is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 29 stycznia 2012

Folgarida 2

Na obozie Folgarida 2 nakręciliśmy następującą pamiątkę przy pomocy gwiazdkowego prezentu od mojej, nazwijmy to sobie po imieniu, ślicznej małżonki. Tymczasem na życzenie stałej czytelniczki zamieszczam tłumaczenie piosenki Paula McCartneya pod tytułem My Valentine.
what if it rained? | mogło lać
we didn’t care | a co nas to
she said that someday soon | mówiła wtedy, że już niedługo
the sun was gonna shine. | zaświeci słońce.
and she was right, | i miała rację,
this love of mine, | moje kochanie,
my valentine | moja walentynka
as days and nights, | kiedy dni i noce,
would pass me by | przechodziły obok mnie
i tell myself that i was waiting for a sign | mówiłem sobie, że czekam na znak
then she appeared, | wtedy przyszła
a love so fine, | miłość tak delikatna
my valentine | moja walentynka
and i will love her for life | będę ją kochał po grób
and i will never let a day go by | nie dam uciec choćby jednemu dniu
without remembering the reasons why | bez powtórzenia sobie, że
she makes me certain | to dzięki niej
that i can fly | wiem, że mogę latać
and so i do, | i tak sobie latam
without a care | a co mi tam
i know that someday soon the sun is gonna shine | wiem, że już niedługo zaświeci słońce.
and she’ll be there | a ona będzie tu
this love of mine | moje kochanie
my valentine | moja walentynka
what if it rained? | mogło lać
we didn’t care | a co nas to
she said that someday soon | mówiła wtedy, że już niedługo
the sun was gonna shine. | zaświeci słońce.
and she was right, | i miała rację,
this love of mine, | moje kochanie,
my valentine | moja walentynka

To są dwie rzeczy, które nabyłem wczoraj w trakcie postoju na obiad w kraju Austria. Pierwsza to prezent dla Ninki. Rzeczy te odpowiednio nazwane i wymienione po sobie z łącznikiem "i" tworzą super rym. Kto zgadnie jaki?

niedziela, 22 stycznia 2012

happy 70

Mam ograniczony czas na zadumę: od wczoraj przebywam na przyjemnym obozie Folgarida 2. Dlatego zawczasu przygotowałem kilka zdań na temat kogoś niezwykłego. Posiadam wielu idoli i idolek (również w najbliższym otoczeniu), ale tu chodzi o American Idola. Czyli o Muhammada Alego  kogóżby innego. We wtorek skończył 70 lat. Zainteresował mnie pod koniec 2000 roku, po tym jak pierwszy raz obejrzałem film When We Were Kings (Oscar za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny w 1997). To dzieło sztuki i świadectwo lat 70-tych w Stanach, polecam wszystkim, nawet tym, którzy sport mają w nosie. Ja mam w nosie boks, ale dla Alego zniosę boks, botoks, nawet Bo Jacksona.
Wiem, że wiele osób (zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza młodszych ode mnie) nie wie czym tu się ekscytować. A bo to mało wyjątkowych ludzi na świecie. Otóż wydaje mi się, że z Alim jest inaczej, bo: 
- to był najdowcipniejszy i najszybciej myślący przed kamerą czy mikrofonem człowiek swoich czasów. Moi dzisiejsi telewizyjni idole, Jimmy Kimmel czy Charles Barkley, potwierdziliby to choćby teraz, gdyby jakimś cudem udało im się dostać na Rakowiec. Przegadywał i zapędzał w kozi róg najlepszych, za zwyczaj zdecydowanie bardziej elokwentnych od siebie rozmówców, np. legendę BBC Michaela Parkinsona. Polecam też ten fragment, zwłaszcza od 4 minuty;
- był (i jest) obrońcą słabszych, któremu niesprawiedliwość leżała i leży na sercu. Czasy, w których imponował odwagą wymagały od czarnoskórego człowieka w USA (nawet mistrza świata), nie waham się tego napisać, odwagi. Niech nikt nie próbuje nawet pomyśleć, że nie uciekałby przed Wietnamem gdyby rzeczywiście był taki odważny. To jest puszka z pandorą i ostrzegam, że napuszczę Rońkę na każdego, kto pójdzie w tym kierunku. Polecam tę wypowiedź Billa Clintona z minionego wtorku, która coś tam powiedzmy w tej kwestii wyjaśnia;
- był naprawdę niezłym sportowcem. Takim z gatunku „not too shabby at all”;
- pozostaje (dla mnie) absolutnie fascynujący lingwistycznie.
Jedyne co przeszkadza mi w Alim to psychiczne znęcanie się nad dużo mniej inteligentnym Joe Frazierem, który tracił rozum z nienawiści aż do niedawnej śmierci, mimo przepraszania i (rzekomego) wybaczania. Ali był dla niego gorszy niż Wojtek Dowbor dla mnie w liceum, a dodatkowo w stosunku Alego do Fraziera nie było śladu opiekuńczości. No dramat po prostu.






Tu Muhammad Ali z Beatlesami 18. lutego 1964 roku. I jeszcze załączam nieoczywiste kulisy tego spotkania. Fot. Harry Benson, AP.

niedziela, 15 stycznia 2012

kapitan śnieg zameldował wykonanie zadania

Przydałoby się żeby opisał to Borges, taka to była przygoda. Wracam sobie w czwartek z Rońką od Babci. Ulicą Dickensa idziemy jak zwykle tempem zaprzęgowym, czyli przerażony samochodami pies ciągnie do domu. Nawet poddaję się i sam zaczynam podbiegać kiedy dochodzimy do Pawińskiego, bo czuję, że jest szansa przejścia na zielonym. Jednak światło zaczyna, domyślają się Państwo, migać, z marzeń zostaje rozbite szkło, energicznie ciągnę za smycz, i stajemy jak wryci. Nasze wrycie to jednak nic, bo z Dickensa w prawo skręcała nauka jazdy, której przerażona prowadząca zrobiła co do niej należało: czyli nacisnęła gwałtownie na hamulec po tym jak instruktor zidentyfikował ryzyko (w postaci Rońki i mnie) i ją o tym ryzyku poinformował. Teraz stoimy dwa metry od siebie, my na chodniku, oni tuż przed pasami. Za kierownicą trzęsąca się, patrząca przed siebie (zapewne od komendy instruktora) kursantka. Obok znudzony instruktor, opierający się łokciem o szybę, wpatrzony w siedzącą Rońkę. Jego wzrok mówi: świat jest pełen łajz: łajz, które chcą przebiec na migających światłach, łajz, które chcą zdać egzamin na prawo jazdy, nudzi mnie WSZYSTKO, to mi się zdarza milionowy raz, niczym mnie ten ludzki sierociniec nie zaskoczy. Co innego miły piesek. Jest wyjątkowej urody, grzecznie sobie siedzi, czemu on jest biedny winien? Wydawało mi się, że to właśnie zobaczyłem w jego wzroku: miłość do zwierząt i skrajną obojętność dla wszystkiego niezwierzęcego. Trwało to chwilę, zaraz odjechali w milczeniu, instruktor ze wzrokiem wbitym w wieczór r-town, a my z powrotem w zaprzęgu.
We wtorek clarín.com opublikował obszerną wypowiedź Osvaldo Canzaniego, eksperta ds. zmian klimatycznych, który poinformował, że postępuje tropikalizacja Buenos Aires, a średnia temperatur w ostatnim stuleciu wzrosła tam o 2,7 stopnia Celsjusza. Ze spraw bardziej istotnych: dziś w nocy wygrała nie dość, że Indiana, to jeszcze to biedne Houston. Wspieranie duchem tzw. underdogs... jestem w tym naprawdę mocny, a ile z tego radości.
Wczorajsze przedpołudnie spędziliśmy z Homikami, a popołudnie z Marcinami i to były najbardziej przyjemne wydarzenia w tym tygodniu.





Dzisiejszy (pierwszy tej zimy!) śniegoowy poranek w r-town minimalnie wygrał ze zdjęciem Danny Grangera. Albo innego twardziela.

niedziela, 8 stycznia 2012

na Powiśle, na posyłki

Już porywałem się na przetłumaczenie kilku zdań sztuki "Coming Attractions" Teda Telly (podkusił mnie ten demon Jacek), ale w ostatniej chwili oprzytomniałem. To są zbyt obszerne sprawy na te łachmańskie łamy. Biorę się za to za jedną z piosenek ukochanej artystki jednej z moich ukochanych (bo wiernych) czytelniczek. Przed Państwem Diana Krall i I'm an errand girl for rhythm.
-----
Here's something that I'd like to bring to you | Mam coś co chciałabym Ci przynieść
Wrapped all in cellophane, designed for you | Pięknie zapakowane, tylko dla Ciebie
Tell you what it's all about | Powiem Ci o co chodzi
It is without a doubt | Bez dwóch zdań chodzi o Bogu Ducha
Swing in the latest style | Najmodniejsze harce na barce
Service with a smile | Usługi z uśmiechem od ucha


If you want to swing and shout | Jeśli chcesz wariować (fiki-miki)
Get your heels and get about | Weź nogi pod pachy i rusz, 
I'm an errand girl for rhythm, send me | Jestem rytm-dziewczyną na posyłki, poślij po mnie, zadzwoń do mnie
Just get hip and follow through | W stan uniesień przenieś jesień
I'll deliver straight to you | Dostarczam je do domu
I'm an errand girl for rhythm, send me | Jestem rytm-dziewczyną na posyłki, poślij po mnie, zadzwoń do mnie


You can always find me down at Smokey Joe's | Znajdziesz mnie w Smokey Joe's
That's where all the hip and groovy people go | To takie amerykańskie "Powiśle"
If you want variety, take a tip and call on me | Jeśli chcesz dewiacji, posłuchaj mnie i moich wariacji
I'm an errand girl for rhythm, send me | Jestem rytm-dziewczyną na posyłki, zadzwoń do mnie, poślij po mnie


You can always find me down at Smokey Joe's | Znajdziesz mnie w Smokey Joe's
That's where all the smart and swinging people go | To takie amerykańskie "Powiśle"*
If you want variety, take a tip and call on me | Jeśli chcesz dewiacji, posłuchaj mnie i moich moich wariacji
I'm an errand girl for rhythm, send me | Jestem rytm-dziewczyną na posyłki, poślij po mnie, zadzwoń do mnie.
-----
*hip, groovy, smart (bystrzy, ale i eleganccy), swinging  tacy właśnie są goście "Powiśla". Dlatego tłumaczenie dwóch różnych przecież wersów niczym się od siebie nie różni.
Taka również jest Nina F., która zaszczyciła nas wizytą wczoraj wieczorem. Jest zjawiskową, ponad 2,5 letnią już damą. Ta dziewczyna jest połączeniem urody, wdzięku i energii (elektrownia Powiśle).




Na koniec Danny Granger z Indiany. Niby wygląda na sportowca, ale Ninie jej energii zwyczajnie, po ludzku, zazdrości
Indiana jest w tym roku głęboka (deep), nie wiem ile razy muszę to napisać, żeby to do czyjegokolwiek serca naprawdę trafiło.
Zdjęcie: Ron Turenne/NBA/Getty Images, 28. grudnia 2011.

niedziela, 1 stycznia 2012

no pity wang city

Mógłbym udawać, że piszę na kacu, ale nikt by w to nie uwierzył i słusznie. Na trzeźwo, bez powodu, przypomniał mi się początek nowego roku 2005. Mieszkamy z Basią w Dún Laoghaire za Wikipedią: a suburban seaside town in County Dublin, Ireland, about twelve kilometres south of Dublin city centre w takim nadmorskim Komorowie. Mieszkamy pod parterem, przy ulicy Vesey Place numer 16. Nie sami, tylko z chińczykiem o imieniu Lee. Lee jest studiującym ekonomię kucharzem i nałogowym hazardzistą, ma dziewczynę, też z Chin, która czasem z nami pomieszkuje. Krzyczą do siebie po chińsku, ale chyba się kochają. Ja mam w pokoju hantle, które przerzucam jak piórka, właśnie zaczynam dwa ostatnie miesiące pracy w słynnej fundacji. Basia zaczyna drugi miesiąc pracy w słynnym rkd. Często przywozimy sobie jedzenie z legendarnego take-away'a Wang City, które później, za sprawą Josha Jacobsa, stało się jeszcze bardziej legendarne. Wspomniałem o nim już w zeszłym roku, 9. stycznia. Otóż Josh moim zdaniem polubił sprzedającą w tym Wang City dziewczynę o imieniu Nancy.
Ani mi do tych czasów tęskno, ani za nimi smutno, ale ponieważ przechodząc dziś rano z Rońką przez Pola Mokotowskie coś mi o nich przypomniało (może mgła i bezruch?), to zapisuję.


Oto Lee w Barbórkę 2004 roku. Właśnie, po kilkugodzinnym spacerze wokół półwyspu Howth, wparował do pierwszego z brzegu kiosku i nabył dwa losy lotto plus fajki. Życzę mu (telepatia) i wszystkim czytającym te słowa (standard) dobrego i zdrowego roku, bo ten już w toku. Fot. BM.