is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 28 sierpnia 2016

Franek z Misią w Kirgistanie

Ich wyprawa wpływa na rozwój Janki. Przy obiedzie z Babcią zgadujemy na mapie świata-podstawce gdzie leżą: Polska, Hel, Madagaskar, Poznań, Kanada, Kirgistan. Ten ostatni znalazłem (po dłuższej chwili) sam i dumny (roztargniony) pokazuję na mapie. Janka jest o krok od wpadnięcia w furię. Babcia Magda wpada między ciszę a furię i krzyczy do niej: Gdzie jest Kirgistan? Janka, ja nie wiem gdzie leży Kirgistan! Dopiero ta zdecydowana reakcja wprowadza element spokoju.




Poza domem, w lesie, było go trochę.

niedziela, 21 sierpnia 2016

z Janką w lesie

Ponieważ Ludwik zachorował, Janka po raz pierwszy (no może drugi) została na długi czas odseparowana od biologicznej Matki. Jada u biologicznej Babki. Jesteśmy w lesie, w błogim spokoju, ale ja myślami wciąż jestem przy Łonie, mojej największej (po najbliższej rodzinie) miłości.




On też dał sobie zrobić zdjęcie z moją kartką. Nigdy mu tego nie zapomnę.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Jimek+

Nadrobię tę zaległość i zafunduję czytelnikom subiektywne show review. Wypunktuję je w punktach, niczym bokser wagi piórkowej na olimpiadzie w Rio.
1. Radzimir Dębski. Diabelnie zdolny i przepracowity, zwracający uwagę na innych ludzi i skromny. Nic sobie nie zrobił z ciężkich chwil (mowa o ostatnich miesiącach, nie dniach!), wziął 200 osób na plecy i dowiózł wszystkich kraulem do brzegu. Well flippin’ done.
2. NOSPR. Za słabe mam ucho, żeby się nad tym rozwodzić jacy oni są sprawni, ale dobrze się ich słucha. Lubią Radzimira i mają tę versatility.
3. Alune Wade Quintet. Poza słuchaniem można na tę grupę patrzeć bez końca.
4. Miuosh. Więzi z publicznością nie sposób mu odmówić. Dystansu do Śląska – można. Traktuje to wszystko koszmarnie poważnie.
5. Naturally 7. Tu się kilka osób trochę zdziwiło. Absolutny Bayern Monachium. O dramaturgii też coś wiedzą. Potworna maszyna.
6. Kapela Maliszów. To jest taki zestaw ludzki, że człowiek chce mieć z nimi jak najwięcej wspólnego, brzytwy z krwi i kości. Serce mi się łamało jak patrzyłem na 14-letnią Zuzannę Malisz, która myślała, że jej bębna nie było słychać w ogóle – trochę było słychać.
7. Kaliber 44. Potrzebuję u raperów dystansu do siebie, takiego jak u Beastie Boysów. Nie wiem czy oni go mają. Albo może ja przespałem młodość, że ich kiedyś dostatecznie nie pokochałem.
8. Łona, Webber & The Pimps. Nie pamiętam, łącznie z nastoletniością, żebym się w kimś do tego stopnia muzycznie zakochał. Oni nie dość, że mają dystans, to mają jeszcze i teksty i muzykę 100 razy atrakcyjniejsze niż jacykolwiek drudzy na mecie, mowa o Polsce. To z myślą o nich wymyślono youtube – a tu okazuje się, że na żywo również do zakochania jeden krok.
9. The Kenny Garrett Quintet. Mistrz to mistrz. Wyszedł i nawet mi przemknęło przez myśl, że to jednak jakaś inna liga jest niż reszta, może ewentualnie ta sama co N7. Odbiór zakłócała mi świadomość, że na perkusji gra u niego Rudy Bird, ten sam, z którym Lauryn Hill nagrywała Ex-Factor i The Miseducation of Lauryn Hill.




I ten Rudy Bird zrobił sobie zdjęcie z moją kartką. To był piękny dzień dla Polski.

niedziela, 7 sierpnia 2016

wszystko kocham i wszystko rozumiem

Wczoraj poszedłem pod Pałac Prezydencki na KOD. Chwilę szukałem stacji Veturilo żeby odstawić rower, chwilę przedzierałem się przez budowę mety Memoriału Stanisława Królaka (200 m. od demonstracji), chwilę nie mogłem się nadziwić jak wielu turystów w deszczowy dzień w środku wakacji przebywa na Krakowskim, w końcu dotarłem. Manifestacja dosyć dowcipna (rozdano niebieskie ochraniacze na buty, skandowaliśmy „mamy kapcie“) i kulturalna. Usłyszałem takie coś, może już stare: „Lech Wałęsa udowodnił, że każdy może być prezydentem. Andrzej Duda udowodnił, że jednak nie każdy“. To demonstrowanie, mimo że ostatnio jakby mniej modne, nie jest moim zdaniem kompletnie pozbawione sensu. Turyści (też Polacy!) mieszają się z demonstrantami i autentycznie zdziwieni uważnie czytają transparenty. Życie po prostu się toczy, Polska na Krakowskim wygląda naprawdę dostatnio, żeby nie powiedzieć bardzo zamożnie, więc trudno żeby się nie toczyło. Wewnątrz demonstracji można wyróżnić dwa typy zbiórek pieniędzy: wolontariusze KODu oraz (inteligentne – wiedzą gdzie znajdą łatwowiernych) cyganki z dziećmi na rękach.
Dochodzę do wniosku, że nie warto żyć w ciągłym przerażeniu czy panice, że kończy się wolność czy świat, czy demokracja, bo chociaż wydaje się, że tak właśnie jest, to i tak samemu Wisły kijem nie zawrócisz ani nie zamienisz w pyszny żurek. A na demo zawsze warto pójść jeśli się czuje jakąś tam powiedzmy nić sympatii do tego KODu. Zawsze to jeden człowiek więcej na placu, zagrożenia dla zdrowia póki co (wczoraj) nie było czuć. Nie ma się co wzruszać kiedy na zakończenie puszczają z głośników „Wolność kocham i rozumiem“ Chłopców z Placu Broni, trzeba po prostu wsiąść na rower i w ciepłym sierpniowym deszczyku ruszyć zurück nach Hause. Ciągnęło mnie żeby zatrzymać się w Lolku i zobaczyć czy nie ma koszykówki na olimpiadzie, ale ochroniarz powiedział, że koszykówka jeszcze się nie zaczęła. Oglądałbym Australię (wygląda na to że warto), Argentynę, Litwę, Francję i USA. Olimpiada mnie irytuje i nie interesuje, ale o koszykówce niestety nie mogę tego powiedzieć.
Przed południem byliśmy z Viktorią w pewnym niezwykłym sklepie u p. Danuty w Piasecznie. P. Danuta, ukochany rocznik ’49, poczęstowała mnie żurkiem, a Viktorię kawą i ciastem. Komentując parę zatrudnianych przez siebie bardzo młodych homoseksualistów powiedziała (ciepło i życzliwie, refleksyjnie nad światem): „towarzystwo mamy tutaj nieliczne, ale śliczne“. Nudy nie ma – zwłaszcza, że wybraliśmy się tam pociągiem.