is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 31 marca 2013

warszawa nie wierzy zaspom

Jest mi najzwyczajniej głupio, że kiedykolwiek pisałem tu pełne uniesienia zdania o filmach amerykańskich, o Alim, jakieś nieskończenie płytkie (kałuża), wypełnione (szklanka) pseudo-patosem, patologiczne dyrdymały. Wczoraj obejrzałem z Francuzem, Mamą i Basią film produkcji Związku Radzieckiego pod tytułem "Moskwa nie wierzy łzom", zdobywcę Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny w 1981 roku. Mam tylko pięć słów na tę świąteczną niedzielę: prawdziwa miłość, klasa, wzruszenie i łzy. Kto nie widział  wierutny cymbał, ten sam którym do wczoraj byłem i ja. 
Basia była do tego stopnia pod wrażeniem filmu, że przyśnił jej się Gańka z Idioty Dostojewskiego. Że Gańka opowiada nam o swojej żonie i robi nam naleśniki na śniadanie. Mama i Basia tak naprawdę pewnie marzą o tym niemożliwym Aleksieju Batałowie, o radzieckich piknikach, bo to są moim zdaniem kobiety kochające melodramaty (ang. melodramas).






Uważam to zdjęcie za dowcipne, chociaż tak naprawdę widok spadłego dzisiaj "na całą połać" śniegu nie smuci mnie wcale.

niedziela, 24 marca 2013

dyskusyjny klub filmowy r-town poleca

W piątek po południu listonosz przywiózł film. Tytuł: Muhammad Ali, podtytuł: The Greatest 1964-1974. Rok produkcji: 1977, reżyseria: [legendarny fotograf, malarz i filmowiec] William Klein. Do zakupu skłoniła mnie przeczytana dwa miesiące temu recenzja dvd autorstwa niejakiej Ivany Redwine. Ivana pisze, że to najlepszy film o Alim jaki kiedykolwiek powstał, lepszy od "When we were kings", lepszy od papierosów, lepszy od wódki. Nie może być, pomyślałem. A jednak... Obejrzałem go w piątek wieczorem. Janka spała, Basia rysowała, i tak to się proszę państwa podzieliliśmy tymi obowiązkami. Szkoda, że nie udało mi się w tym czasie obejrzeć meczu polskiej reprezentacji w piłce nożnej, podobno rewelacyjny.
O filmie. Dobrym pomysłem okazał się dodatek "komentarz do scen", doklejony do dvd przez Kleina w 2002 roku. Bez niego nie idzie się połapać. William Klein musiał być dosyć blisko z Alim i jego otoczeniem. Wywiad z członkami Louisville syndicate (sponsorami Alego na początku jego kariery), czy krótki dialog Drew Bundini Browna z Georgem Foremanem nazajutrz po walce w Kinshasie, są nadzwyczajne. Niewiarygodny jest tak zwany za przeproszeniem "access". A drugie słówko, które mi przychodzi do głowy na myśl o tym filmie to "authenticity". You heard me.
PS. I jeszcze tylko końcówka świetnego wywiadu, którego reżyser filmu udzielił Jamiemu Waltersowi z gazety Metro News, czyli odpowiednika naszego "Metra".

***
WK: By the way, is your paper from London – where do you get it from?
JW: It’s given away free at urban public transport stations.
WK: Do people read it, or do they wipe their arses with it?
JW: I doubt it’s absorbent enough for the latter.
WK: Send me a copy, I’ll try it.
***
Pozdrawiam Was i polecam to wydawnictwo (wywiad też, ale głównie film) z ręką na sercu. Bo jeżeli ten wywiad nie przekona kogoś do filmu i do reżysera, to koniec.


William Klein
Muhammad Ali, the Greatest 1974
© William Klein, stykówka promująca projekcję w Tate Modern, 24 listopada 2012 o 19-tej, czyli dzisiaj tak jakby 4 miesięczne urodziny tej (Tate) projekcji.

niedziela, 17 marca 2013

jakiś puchaty chochlik zakochał się chyba w Rońce

Bladym świtem wyszedłem w poszukiwaniu tematu na wpis na cmentarz żołnierzy radzieckich. Na cmentarzu jak to na cmentarzu: na przygodę długo nie poczekasz. W alei za monumentem idzie w moim kierunku może trzydziestoletni mężczyzna w puchówce z małym kudłaczem, góra trzymiesięcznym. Koordynacja u klopsińskiego szwankuje, ale ma prędkość (ma tak zwany pierwszy krok), bo za Rońką nadąża. I Rońka go "przejmuje" (przejmująca historia), to znaczy po 5 minutach Moses Kiptanui biegnie już z dwoma psami. Po właścicielu kłaczkiewicza oczywiście ani śladu w postaci widu czy słychu. Kończę drugie okrążenie i zatrzymuję się przy Żwirkach, na przeciw monumentu. Oblewa nas słońce: mnie, plac oraz dwa śnieżne tygrysy, przyczajające się i przypuszczające wzajemne ataki. Po paru minutach jest i właściciel kumpelskiego. Wpatrujemy się obaj w scenę miłości odwzajemnionej (ang. requited love): zaczepność plus obustronna uszczypliwość zębami. Dumnie przyjmuję gartulacje za to, że mój pies "przynajmniej się mnie pilnuje". Wreszcie właściciel dopada swojego bombelskiego, który siada i pozwala mu zaczepić smycz. Wpatruje się szczęśliwy w swojego pana i słyszy: "Przez ciebie uciekł mi start Formuły 1." I obaj odchodzą, proszę państwa, zalani słońcem, w swoją dal, a my w swoją. Oni łapać rozsypane okruchy tej formuły, a my do dziewczyn, wprawadzać do organizmów to co my, ludzie r-town, nazywamy, za przeproszeniem i z całym szacunkiem, śniadaniem.




A tak wyglądała któregoś dnia minionego tygodnia jedna z bezludnych wysp na środku oczka w parku Zasława Malickiego. Zdjęcie zrobiłem podczas porannego spaceru. Jasność (na przekór bieli) wskazuje na nadchodzącą zmianę pory.

niedziela, 10 marca 2013

co jest dla mnie ważne?

Po pierwsze to, że zawiesiłem w przedpokoju lustro. Chciałem zadzwonić w tej sprawie po pomoc do swojego teścia (zależało mi, żeby trochę sobie to lustro powisiało), no ale Basia uprzedziła ten mój niedoszły "call for help" uprzejmie prosząc o dowód na to, że jestem mężczyzną. Oczywiście (ang. needless to say) udowodniłem jej to, a to śmieszne w swojej łatwości wieszania lustro wisi już pewnie (w sensie "solidnie", nie "chyba") piątą godzinę.
Po drugie ważne jest dla mnie wczorajsze spotkanie rodzinne. W jego obrębie boli otwarta rana porażki w scrabble. Najpierw byłem w zespole z karmiącą (w rzeczywistym czasie gry) matką swojej rodzonej córki. Ależ nam szło! Spółgłoski, samogłoski, konfiguracje, wszystkiego w bród. Wtem odeszła ode mnie (zostawiła Polskę murowaną, to fakt) i przejęła literki od mojej rodzonej matki. Ta porzuciła rozgrywkę, bo - uwierzą Państwo - musiała się uczesać. Typowy brak czasu honoru. I odbiła ją moja żona (tzn. odbiła punktację Mamy) od dna (bo ta była na dnie), wygrywając całość, a ja stoczyłem się jak ta zapijaczona gęba na 4-te miejsce. Rońka z Nikonem obsikały na znak solidarności z moją osobistą tragedią podłogę w pokoju Franka, który, o czym możecie, ale nie musieliście dotąd wiedzieć, jest moim ukochanym młodszym bratem. On był w te scrabble drugi, ale to dla niego żaden wynik. Jego, podobnie jak mnie, interesuje (szczególnie na rok przed Soczi) wyłącznie złoty zegarek Stalina.



Adieu, zostawiam was z tym zauważonym w minionym tygodniu w metrze pytaniem. Zadajcie je sobie w wolnej chwili. Odpowiedź może zaskoczyć waszych znajomych i krewnych, a może i was samych.

niedziela, 3 marca 2013

niestety

Przecież już Milada Součková zauważyła w swoim liście z 1983 roku do Karela Miloty, że w literaturze nawet James Joyce ledwie podrapał powierzchnię konwencji (niem. Konvention), której to konwencji o wiele za dużo widziała przecież Milada także w swoim własnym pisaniu. Podrapał nie przedarłszy się przez nią.*
Przedarcie: 
Wychodzimy ja i Rońka z klatki a tam wilczur Herman ze Zbyszkiem jadą na rolki nie uszliśmy 5 metrów a tam wspominany niedawno Krzysztof B. wpada na nas z baniakami na wodę oligoceńską przymocowanymi do swojej damki nie uszliśmy 400 metrów a tam na rogu Żwirek i Trojdena pozdrawiają nas Nastia z Arinką wiosennego spokoju zaznamy dopiero na działkach dwóch okrążeń potrzeba nam do dobrego zbułowania tej samej soboty spotkamy jeszcze Natalię K. w drodze na trening tańca kupimy jabłka u pana Roberta z czerwonego busa pogadamy z Piotrkiem M. o tym kto jeśli w ogóle ktokolwiek reprezentuje sobą cokolwiek w koszykówce wprowadzimy coś do organizmu i obejrzymy przyjemną reklamę alkoholu o nazwie Jameson.
I tak przy pomocy strumienia świadomości streściłem żonie, Jance i całemu wszechświatu w jaki sposób minął przydługi czas sobotniej rozłąki.
Tymczasem w piątek złodziejski słownik sjp.pl obrabował mnie z wielkiego comebacku nie posiadając w sobie słowa "dowianie". Dwie pozbawione skrupułów (niem. skrupellos) drapieżnice (Mama i Misia) nie posiadały się z radości, bo niestety nie mają w sobie czegoś takiego jak serca, chyba, że sercami nazwać kamienie, które noszą w swoich klatkach piersiowych. 
*konwencję, nie Miladę.




A propos słowa "niestety" mogę tylko dopisać jeszcze powiedzenie, które mówi że "niestety pies zjadł kotlety."