is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 30 września 2012

migotanie przedsionków Michałkowa

W tym tygodniu tylko jedno spostrzeżenie, ale za to potworna głębia (profoundness). Na mieście wisi plakat: 30-te urodziny T. Love. 

Ale ten czas leci... 

(to jest to spostrzeżenie)

W maju 1993 wybrałem się na koncert tych (jak mi się wtedy wydawało) dinozaurów rocka, premiera albumu King. Mój kolega z podstawówki Markos (zbieżność pseudonimów z meksykańskim Kingpinem nie do końca przypadkowa) chyba wpadł na Muńka w drzwiach obrotowych Riviery Remont. Ale możliwe, że podkoloryzowuję te wspomnienia w przypływie wzruszenia.





Płynie jak lata T. Love'u, migoce jak u Michałkowa: Wisła wczoraj rano.

niedziela, 23 września 2012

cicha fantazja

Nie jest tajemnicą, że nawet najlepsze pary wpadają z czasem [jeśli nie na ścianę to] na gipsościankę miskomunikacji, zaplątani w wir (to niemieckie "wir" rozluźnia się wtedy niczym bęben w starej pralce) codzienności, mają sobie nawzajem coraz mniej do powiedzenia, gubią wspólny mianownik, więcej czasu poświęcają na szukanie ładowarki do smartfona niż tego wspólnego mianownika. Smutno o tym pisać, ale my tu w r-town nie jesteśmy lepsi. I nic mnie nie obchodzi jeśli naszemu dziecku zawali się na głowę świat kiedy przeczyta te złote zgłoski za kilkanaście lat: prawda musi boleć. Zresztą szybko odkopie się spod cegieł, bo oto co następuje:
Ja, siedząc dziś rano na toalecie, zupełnie przypadkiem, odnalazłem ten wspólny mianownik! Odnalazłem coś czego możemy się wspólnie z Basią trzymać do śmierci, jak brzytwy (my brzytwy). To coś to podcast Billa Simmonsa z jej (mojej żony) cichą fantazją, może najbardziej skrytą, idolem wogieńpójść idolów - tak zgadliście - Jimmy Kimmelem. Simmons zaprosił go w piątek z różnych okazji, ale głównie z takiej, że Kimmel za kilka godzin, o 8 wieczorem ET, w ABC, czyli amerykańskiej jedynce, poprowadzi rozdanie nagród Emmy. Co się okazuje: oni się znają od lat! To Jimmy Kimmel ściągnął Simmonsa do Los Angeles! Czytam to ostatnie zdanie piąty raz, dudni mi w głowie ze szczęścia i z otumanienia, jakby moja głowa była dzwonem na szyji alpejskiej krowy. Ważna informacja: to nie jest tak, że ja rozumiem dużo więcej niż 40% z tego o czym oni rozmawiają. Ale te 40%, które rozumiem... daj Boże zdrowie, co za szczęście.
Co jeszcze znalazłem tak sobie siedząc na toalecie i nie marnując ani jednej cennej sekundy życia? Absolutnie genialne mega-bags Simmonsa z igrzysk w Londynie: część 1 i część 2. Ludzie, jakie wy macie szczęście, że ja te rzeczy dla Was za darmo wynajduję. Przy okazji odnotowuję (po raz setny w życiu) słówko inadvertently, które oznacza 1. nieuważnie, niedbale 2. mimowolnie, nieumyślnie.
Dodatkowo w tym tygodniu z tego artykułu magazynu Jetzt sz.de dowiedziałem się, że 59% młodych niemców (uprawnionych do głosowania) wybrałoby dzisiaj na kanclerza/kę Angelę Merkel, bo... już ją znają z mediów. Przypomniał mi się ten geniusz Clapton:

there ain't nothing you can show me
(tararmtamtam)
that I haven't seen before

I jeszcze na koniec przeglądu prasy: fantastyczny artykuł o legendarnym trenerze koszykówki Witoldzie Zagórskim napisany przez Łukasza Ceglińskiego.


A na koniec wpisu zdjęcie Wisły z sobotniego spaceru dla Babci S. Na zdjęciu byle jak bo byle jak, ale widać kaczki i wracającego do brzegu z operacji pogonienia tych kaczek psa (tym razem nie był nim ten anioł Rońka).



niedziela, 16 września 2012

funkcja szybkiego startu

Porządne weekendzisko za nami: w sobotę Basia hulała na pierwszym treningu w Deskach, Janka hulała na pierwszym w życiu weselu, a dzisiaj obie odpoczywały na Polach Mokotowskich. Już nie tylko w marnym towarzystwie Rońki i moim, ale także Kasi, Jacka, Stasia, Wojtka, Zosi, Homika, Agatki, Marysi i Marty. Mógłbym tak bez końca, ale nie róbmy z tego wpisu lukrowanej kroniki salonu. Ten wpis ma służyć ludziom r-town i ludzkości w ogóle, więc płynnie przechodzę do rozjaśnienia palącej sprawy żarówek energooszczędnych. Całą wiedzę czerpię, jak każdy człowiek jednej książki, z jednego artykułu. Ponieważ napisali go niemcy, nie ma sensu tego dalej drążyć. Trzeba się po prostu do wszystkiego zastosować.

Żarówki energooszczędne zawierają rtęć, długo się rozpalają, a hitlerowcy z Unii wmuszają je swoim mieszkańcom na siłę: zacznijmy od tego pożal-się-Boże punktu (pożywki wszelkiej maści malkontentów) wyjścia i wypunktujmy co następuje:

1. Kto dotychczas używał dla przykładu 60-watówki, którą palił 3 godziny dziennie, ten/ta wydał/a w ciągu 10 lat 150 euro na prąd i żarówki. Energooszczędna dająca tyle samo światła kosztuje przez 10 lat 35 euro (jedna piąta). Żeby skrócić histerię: w pokojach, w których światło pali się dłużej niż pół godziny na dobę, żarówki energooszczędne są opłacalne. A wyliczyła to dla nas Centrala Konsumenta w Hamburgu.
2. W niektórych pomieszczeniach (klatka schodowa) nie można czekać godzinami aż żarówka energooszczędna się rozpali, to ma działać raz raz. Otóż Centrala Konsumenta w Hamburgu informuje, że istnieją energooszczędne żarówki z funkcją szybkiego startu (Schnellstartfunktion), i to jest jak byk zaznaczone na opakowaniach.
3. Żarówka energooszczędna zawiera ok. 3,5 miligrama rtęci (do stycznia 2013 najwyższa dopuszczalna ilość to 2,5 miligrama). Ale tak czy siak, żarówki energooszczędne mają lepszy "bilans rtęci" od zwykłych żarówek, bo zużywają mniej prądu (a wytwarzanie prądu w zwykłych elektrowniach węglowych "wyrzuca" nie jakoś koszmarnie mało rtęci do środowiska). Informuje o tym Andrea Grimm z Centrali Konsumenta w Hamburgu.
4. W wypadku rozbicia się żarówki energooszczędnej, z powodu (małej bo małej ale jednak) zawartości rtęci, nie mamy do czynienia z sytuacją zagrażającą zdrowiu. Urząd Federalny Ochrony Środowiska radzi (męcząca niemiecka przezorność) wyjść z pokoju, wietrzyć przez 15 minut, a potem wilgotną szmatką zebrać okruchy pamięci rozsypane na podłodze.
5. Zużyte żarówki energooszczędne należy oddać do punktu gdzie się je bezpiecznie punktuje. Leroy, Praktiker, Castorama: da się nawet nie w Niemczech. W każdym razie nie należy ciepać ich zwyczajnie do kosza jak ogryzka (m.in. ze względu na tę rtęć: mdława niemiecka przezorność).
6. Jeżeli ktoś twierdzi, że zwykła żarówka daje "cieplejsze" światło (w sensie barwy), to chyba nie wie, że energooszczędna też może dawać takie miłe światło: wystarczy sprawdzić/poszukać, wszystko jest jak wół na opakowaniu.
7. Jak się komuś te żarówki cały czas wydają podejrzanym unijnym spiskiem to może sięgnąć po piosenkę przyszłości, czyli diody LED. Oszczędzają jeszcze więcej niż energooszczędne, a podobno już w 2015 będą miały większy od nich udział na rynku. Póki co są jednak sporo droższe.

I informacyjnie: opis mocy żarówek w wattach będzie powoli znikał z opakowań. Przechodzimy na lumeny (jedn. miary strumienia świetlnego): stara 40-watówa to dzisiaj 400-lumówa (teraz równowartość 9 Watt), 60-watówa to 700 lumenów (15 Watt), 75-watówa = 1000 lumenów (20 Watt), a 100 watówa = 1400 lumenów (23 Watt). 

Otóż to są proszę państwa ważne informacje. Bardziej się niby komuś w życiu przyda co napisał Bill Simmons (kimkolwiek jest) o jakimś za przeproszeniem koszykarzu od siedmiu boleści?! "Ziomek, prośba..." jakby w 1999 roku powiedział mój kolega Święty.






"Tatuś to ma głowę, brawo, uśmiechnę się do niego."
To zdjęcie (ja, mateusz) dedykuję mojej bez umiaru kochającej mnie Babci (kiedyś wymieniłem jej żarówki na energooszczędne, także jeszcze raz brawo dla mnie), której nie ma już na tym świecie. Może je (zdjęcie, nie żarówki) zobaczy i się uśmiechnie.

niedziela, 9 września 2012

mistrzowie odblokacji

Słowo "magic" w tytule tego bloga nie określa (choć tak trudno w to uwierzyć) słowa "report", tylko dzielnicę w której mieszkamy, czyli r-town. Powtarzam: to nie jest "rakowiecki magiczny raport", tylko "raport magii r-town". Gdzie magią proszę państwa (oprócz kochanej kruszynki Jane) jest to, co od kilku tygodni Stowarzyszenie Odblokuj wyprawia z naszym osiedlemMam nadzieję, że inicjatorzy akcji nie są w takim natłoku amoku żeby nie móc stanąć na chwilkę z boku. Stanąć i powiedzieć sobie jasno: panie i panowie, robimy tu do wiwatu dobrej roboty.
W sobotę nosząc z Frankiem stare szafki i rupiecie na warsztaty recyclingowe mijaliśmy (najwyżej) 5-letniego chłopca, którego w szachy uczył grać pan (przynajmniej) 70-letni. A patrzyły na nich prawdziwe zegary szachowe. Nie wspomnę o przenoszeniu na sztalugowe płótno ekosystemu oczka w parku Zasława Malickiego przez najprawdziwsze malarki (i oczywiście jakieś pędraki z mniejszymi sztalugami), o dziecięcym zespole wokalnym w niebieskich ogrodniczkach, i innych, już nie-sztalugowych malowankach w tym specjalnie wybudowanym pawilonie na zdjęciu poniżej. Ludzie r-town! Nasze osiedle trochę się zmienia na niezłe, i to w tym najważniejszym, socjologicznym sensie. Ukłony dla Stowarzyszenia Odblokuj, że w tych ostatnich tygodniach lata są u nas, a nie na pretensjonalnej Żoli, czy innej industrialnej Pradze. A skoro mowa o miejscach modnych (w nich też nie może nas przecież zabraknąć): dzisiaj w Jazdowie wśród 100 miłych osób znalazła się Pani Ela Janik, moja najpierwsza instruktorka narciarska. To był obóz na Krzeptówkach, moja (nie Pani Eli) 3-cia klasa podstawówki, chyba 1987 rok. Basia opowiedziała mi, że też w połowie lat 1980-tych, podczas wizyty z rodzicami u syna Pani Eli, Michała Janika w nie przesłyszeli się Państwo francuskim Grenoble, w kolorowym telewizorze po raz pierwszy zobaczyła, że smerfy są niebieskie. Kto zgadnie jak na tę historię zareagowałby mój przyjaciel Will Connor?


Jeszcze jeden wątek, byłbym zapomniał: na ławce tuż obok tego jak grzyby po deszczu wystrzelonego pawilonu dwóch ludzi (chyba z ramienia organizatorów) poruszało warstwę koncepcyjną całej inicjatywy rozmawiając ze sobą po angielsku. Nie muszę chyba mówić, że typową konwersacją dla (nie tylko) tej ławki r-town w innych okolicznościach byłoby:

- Mogłem, k. dać dwójkę na Osasunę, niech to ch.
- A ch. tam będziesz się przejmował. Było minęło i ch.

niedziela, 2 września 2012

Obama jak młody Stenmark

Lekkiemu przeziębieniu zawdzięczam dzisiejszą izolację od kobiet mojego życia. Może nie licząc Rońki, która za trochę jedzenia będzie ze mną bez względu na stan zdrowia, mój czy swój.
Oto znakomity artykuł Agaty Popędy o konwencji Republikanów na Florydzie. Autorka myli się moim zdaniem tylko raz:

"Reasumując – amerykańscy wyborcy są w trudnej sytuacji. Ludzie są rozczarowani Obamą. Trzy miliony więcej bezrobotnych, rozdmuchany deficyt, żadnych działań (choć dużo słów) w sprawie globalnego ocieplenia."

Myli się w tym sensie, że ci naprawdę rozumiejący i rozczarowani brakiem zaangażowania prezydenta w walkę z globalnym ociepleniem i tak na niego bez mrugnięcia okiem zagłosują. Zagłosują, bo wiedzą co czyha po drugiej stronie medalu. A Republikanie delikatnie mówiąc nie tracą snu (sen: taka Litwa Mickiewicza u nas w r-town) z powodu braku działań Obamy na froncie walki z GO. Więc na czym polega "trudna sytuacja wyborców"? Trudną sytuację mają rozsądni Republikanie (kimkolwiek są), którzy muszą patrzeć na dramat i ubóstwo w swoich szeregach. I na Clinta starość-nie-radość Eastwooda rozmawiającego z krzesłem.
John Kerry twierdzi, że w 2004 roku Republikanie wydali 23 miliony dolarów na "smear campaign" przeciwko niemu, a w tym roku przeciwko Obamie obiecali wydać 1 miliard. To nie są jakieś tajne informacje, zero zażenowania, te diabły są takim posłem Kurskim i jego ciemnym ludem.
Ja się tak naprawdę nie chcę tym zajmować, ale te wybory powinny być druzgocącym "no contestem" (tak jak poprzednie, w których jakościowa przepaść między kandydatami była moim zdaniem nie aż tak straszna), ale moje ulubione sz.de i bbc.com (nie dajcie się zwieść akurat tym linkom) raportują w cokolwiek innym tonie, więc się niepokoję.

Młody Stenmark: jedyny oprócz Obamy sensowny kandydat na prezydenta czegokolwiek. Zdjęcie wysłał mi bez okazji (czyli najlepiej) mój kolega Magnus. Nasza wspólna koleżanka Anna do dzisiaj twierdzi, że Stenmark to jej nie bardzo daleki krewny. Fantazja i bezczelność niektórych ludzi nie znają granic.