Byłoby jakimś horrendalnym absurdem i nieporozumieniem gdybym w weekend rozpoczęcia IO w Londynie nie przeczytał na głos żadnego wiersza W.H. Audena. Dlatego zrobiłem to, a dodatkowo dowiedziałem się paru o nim rzeczy, wszystkiego co wiem się dowiedziałem, bo nie wiedziałem niestety nic, taka horrendalna prawda. Wiersze znalazłem w książce Josephine Hart pt. "Catching Life by the Throat" (Virago, 2006), którą Basia kupiła w Dublinie, chyba w 2007 roku, w księgarni Chapters.
Weźmy na przykład taki jego cytat o niespełnionej miłości:
If equal affection cannot be
Let the more loving one be me.
Uwziąłem się na te sprawy, bo próbowałem przełożyć piosenkę Jacka na angielski i nie poszło to silky smooth delikatnie mówiąc, więc chcąc się błyskawicznie doszkolić (droga na skróty – droga na śmietnik historii) wziąłem w garść cały swój papierowy zapał i mówię do żony: połóż się koło mnie, będę Ci czytał wiersze. To było wczoraj.
A dziś kolejny najpiękniejszy dzień – niezwykła podróż sentymentalna. Najpierw do kościoła, a tam dobre wykonanie Amazing Grace zamiast drugiej części kazania, a później, nie mniej amazing, telefon od Kowala, czy byśmy się nie przeszli na basen na Szczęśliwice. Absurdalne pytanie: oczywiście żebyśmy się przeszli. Zagraliśmy z całą rodziną Tomka w scrabble (niestety Basia po raz kolejny wygrała), potaplaliśmy się w wodzie razem z pięcioma tysiącami innych ludzi, oraz – już po basenie – odszukaliśmy w parku jakiegoś Bogu ducha winnego Wietnamczyka oraz jego kolegę w koszulce Iversona, i sprawiliśmy im srogie manto jak na alumni Canarinhos przystało. A wszystko przy naszych nie szczędzących nam poklasku żonach oraz dzieciach Tomka (Filip, 6, Martyna, 4). Sporo w tym było radości, do opowiedzenia słowami to to nie jest.
Wracając do piosenki Jacka, skoro wszystkich to tak absurdalnie bardzo interesuje:
Dwa wersy:
dobrze by się zaczerwienić
niby liście moim ustom
przetłumaczyłem na jeden wers:
autumn red my lips could use some
Wydaje mi się, że jeżeli chodzi o ten jeden wers to jakiegoś koszmarnego wstydu nie ma.
To zdjęcie dedykuję trenerowi Ryszardowi Skonieckiemu. Tam po drugiej stronie kanałku (gdzie parę godzin temu leżeliśmy na kocu!) stała kiedyś blaszana budka z kajakami, na których pływaliśmy w podstawówce. Tak czy siaks... the place is there, but not the kayaks. (W.H. Auden).
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 29 lipca 2012
niedziela, 22 lipca 2012
Początek końca Waldemara H.
"Jest to naprawdę wspaniały zawodnik, zawodnik który będzie mnie uzupełniał na parkiecie [...]" powiedział w czwartek Marcin Gortat o Luisie Scoli. O Luisie Scoli!!! Gdzie są moje pastylki na nerwy? Wiem, że grają na innych pozycjach, wiem, że pewnie będą się uzupełniali, chodzi mi tylko o tę formę wypowiedzi. Stało się to w czwartek, a ja jeszcze nie powiedziałem o tym Basi, po prostu nie chcę żeby się denerwowała. Dlaczego ja nie potrafię koncentrować się na wydarzeniach pozytywnych (turniej koszykówki ulicznej w Legionowie w dniu urodzin Homika (14 lipca), czy choćby dzisiejsza wygrana Polski z Chinami w Katowicach), dlaczego muszę wynajdywać te dramaty i nad nimi biadolić, zabiadalać się nimi na śmierć. Na przykład na sz.de znalazłem informację, że Waldemar Hartmann nie będzie komentował już piłki nożnej dla ARD. Waldemar, ja już nie mam do ciebie siły, więc napiszę tylko, że w sobotę nabyłem praktyczny prezent urodzinowy dla Franka, oraz że dzisiaj byliśmy na mszy podczas której ksiądz Wojtek opowiadał o Jarocinie lat 1980-tych. A potem na parkingu poświęcił kropidłem nasz samochód i Rońkę.
Tymczasem w r-town: trójka zuchów w lipcu 2012. Fot. Maja Chęcińska.
Tymczasem w r-town: trójka zuchów w lipcu 2012. Fot. Maja Chęcińska.
niedziela, 15 lipca 2012
shingle beach time
Specjalnie dla nowego fana tej strony Marcina D. wykończony miś zorro polar (od dzisiaj proszę zwracać się do mnie wyłącznie w ten sposób) przedstawia Państwu glosariusz za tydzień 9-15 lipca 2012:
silly season - sezon ogórkowy (ale też: a period marked by frivolous, outlandish, or illogical activity or behaviour).
Dobranoc, jutro przeczytacie tu dwa słowa więcej o minionym weekendzie w Pęcicach Małych i w prasie.
Wczorajsze jutro przyszło dziś (to byłby wyśmienity tytuł na film lub piosenkę o życiu piszącym scenariusze), więc już przechodzę do rzeczy. To był weekend wielkich zwycięstw Basi w scrabble, dobrego jedzenia w dużych ilościach i dobrego towarzystwa (oprócz Marcina u nas, była też Alicja P. i Francuz z Misią u Mamy). ESPN doniosło, że Knicksi nie zatrzymają u siebie Jeremy Lina, co według mnie stanowi niezbity i ostateczny dowód na panującą w tej organizacji dysfunkcję organów odpowiedzialnych za postrzeganie rzeczywistości. To tak jakby PK Comanim po zwycięskich barażach o utrzymanie się w 3 lidze Warszawskiego NBA (w czerwcu 1996 roku) pozbyło się mnie za bezcen skazując siebie samych na wegetację, na podróż statkiem bez celu jak Russell Crowe w filmie Master and Commander: The Far Side of the World (2003).
Na szczęście do tego nie doszło. A reszta? To już złotymi zgłoskami zapisana piękna historia. Jej ostatni rozdział to mój środowy telefon do Kowala (pierwszy od 1,5 roku) i oznajmienie mu w pierwszym zdaniu, że zrobiłem rano 8 pompek (dla zwiększenia masy mięśniowej), i że jestem gotowy porzucać po pracy na naszym nowym boisku. A ten bezczelny twierdzi, że jest z dziećmi na rybach. Bardziej niedorzecznej wymówki pinokio by nie wymyślił. Człowiek chciałby pisać kolejne rozdziały najpiękniejszej historii, ale co robi krok to wpada na ścianę niechęci.
Dobranoc, jutro przeczytacie tu dwa słowa więcej o minionym weekendzie w Pęcicach Małych i w prasie.
Wczorajsze jutro przyszło dziś (to byłby wyśmienity tytuł na film lub piosenkę o życiu piszącym scenariusze), więc już przechodzę do rzeczy. To był weekend wielkich zwycięstw Basi w scrabble, dobrego jedzenia w dużych ilościach i dobrego towarzystwa (oprócz Marcina u nas, była też Alicja P. i Francuz z Misią u Mamy). ESPN doniosło, że Knicksi nie zatrzymają u siebie Jeremy Lina, co według mnie stanowi niezbity i ostateczny dowód na panującą w tej organizacji dysfunkcję organów odpowiedzialnych za postrzeganie rzeczywistości. To tak jakby PK Comanim po zwycięskich barażach o utrzymanie się w 3 lidze Warszawskiego NBA (w czerwcu 1996 roku) pozbyło się mnie za bezcen skazując siebie samych na wegetację, na podróż statkiem bez celu jak Russell Crowe w filmie Master and Commander: The Far Side of the World (2003).
Na szczęście do tego nie doszło. A reszta? To już złotymi zgłoskami zapisana piękna historia. Jej ostatni rozdział to mój środowy telefon do Kowala (pierwszy od 1,5 roku) i oznajmienie mu w pierwszym zdaniu, że zrobiłem rano 8 pompek (dla zwiększenia masy mięśniowej), i że jestem gotowy porzucać po pracy na naszym nowym boisku. A ten bezczelny twierdzi, że jest z dziećmi na rybach. Bardziej niedorzecznej wymówki pinokio by nie wymyślił. Człowiek chciałby pisać kolejne rozdziały najpiękniejszej historii, ale co robi krok to wpada na ścianę niechęci.
Z Rakowca pożegnał się z Państwem ozięble:
El zorro polar, fot. Greenpeace Argentina
niedziela, 8 lipca 2012
nie płakać z byle powodu
Przypuśćmy, że ja, Mateusz Adam Pohoryles, jestem studentem I roku Filozofii w Warszawie w latach 1960-tych. Pewnej wiosny mój profesor Leszek Kołakowski wyjeżdża proszę Państwa przez Kanadę i Kalifornię do Oxfordu, a ja wychodzę w skwarze z bramy Uniwersytetu i wpadam na dziennikarza, który pyta co myślę o odejściu profesora.
A ja, cool mr minty-freshy-fresh, przeszywam go wzrokiem i mówię: “Nie będę po nim płakał.” A mój wzrok dodaje: “Zanotuj to, jestem świetny, studiuję Fi-lo-zo-fię na pierwszym roku, nie będę po nim płakał.”
Jak możecie się domyślić chodzi mi o wypowiedź Marcina Gortata o odejściu Steve’a Nasha do Los Angeles. Przy całym szczerym podziwie dla umiejętności i kariery najlepszego polskiego koszykarza, odnoszę wrażenie, że ma on skłonności do swego rodzaju krzyżówki dyrdymalstwa i zarozumialstwa. Nie chodzi o brak płaczu po odejściu kolegi rzecz jasna, tylko o ton... . Niech on po prostu znajdzie w sobie trochę rozwagi i umiaru, a w sercu litość dla moich zszarganych nerwów.
Świat – tak, świat – stanął na głowie. LA (nie wierzę, że to piszę), Houston i Minnesota, to jest ta trójka za którą polecam ściskać kciuki w przyszłym sezonie: polecam wszystkim, którzy mają w sercu resztki bo resztki, ale jednak miłości.
Dodaję jako bonus następujące słówko, które wpadło mi w oko w tym tygodniu:
Bruit (about) – wieść, wrzawa, szmer (w thesaurusie: rumour, report).
I na koniec upalnych wynurzeń: Bigband Jazzowy NDR (Radia Północnych Niemiec), który zagra na koncercie Stańko+, 11 sierpnia w Gdańsku. Bardzo dobrze radzą sobie z grą na swoich instrumentach, dlatego warto przyjechać do Gdańska i ich posłuchać. Fot. Steven Haberland
niedziela, 1 lipca 2012
trafić do serc ludzi w Rosario
Równo 15 lat temu brytyjska kolonia Hong Kong przestała być brytyjska. Niech poniższy glosariusz wyrażeń z dzisiejszego artykułu bbc.com przybliży nam atmosferę chińskich obchodów rocznicy przekazania (roboczy tytuł glosariusza: the handover hangover):
a lone heckler – osamotniony przerywacz przemówienia
to be (quickly) bundled out – zostać prędziutko zbundlowanym w celu zakłócenia przerwania przemówienia
to fall to a new low – spikować na dół den
a string of political scandals – skandaliczne polityczne stringi
przy okazji:
to play a lone hand – działać na własną rękę
Polecam również ten artykuł clarin.com o niekończącym się życiu. Już te 50 rozkminionych przeze mnie procent jest dobre, a co dopiero jeżeli ktoś rozumie hiszpański silniej. Glosariusz:
jactarse – chełpić, przechwalać się
gozar – rozkoszować się, korzystać
Z okazji ważnego meczu podzielę się jeszcze takim graniczącym z pewnością przypuszczeniem: zawsze kiedy nie-słabsza, pełna gwiazd drużyna startuje z pozycji nie-faworyta (w związku z grą tych niemożliwych włochów chyba z takiej właśnie startują hiszpanie), to wtedy szanse na lanie rosną. Przykłady: finały NBA 2012, 2008, 2004.
To są trudne do wyjaśnienia psychologiczne zagadnienia.
W każdym razie w związku z moją teorią stawiam na Hiszpanię i nie będę wracał do tego tematu bez względu na wynik.
Wczoraj w Rosario w meczu towarzyskim (partido amistoso) Argentyna wygrała w koszykówkę z Urugwajem, a po południu przed meczem niektórzy gracze tańczyli z kobietami z miasta i wygłupiali się się przy jakimś ważnym pomniku w centrum. Na zdjęciu Manu Ginóbili, źródło: ten artykuł clarin.com, fot. DyN.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



