is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 25 września 2011

gdzieś na Żoli dziecino

Tytuł z klasyka, Muńka Staszczyka, który z pewnością nie posiadłby się ze szczęścia, gdyby wiedział co robiłem dzisiaj na Żoli. W mieszkaniu Marty, Marcina i Filipa odzyskiwałem wiarę w sprawiedliwość, kiedy na boisko wybiegał zdrowy Contepomi, a Argentyna wracała z dalekiej podróży. Później, już na Mokotowie, spotkaliśmy się z Homikami i ich piękną Marysią. Papież zakończył wizytę w Niemczech, która ponoć rozczarowała (bo mówił o równouprawnieniu, którego w samym kościele niewiele, bo mówił o ekologii, ale mówił naokoło, a sz.de to wszystko oczywiście wypunktowała tu). Tak jak wypunktowała pewnego starego zbrodniarza wojennego, który zaszył się w Punta Arenas w Chile (jak dobrze, że Francuz wraca już za chwilę!), kryzys ekonomiczny w Europie, oraz zapotrzebowanie ARD i ZDF na dodatkowe wpływy z abonamentu TV, czyli 1,5 miliarda Euro między 2013 a 2016. Obie telewizje otrzymują rocznie 7,3 miliarda Euro z budżetu federalnego i tworzą najpotężniejszy quasi-państwowy aparat medialny świata. Jakby powiedział William Connor: you wouldn't read about it.
Poza tem w sobotę byliśmy u Ludwika w Białołęce: to co wyczynia pies Szemrak jest nie do opisania, nawet piórem tak lekkim jak ten warkocz ze sznurka, który ów Szemrak potrafi ściągnąć z gałęzi na drugim metrze. Drugim metrze wysokości pnia, po którym chodzi! Z kolei w piątek po pracy poznaliśmy architektów z Vancouver, Wojtka i Betę. Jak sobie myślę o tych wszystkich spotkaniach to dociera do mnie, że my nie mamy życia, tylko łóżko z płatków róż. A jeżeli kogoś nie uśpił ten wpis to jako nagrodę (a purely symbolic gesture) za dotarcie aż tu, polecam coś naprawdę dobrego: Meta World Peace i Peta Murgatroyd on Jimmy Kimmel live.




Tutaj żoliborsko-poranny (a wellingtońsko-wieczorny) Lucas Amorosino zadaje decydujący cios w deszczu, fot. rugbyworldcup.com.

niedziela, 18 września 2011

wycieńczony joe idzie spać

i ani słowa więcej. Tak człowiek obiecuje gdy chce mu się spać. Potem jednak decyduje się opisać dwie sceny z życia. Pierwsza scena, z poniedziałku, 19-go września. Nowozelandzki profesor Peter Russell ląduje w Auschwitz i około godziny 14-tej wprowadza do organizmu snickersa w przymuzealnym sklepie. Potem nie zje już nic, aż do nieprzytomnej zupy z dyni o 5 rano w r-town. Ale zanim to nastąpi musi się dostać z Oświęcimia do Krakowa. W Krakowie między 20 a 21 ciąg dalszy dramatu. Wspominany wcześniej na tym blogu nieoceniony Mikołaj Bielański, dopiero wylizujący się z ran po locie z Mnicha w Tatrach, wreszcie znajduje "mojego" gościa, mimo, że szuka wyższego od siebie człowieka w czapce, bez wąsów, o imieniu Jack Russell (tego Jacka wymyślił sam, reszta to moje wskazóweczki). Czasem trudno mi uwierzyć ile ludzie mają do mnie cierpliwości. O mojej żonie nawet tu nie wspomnę (1-sze miejsce).
Scena druga, w Pęcicach, we wtorek, 20-go września. Mama: - Synu włóż może te czekoladki ze stołu profesorowi do pudełka z pozostałymi, to weźmie całe pudełko, a nie w jakiejś siateczce.
Peter Russell, szeptem, szczerze i poważnie, do czekoladek i do siebie: - God, I hope she just said I get to take home all of them.
Jeżeli chodzi o wieczór otwarcia Stadionu Miejskiego we Wrocławiu, to z całego dnia najbardziej podobało mi się to, że porozmawiałem ze swoją siostrą cioteczną przez telefon komórkowy. Czy jakby powiedział Peter Russell: porozmawiałem ze swoim telefonem komórkowym.

(Not) All passion spent: autorzy wybitnego dzieła o Max-sie Frischu po latach, w obiektywie Magdy U. All passion spent to oczywiście tytuł powieści Vity Sackville-West z 1931 roku, adaptowanej później do telewizji przez BBC. Rather wonderful, jakby powiedział wiadomo kto.

niedziela, 11 września 2011

as time goes by

Sport przestał mieć "jakiś większy sens" odkąd Argentyna poległa wczoraj z Anglią w rugby. O koszykówce nie wspomnę, bo to kolejna rzecz, która połamała mi w tym tygodniu serce. Dlatego po tygodniach posuchy melduję się z tłumaczeniem piosenki pod tytułem As Time Goes By, napisanej przez Hermana Hupfelda w 1931 roku, najbardziej znanej z filmu Casablanca (1942), a śpiewanej później między innymi przez Franka Sinatrę i Billie Holiday.
***
You must remember this | Pamiętaj tę rzecz
A kiss is still a kiss | Pocałunek to pocałunek
A sigh is still (just) a sigh | A westchnienie to westchnienie
The fundamental things apply | Zasadnicze sprawy nie ulegają zmianie
As time goes by | Choć czas ucieka niczym porwani w Tiutiurlistanie
And when two lovers woo | A gdy dwoje kochanków ma się ku sobie
They still say: "i love you" | To niezmiennie mówią "Kocham cię" mój kochanku
On that you can rely | Jak w banku
No matter what the future brings | Niezależnie od tego co dalej
As time goes by | Choć czas wyprzedza auta z Jerozolimskich Alej
Moonlight and love songs - never out of date | Światło księżyca i piosenki miłosne - zawsze w modzie
Hearts full of passion - jealousy and hate | serca pełne namiętności - zazdrość i nienawiść
Woman needs man - and man must have his mate | Kobieta potrzebuje mężczyzny - a mężczyzna też nie lubi być sam na lodzie
That no one can deny | To są fakty, mociumpaństwo
It’s still the same old story | To jest wciąż ta sama stara historia
A fight for love and glory | Walka o miłość i chwałę
A case of do or die | Wóz albo przewóz
The world will always welcome lovers | Świat zawsze będzie kochał zakochanych
As time goes by | Choć czas pogania konie swe*

***
*To zabrałem Puszkinowi (Wóz Życia, przekład Julian Tuwim); ostatni wers mógłby też brzmieć: Tych od pocałunków i baniek mydlanych.






Bryan Ferry z żoną śpiewają As Time Goes By do śniadania w r-town. Rońka zatyka łapami uszy.

niedziela, 4 września 2011

silent killerzy w Poniewieży

16:45, Polska-Turcja na Mistrzostwach Europy w kosza na Litwie. Postanowiłem połączyć przyjemne z przyjemnym i zapraszam na relację minuta po minucie (running diary). Sytuacja jest beznadziejna. Nikt nie ma szans z Turcją. Informacja od komentatora: Türkoğlu być może będzie krył Szczotkę.
Nasza piłka. Hrycaniuk 2:0, przyszedł grać. Ten turecki Asik już mnie denerwuje. Asik z rękawa. 2:2 po 3 minutach. Polska gra w obronie jak legendarne PK Comanim, bez kompromisu, bez kompleksu. Wygrywamy 8:5, ten Koszarek to jest jednak generał, nikt nie będzie nim poniewierał. Dobra koncentracja. Kelati trójka nad Türkoğlu! Ale kwarta, tamci senni. 15:9, tamte cwaniaczki biorą czas. 17:14 po pierwszej kwarcie. Turcja jakby miała kłopoty z naszą obroną, kto by pomyślał.
Berisha wpadł na monitor na stoliku sędziowskim, czyli przyszedł grać. 9:07 zostało w drugiej kwarcie, schodzi Koszarek. Zły omen. W Turcji niewidoczny Onan. Berisha za trzy! Mówiłem. Teraz jeszcze faulowany. I jeszcze dwa rzucił. Dla niewtajemniczonych: Dardan Berisha to Polak! Hrycaniuk i jego ruchome zasłony plus pretensje, nieprzytomny. Berisha za trzy!!! Teraz airball, no jakbym patrzył w lustro. 26:25, czas dla Polski. Türkoğlu nie nazywa się Hedo. On ma jakieś tureckie imię! Skibniewski za trzy!!! Cichy morderca, jak ten Berisha. Skibniewski znowu za trzy!!! Komentator:
- Mamy inicjatywę od początku spotkania.
- Tak to wygląda - odpowiada mu drugi komentator, też z niedowierzaniem, potem chwila ciszy, delektujemy się sytuacją: ja, tych dwóch komentatorów oraz może 15 osób na świecie (sądząc po trybunach), które ten mecz ogląda.
Hidayet, tak nazywa się ten Türkoğlu naprawdę. Kelati za trzy!!! 3,5 sekundy do końca kwarty, wzięliśmy czas, obgadaliśmy to, i ten niemożliwy Hrycaniuk trafił z dwutaktu. Dobrze się to ogląda. Do przerwy 39:35 dla nas. Nie pisałem jak tamci rzucali, żeby was nie martwić. W przerwie trener tych Turków nie będzie przebierał w słowach. 
Tymczasem w Polsce, na Ochocie: Babcia karmi Rońkę smakołykami z Biedronki.
Grają. Kelati za dwa! Asik złapany na ofensywnym przez Szewczyka. Koszarek do Hrycaniuka! Ale tamci to zabójcy, już remis, Szewczyk dwa razy nie trafił za trzy, to koniec. Hrycaniuk trzeci faul w ataku. W dodatku przeklął pod nosem. Berisha cwaniaczek z autu o plecy Turka, 46:45 dla nas. Lapeta faulował, bronił nie odrywając nóg od ziemi, sportowiec roku. Ale w ataku waleczny.
Berisha za trzy 53:56, ale już dla tamtych diabłów. Matko. Potrzebne zwycięstwo.
Końcówka trzeciej kwarty szczęśliwa. Szewczyk trafił pięć osobistych z rzędu.
Teraz 68:66 dla Turcji, 7 minut do końca. Minął chyba tydzień od poprzedniego zdania. Tydzień nerwów. Koszarek za trzy!!! Remis. 3 minuty do końca. PAMUŁAAAAAAAAA za trzy!!!! Berisha za dwa!!! Nie no, twardziel. 84:83 dla Polski! Jeszcze tamci, 12 sekund. Trójka im nie wchodzi, zbieramy. Ale się cieszą!!! To wygranie jest najważniejsze dla nich samych, dla grupy ludzi, która przyszła grać.
***
Tak to wyglądało w moim sercu na żywo, pisane na kolanie. W ostatnich minutach z podekscytowania niedużo pisałem. Ale na chłodno mogę powiedzieć, że fajnie jest oglądać Polskę, która wygrywa w kosza. Determination, concentration, to były te ich weapons dzisiaj. Ale też fizycznie nie ustępowali. A ten Pamuła!? Czaił się, czaił, już narzekali, że nic nie zrobił (ale przez ten cały czas co niby nic nie robił, nie miał gafy w obronie!), a potem tego asa wyciągnął (kto teraz pamięta o Asiku?), chwilę później byłoby już za późno na płacz.





Słynna czternastka, tu w meczu z Hiszpanią. Fot. FIBA. W przyszłym tygodniu więcej kultury.