. A w tej tęsknocie pomaga mi jedyne znane mieszkańcom r-town skuteczne lekarstwo: blues z płyty spirityouall Bobby’ego McFerrina. Utwory 5 i 13 (jak się zmienia to tempo tam w pewnym momencie) są dobre. Ale mam na myśli naprawdę dobre.



Nie tylko dla pana z porannej kolejki do kasy: na takich ławkach można sobie usiąść w parku żołnierzy radzieckich, który odwiedziliśmy dziś po południu z Mamą i z Ronią.

niedziela, 28 lipca 2013

psy i ludzie

"Psy i ludzie" – taki kryptonim powinno mieć moim zdaniem jeziorko na Polach Mokotowskich, bo właśnie te dwa typy ssaków moczą w nim swoje cielska w upalne lipcowe dni.
W mijający weekend sporo czasu spędziliśmy w plenerze r-town, na babcinej działce oraz w okolicach "psów i ludzi". Basia ma obecnie energię do akcji oraz ciało żeby tę (każdą) akcję performować. Na przykład wczoraj dostaliśmy 4 kg moreli od sąsiadki z działki obok, dziś w słoikach tłoczą się już powidła. Dla kontrastu: mi udało się uciąć wczoraj 1,5-godzinną drzemkę w czasie drugiego spania Janki.
Dzisiaj przechodząc obok "psów i ludzi" minęliśmy panią z aparatem, która akurat robiła zdjęcie gołemu brzuchowi kogoś leżącego (do góry brzuchem) na ławce na szczycie górki. W kadrze miała właśnie brzuch, niebo i topole. Znając życie pewnie wykorzysta to zdjecie na swoim blogu. Ja się muszę przespać żeby zdecydować które zdjęcie tu umieścić, bo na działce byli u nas dzisiaj i Fiedersowie i Homikowie. Ci pierwsi przynieśli dmuchany basen japoński od pana Abe. Jak na basen wypełniony wodą ze szlaucha reaguje Janka – chyba nie muszę mówić. Reaguje tak jak ja na każde dobre zdanie Simmonsa: gorączka, palenie w skroniach, utrata przytomności z nieprzytomności ze szczęścia.





Koniec weekendu, wracamy z działki: Marta, Paweł, Janka, Mateusz, Marta i Agata. Fot. BMP

niedziela, 21 lipca 2013

chiński łącznik: wejście do gry

Dzisiaj na placu zabaw na Polach Mokotowskich przyglądając się sobie i innym rodzicom naszła mnie straszna myśl: jak szybko (za szybko) przechodzi się nad faktem posiadania dziecka do porządku dziennego. W tej samej sekundzie (sekundzie nachodzenia pierwszej myśli), nachodzi mnie druga – przecież ja, wielki ważny ja, siedzę sobie właśnie na placu zabaw i patrzę na małego stworka obok mnie i ten stworek to jest moje własne dziecko. I już nie wiem co w tym jest oczywistego i powszedniego. To znaczy wiem: nic. Na placu zagadałem pewnego Chińczyka. Mieszka i pracuje w Warszawie od miesiąca, rodzinę ściągnął tutaj 6 dni temu. Są tu (tu w Polsce, tu na placu) jego żona, starsza o trzy miesiące od Janki córeczka (ma buty z efektem dźwiękowym, więc Janka wpatrzona w te buty jak w jakieś małe chińskie cudo) oraz mama lub teściowa. On pracuje w ICBC (Industrial and Commercial Bank of China) i będzie tu mieszkał równo 6 lat. Wie to. Ja na to: Shit, awesome bro... . Bank załatwił mu mieszkanie w ładnym miejscu na Kieleckiej, to, tamto, siamto, wszystko. Pytam się jak mu się tu podoba. Mówi, że jest trochę zimniej niż w Singapurze, w którym mieszkał ostatnio (na placu nie było jakiegoś koszmarnego chłodu, jeśli ktoś miał przyjemność chodzić dziś po Warszawie). A ja mu na to: człowieku trzeba było się tu przeprowadzić w lutym, wtedy to dopiero byłoby Ci zimniej niż latem w Singapurze. Mówię mu, że niech sobie wyobrazi, że wszystko co mam w domu jest z Chin. Odpowiada: "Yeah: aren't we awesome?" Chińczyk, bankier, z poczuciem humoru. Tak jak mówiłem, świat stanął okoniem na głowie i nie da się go już tak łatwo wytłumaczyć.



Wszystko jest do tego stopnia nienormalne, że w minionym tygodniu zdarzyło mi się kilkakrotnie jechać do pracy rzadkim tramwajem nr 37. To miejskie zdjęcie zrobiłem czekając na tego za przeproszeniem Godota wszystkich tramwajów, chyba we wtorek.

niedziela, 14 lipca 2013

intimidated and overpowered

Ciąg dalszy doświadczeń muzycznych – mam ich wiele, bo dużo jeżdżę autem. Otóż dopiero do mnie dotarło, że w piosence Eleanor Rigby zespołu The Beatles ten Father McKenzie w ostatniej zwrotce jest na pogrzebie tytułowej Eleanor. Jeśli się tego nie wiedziało – tak jak ja – to może to człowiekiem powiem Państwu wstrząsnąć. Oczywiście nie tak bardzo jak porażka 4 – 0 w serii best of seven na boisku w Pęcicach Małych, której doświadczyłem wczoraj z rąk Marcina P. Nie wiem jak to Państwu wytłumaczyć, jestem jak ten bohater piosenki Lady Pank: mniej niż zerem. W każdym razie zostałem intimidated and overpowered. Przecież Charles Barkley zawsze powtarza: jump shots won't win you championships. Ale ja młody, głowa w chmurach, nie posłuchała kózka i tak to się musiało skończyć.
Panie Boże jakie ja mam ciężkie życie. Dobrze że chociaż ludzie, którzy ze mną przez nie idą mają łatwo.




Idą czy jadą... jeden czort. To jest zdjęcie zrobione dwa lata temu w Milano przez Basię. Zamieszczam je z okazji dzisiejszego powrotu Mamy z wakacji we Włoszech, bo przecież Milano też było i jest we Włoszech.

niedziela, 7 lipca 2013

itinerancki lifestyle

Intelektualista wchłonął w raptem 3 dni biografię Elżbiety Czyżewskiej. Wypowiedzi dwóch kobiet uderzyły go swoją sprawiedliwością: Nancy Weber oraz Joanny Rostropowicz-Clark. Reszta: typowi mądrle, wyznawcy hindsight bias z leitmotivem pt. "Elżbieta Czyżewska wyjeżdżając do USA popełniła błąd" (do cyklu: "Powstanie Warszawskie nie powinno się odbyć"). I te oceny: to jej nie poszło, tamto jej nie poszło... no powiem szczerze, że się zdenerwowałem. Trochę uspokoiła mnie w minionym tygodniu Janka, która (wydaje mi się że) świadomie pocałowała mnie w policzek.
Słówko tygodnia opisujące walizkowy tryb życia to przymiotnik itinerant (itinerancki).




Dziewczyny na huśtawce szczęśliwe: że lato, że Dwight Howard będzie grał w nowym sezonie w Houston (tylko czy to dobrze dla Houston?), a Basia dodatkowo szczęśliwa, że odnalazła swój soft touch i pokazała, nazwijmy rzeczy po imieniu, flashes of brilliance. Na własne oczy widziałem dzisiaj jak przed wyjściem na plac zabaw trafiła 5 na 5 mid-range jumpers from the right elbow. W myślach komentowałem to nieprzytomny z dumy: bro, man, what up with that?

niedziela, 30 czerwca 2013

nie sposób popłakać się na widok Lisy Fischer

Już bardzo dawno nie dzieliłem się z Wami wzruszeniami innymi niż koszykarskie. Otóż interesuję się również muzyką. Z ponad sześciu milionów wyświetleń tego klipu jestem osobiście odpowiedzialny za przynajmniej trzy miliony. Jeśli ktoś nie popłakał się już na twarzy Roberta Planta po wejściu chóru (2'48"), to miał jeszcze szansę między 3'11" a 3'14" jak się chłopcy wymieniają spojrzeniami, albo 3'27" do 3'30", albo 4'28", albo oczywiście sama końcówka. Ten Robert Plant to zresztą prawie od początku jest ugotowany, a Jimmy Page jest zwyczajnie composed. Jak on się na grze tej gitary skupia to jest naprawdę coś (4'37" tuż po tym jak już otrząsnął się z wejścia chóru). Dla protokołu: na perkusji gra Jason Bonham, syn jedynego nieżyjącego członka Led Zeppelin, Johna Bonhama.
Druga sprawa to ten klip. Obejrzałem go 47,000 razy, reszta świata – na dzień dzisiejszy – 8,000. Chodzi o Lisę Fischer. Holy shmoly bro. Ona jest naprawdę something else. Otóż ta sama (chociaż 18 lat starsza) Lisa Fischer przyjeżdża w sierpniu do Gdańska jako wokalistka towarzysząca Bobby'emu McFerrinowi na koncert, przy organizacji którego maczam palce. Chyba się zbiorę na odwagę, podejdę i powiem jej: proszę pani, ja panią lubię.
Skoro o wzruszeniach mowa: tak wygląda niebo i fragment Krakowskiego Przedmieścia w momencie kiedy Adam Kundzewicz i jego już żona Agnieszka odbierają gratulacje przed kościołem sióstr Wizytek wczoraj ok. 20:45. W czasie ślubu też się oczywiście popłakałem. Z tego wpisu tylko na widok Lisy Fischer się nie popłakałem.

niedziela, 23 czerwca 2013

kłam mi, leopardku

Ktoś spyta: czy wstałeś, czy się trząsłeś z podniecenia, czy miałeś gorączkę, czy robiła ci się nowa gęsia skórka na topie tej gęsiej skórki która obrastała twój shooting arm już od tygodnia? Odpowiem cytatem z wiersza "Vers de Société" Philipa Larkina:

Whispering Dear Warlock-Williams:
Why, of course—. 

Tak, oglądałem game seven. Wstałem cichutko, cichutko wysunąłem Basi kartę kredytową z portfela, fiu fiu, niby nic się nie dzieje, poszły 3 dolary 99 na ten league passowy pejperview, i wchodzę w to całym sobą o 2:55 rano, zdążyłem nawet na hymn. Trzy refleksje:

1. Lebron James i Dwayne Wade pobierają za coś tam swoje pensje. Cośtam jednak robią, jakąś pracę wykonują.

2. Przez cały piątek chodziłem i mówiłem, że kocham Kawhi Leonarda, że jestem Kawhim Leonardem i wieczorem Basia chcąc zrobić mi przyjemność mówi do mnie: "chodź tu, mój ty Kłami Leopardku". Twierdzi, że tylko dlatego zapamiętała (cokolwiek), że jego imię skojarzyło jej się z "kłam mi", no a leopard-leonard, wiadomo, dziki kot dziki zwierz. Rocznik 1991, a jego swag już jest absolutnie crazy.

3. D-Green nie przyszedł na mecz. Ja to znam, na ileż to ja meczów nie przyszedłem. Na przykład na finał Dublin Men's 2nd Div. w kwietniu 2005 roku, przeciwnik: Clondalkin Lakers. Mój kolega Dave mi mówi żebym (takiego szefuńcia, którego kryłem) żebym (celowe powtórzenie) "run him off the court", że on już jest "tired". No i ja za nim latałem, wiele to nawiasem mówiąc nie dało, a jak zabiły dzwony i miałem one good look, a clean look, to przestrzeliłem, a to mogło cośtam nam dać. Ale już zostawmy to, ja nie chcę się nad tym rozłazić, taplać się w tym, lato jest długie, muszę spróbować o tym nie myśleć. W każdym razie jak ten D-Green w trakcie game seven trafił wreszcie za 6-tym czy którymś razem, to była desperation, on jakby siebie tym rzutem pytał: umiem rzucać, right? A najgorsze było to, że oni do niego szli, cały czas do niego szli, a on po prostu nie przyszedł na ten mecz.

Ale już jesteśmy nad morzem, już wszysko co było gdzieś odpływa, rozbija się o brzeg jak fale, a ja próbuję przestać myśleć o game seven, próbuję zebrać okruchy godności i spróbować ułoźyć sobie życie na nowo.



Niedzielny zachód słońca nad Bałtykiem, fot. BM-P, czyli fotografka, która rano uprawia jogę i biega, a potem wiadomo – nie trzeba chyba nikomu dwa razy powtarzać – baden baden.

niedziela, 16 czerwca 2013

siła tatuażu

W sobotę wieczorem po kąpieli ruszyliśmy z Basią i śpiącą Janką nad Wisłę. Co ta Wisła ma do zaoferowania to się normalnemu człowiekowi z wiadomo kąd w głowie nie mieści: mosty, pociągi, Stadion Narodowy, balon Orange, ludzie tańczący na barce... i to wszystko w środku nocy! Właśnie plus minus do jej środka rozmawialiśmy i pękaliśmy ze śmiechu ze znajomymi Basi z Lameli: Przemkiem, Asią, Martyną i Maćkiem. Było bardzo fajnie, chociaż przypłacił to człowiek półżywą niedzielą of course.
Ale chciałem tu w dwóch słowach opisać inne sobotnie zdarzenie: otóż w miejscu o nazwie Vege Miasto na Chmielnej (tam odpoczywaliśmy i jedliśmy po porządnej sesji sprzedażowej SISS na Szpitalnej) dosiadł się do nas Teodor z Sochaczewa w trykocie Wallabies, były reprezentant Polski do lat 21 w rugby. Pił piwo Królewskie i był cały w tatuażach, dlatego Jance zajęło chwilę oswojenie się z nim i obdarzenie go w końcu uśmiechem. Ja z Basią (głównie ja) byliśmy w niego wpatrzeni jak w obraz, od razu napomknęliśmy, że Basia grała w Irlandii w tag rugby, co chyba mu się spodobało. Chociaż tak naprawdę nie dał tego po sobie poznać. W rewanżu opowiedział nam w każdym razie jak się słucha hymnu przed meczem z Niemcami w mistrzostwach Europy U-21. Ja miałem ciarki i łzy, ale to mnie już nie dziwi, bo ja jestem rozchwiany w tych sprawach. Janka zresztą też go dosyć uważnie słuchała. I jadła makaron.
I tak dowieźliśmy ten ambaras do niedzielki wieczorem. Nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować Bułce i Spółce tego, że dowiozła swoje naprawdę smaczne istnienie do pierwszych urodzin, na które dzisiaj też jakimś cudem dotarliśmy.




Powiśle mówi dobranoc tylko Polakom, całej reszcie chłodne good night.


poniedziałek, 10 czerwca 2013

mammoth encounter

Wydarzeniami tego ekumenicznego weekendu w r-town i okolicach były kolejno: rozpoczęcie przez Basię praktyki jogi (Hinduizm, Buddyzm), msza w lasku Bielańskim (Chrześcijaństwo) i niedzielne drugie śniadanie w Tel Avivie na Poznańskiej (Judaizm). Ponadto – co jest gdzieśtam chore i niewyobrażalne w kontekście tego, że my nikogo nie chcemy staranować własnymi przekonaniami – wczoraj na głównej ścieżce rolkowej na Polach drogę nagle zatarasował nam mamut Lolek.



Lolek w swoim kostiumie ma ograniczone mokotowskie pole widzenia, dlatego chodzi z menadżerem, który mu mówi jaki tor dokąd go zaprowadzi oraz fotografuje ofiary.

niedziela, 2 czerwca 2013

ostateczne starcie w u-town

Wczoraj rozegrałem z perspektywy wyniku zapomnienia wartą (ang. forgettable, not regrettable) partię z scrabbli z Misią i Frankiem, tam u nich, hen na Jeżewskiego. Wyglądało to tak, że ululali mnie pomidorówką i pestkami z dyni, w związku z czym nie mogłem znaleźć rhythm, nie mogłem w to wejść całym sobą. No i Misia odskoczyła nam obu początkowo na zdawałoby się bezpieczną odległość, aż do momentu gdy Franek nie zawistował (ang. fork out) "weterana", siódemka na potrójnej proszę Państwa, co go przetransportowało "right back in it", a w zasadzie wykatapultowało go na czoło i to "with bells on". No i dowiózł to, raczej na spokoju, a ja od momentu wyłożenia przez niego tej siódemki (umniejszony do roli statysty-trefnisia) obserwowałem totalne załamanie psychiczne Misi (nie była sobą, milczała, mruczała; przecież ona myślała, że ma już to w kieszeni, ang. in the bag, a tu ta weterańska cegła) oraz kokieteryjne umizgi Franka. Niby nie był pewien zwycięstwa, niby twierdził że musi uważać. Ja na jego miejscu po tym "weteranie" ogłosiłbym się wielkim, powracającym z dalekiej podróży czempionem, i to już na dobrych kilka kolejek przed końcem gry.



Natomiast moim powracającym właśnie z dalekiej podróży do Poznania żonie i córce pragnę przekazać, że Wasz Paul George (24) już się za Wami stęsknił. Podpis elektroniczny: Paul George.

niedziela, 26 maja 2013

grochówka

Szedłem wczoraj z Janką przez działki gdy wtem zaczepiła mnie (i jeszcze jednego pana z wózkiem) pani na rowerze. Powiedziała, że zaprasza na obchody 85-tych urodzin pracowniczych ogródków działkowych r-town. Dodała, że na obchodach serwowana będzie grochówka za dwa złote. Powiedziałem, że dziękuję za zaproszenie, ale nie mam przy sobie portfela. Odpowiedziała żebym się nie wygłupiał.





Reszta to już historia. W czasie kiedy ja wprowadzałem zupę, Janka jadła szparaga. 

niedziela, 19 maja 2013

ludzie z Castlebar

Jednym z kilku ciekawych przypadków minionego piątku (17 maja) było spotkanie i zmuszenie do mówienia pewnej pary emerytowanych wykładowców z Leeds około godziny 16:15 w autobusie numer 128. Wracali ze starówki do hotelu Sobieski. Otóż rodzice obojga pochodzą z Irlandii, a w przypadku kobiety konkretnie z Castlebar w hrabstwie Mayo. W trakcie naszej 5-minutowej rozmowy ta pani powiedziała mi coś o czym nie miałem pojęcia. Podobno na dzień w którym pada lekki deszcz Irlandczycy mówią: "It's a nice soft day". A dopiero jak pada mocniej przyznają, że pada deszcz. Uważam użycie słowa "soft" w tym kontekście za socjologicznie, czy jak to nazwać, intrygujące (intriguing).


Stalin, Bierut, Rokosowski (Oxford, Cambridge, Wielka Brytania). Na kolanach matek siedzą trzy niezwykłe dziewczyny z rocznika 2012. Zdjęcie zrobiłem podczas 4 urodzin zawiedzionej nieobecnością Rońki Niny F.

niedziela, 12 maja 2013

tunel rewizytacja

Dzisiaj podczas gdy Basia uczestniczyła w kursie pierwszej pomocy niemowlętom, Janka i ja siedzieliśmy obok w pokoiku zabaw. Trudno będzie Państwu w to uwierzyć, ale w tym pokoiku był wypisz wymaluj taki materiałowy tunel jaki mamy u nas w domu, taki zielony, od Babci. No i Janka się nim (a w zasadzie wrzucanymi do niego piłkami) bardzo zainteresowała. Teraz (po południu) nasz domowy tunel przechodzi drugą młodość. Tymczasem przyszedł poniedziałek i pora na związany ze zbliżającymi się dziewiątymi miesięcznymi urodzinami Janki cytat z najnowszego artykułu tego geniusza Simmonsa:
"[...] he's the most fearless basketball player I've ever seen. You watch Blake Griffin the same way parents watch their 9-month-old child crawling around a house that hasn't been childproofed; you never feel safe, not for a second."
Otóż Blake Griffin ma się do tego co chwilami wyprawia J. jak jakiś kalkulujący każdy ruch emerytowany szachista ma się do stunt-double'a J. (dżej) Bonda.

Siedząc na toalecie u mojego brata w pokoju zaobserwowałem ostatnio zaciek o profilu królowej Elżbiety. Boże, jakie to szczęście, że żyjemy w wolnej Polsce, że każdy robi ze swoim czasem co chce, że każdy mówiący po Polsku użytkownik Internetu ma dostęp do tej informacji.

niedziela, 5 maja 2013

księga dźwięków

Z życia Janki, protokołuję co następuje: z całej książeczki-prezentu od Anuli pt. "Księga Dźwięków", którą od miesięcy czytamy codziennie, nasza córka najbardziej kocha dźwięki osła (uśmiecha się na jego widok zanim usłyszy dźwięki), oraz konia (próbuje nie bez wdzięku zawołać "ihahaaaa"). Pozostałe 50 zwierzątek, przedmiotów i dźwięków w książeczce toleruje, ale większego wrażenia na niej nie robią.

Cudowne lata tego skrzata przed nią i przed nami. Sprzed komputera pozdrawiam najmocniej jak umiem swojego brata i ojczyma, których bardzo kocham i którym dedykuję to zdjęcie. Żeby wierzyli i wiedzieli, że naszych cudownych lat jeszcze długo nie koniec.

niedziela, 28 kwietnia 2013

48

Dzisiaj bardzo krótko, bo słabszy, deszczowszy dzień. W sobotę przechodziliśmy z Janką niedaleko bloku Korotyńskiego 48, gdzie z Francuzem, Agatą, Mamą i Andrzejem spędziliśmy trochę fajnego życia. To jest zdjęcie bloku, czyli życia, oraz słynnej beczki smoły, przy której graliśmy z kolegami z podwórka w piłkę. Widać na nim również nowo wylaną ścieżkę rowerową.





Tę beczkę smoły (czy beczkę po smole) da się na tym zdjęciu wbrew pozorom wypatrzeć. 

niedziela, 21 kwietnia 2013

league pass special

Do wszystkich, którzy tu wchodzą w nadziei na przeczytanie wskazówki na życie czy przestrogi, zapamiętajcie proszę tylko jedno: "If you're guarding Tyler Hansbrough, you've got a long afternoon on your hands."
Najukochańszy league pass był w ten weekend za darmo. Naiwni league passerzy myśleli, że połknę haczyk i wykupię pakiet na resztę play-offów, ale pomylili się. Nie zrobię tego, bo nie chcę umrzeć na bezsenność w Seattle. Ale skoro Janka zasnęła, a rzecz była za darmo, to popatrzyłem przed chwilą na końcówkę Hawks at Pacers. Zostało 6 minut 30 sekund, Atlanta próbuje wykopać się z potwornego dołka, ale nic im z tego nie wychodzi, bo tamci to cisi zabójcy. No i wtedy właśnie komentator wypowiedział powyższe, warte zapamiętania zdanie.
W tym czasie kiedy ja oglądałem Tylera i jego kolegów, Basia rozmawiała przez telefon z Marcinem D., który przychodzi do nas co jakiś czas zagrać o mistrzostwo miesiąca w scrabble. Wydawało mi się, że słyszałem jak on mówi, że ja jestem jak Bayer Leverkusen: dobry, ale mistrzostwa pewnie nigdy nie zdobędzie. Przez noc wymyśliłem taką odpowiedź: zobaczymy jak was wszystkich zabajeruję na śmierć podczas kolejnych mistrzostw. Takiego bajeru nie widzieli nawet stali bywalcy festiwalu wagnerowskiego w Bayreuth (Bayreuth Festspiele).





Jeżeli komuś kiedyś w życiu przyjdzie się zmierzyć z Tylerem, na wzmocnienie polecam takie danie, które osobiście wprowadziliśmy z Basią na początku mijającego tygodnia.

niedziela, 14 kwietnia 2013

napad na Schmerzen

To nigdy nie miał być lukrowany torcik, to są sprawozdania z tego jak jest, a nie z jakiejś idylli. Nie wycelowaliśmy rano najlepiej z drzemkami i  trudno o tym pisać  wślizgnęliśmy się z Janką do basenu niewyspani. Dlatego w wodzie sporo było ambarasu, szczęścia mało, rozpłynęło się. Wyszliśmy przed końcem zajęć i kiedy jeszcze wciąż umęczona Janka leżała na przewijaku, do szatni rodzinnej wszedł  aż ciężko w to wszystko uwierzyć  jakiś obcokrajowiec na zajęcia starszej grupy ze swoim (ze słówka "swoim" wystarczy wyrzucić "o" i wychodzi "swim"!) synkiem i od progu widząc nasze nieszczęście rzucił bardziej do nas niż do Janki:

- Are we having fun yet?


Typowa amerykańska szpila przebrana w śpioszek niewinnego żartu.

To zresztą nie koniec przygód, na drugim śniadaniu w barze Tel Aviv usiedliśmy obok Austriaczki spod Linzu przebywającej na Erasmusie w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Była w drodze na spektakl typu matinée pt. "Mały Książę" w Romie. W spektaklu gra (podobno) jej koleżanka (swoją drogą, co to za koleżanka z Erasmusa, która w niedzielne południe jest w stanie grać w teatrze?), no i ona wpadła tu coś zjeść przed gongiem na pierwszy akt. Zanim ją zaczepiłem czytała wytartą kopię "To kill a mocking bird", czyli już było jasne, że to najgorszy typ przeintelektualizowanej i przewrażliwionej studentki z wymiany. 
Oczywiście ja ją zagajałem, Bogu ducha winną. Chciałem żeby pomyślała, że jest w jakimś Buenos Aires, a nie w Warszawie, że niby wszyscy się tu wszystkimi szalenie interesują. Chciałem, żeby trwała w swoim (swim) lukrowanym torciku, żeby dalej wierzyła, że cała Polska jest jak WSP i jej Erasmusowi degeneraci, upojeni utopią zjednoczonej Europy.
A na świecie? Kobe Bryant zerwał w piątek ścięgno achillesa, co od razu skojarzyło mi się z niemieckim słówkiem "Schmerzen". Zresztą w przypadku ścięgna achillesa są to podobno Weltschmerzen. Dlatego postanowiłem zamienić z tej okazji refren piosenki Ewy Bem, który idzie: 
"Do góry ręce, to napad na serce"
na
"Do góry kierpce, to napad na Schmerzen".




Wiosna w r-town to nie tylko zmiany w mózgu. Zmienia się też światło, przy czym mówimy tu o naświetleniu w godzinach 19:05  19:10.

niedziela, 7 kwietnia 2013

łyżeczka siemienia extra

Nie pisałem o tym żeby nikogo niepotrzebnie nie martwić, ale wychodzenie z Rońką na poranne sporty typu przebieżki lub biegówki to męka. Nawet ze smyczą wokół pasa: ciągłe zaplątywanie, brak płynności, brak rytmu. Bez smyczy jest tylko gorzej: szczekanie na niewinne osoby, wreszcie groźby, pogróżki i anonimy ze strony tych osób. Dlatego jeszcze w środę wieczorem planowałem nie brać tego potwora ze sobą na czwartkowy rozruch.
Ale już w czwartek rano siedząc półprzytomny na toalecie, naturalnie z telefonem komórkowym, jak jakiś za przeproszeniem hipnotyzer, zmieniłem zdanie. Otóż nie zdążyłem nawet dojść do wyników nba, kiedy
moje serce rozmiękczyły nagłówki w rodzaju: "Pyongyang za pół sekundy odpala bombę, this is it." czy "Pyongyang przyłapał Dennisa Rodmana na przecinaniu kabelków od bomby i teraz naprawdę się podzłościł." Oczywiście Pyongyang się podzłościł, nie Dennis, bo Dennis jest moim zdaniem za twardy na tanie uszczypliwości.
Wtedy pomyślałem: jeśli życie na Ziemi jakim je znamy właśnie dobiega końca, to ten kudłaty potwór zasługuje na ostatni spacer. Zrobiłem sobie siemię (łyżeczka extra) i ruszyliśmy. Trzymałem tego robaczka krótko, więc nie było lekko, ani jemu ani mnie. Ale mnie cała ta sytuacja nauczyła jednej rzeczy. Chociaż wiemy, że do dzisiaj nic konkretnego (typu odpalenie bomby) na półwyspie koreańskim się nie wydarzyło, to wydaje mi się, że w r-town należy żyć tak jakby każdy dzień był tym ostatnim. I każdy mieszkaniec r-town powinien nosić swój krzyż, czytaj w moim przypadku swą smycz.
I tak już w piątek udaliśmy się na reunion 2SLO. Jako jedyni byliśmy z dzieckiem, bo dzieci innych skończyły przynajmniej przedszkola i te monstra (bo nie można ich nazwać rodzicami) pozostawiły swoich malców w domu. 
W drodze powrotnej, na światłach przy ul. Targowej, Basia zobaczyła, że w mieszkaniu w którym spędziła dzieciństwo (przedostatnie piętro po lewej) palą się światła. W ten sposób życie zatoczyło prawie pełne koło. Brakuje tylko jednej naprawdę odważnej decyzji na półwyspie.