is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 25 maja 2014

Pilates z P. – balsam na plecy dinozaurów r-town

Cztery sprawy. Dzisiaj rano pod siłownią na Pruszkowskiej spotkaliśmy z Janką kobietę w której kocha się pół r-town, w tym niestety tatuś Janki, kobietę, dzięki której r-town to wspólnota nie tylko dusz, ale również ciał. Powiedziałem już wystarczająco dużo, kto tu mieszka i nie wie, ten jest ślepy i głuchy. Chodzi oczywiście o Patrycję, instruktorkę Pilatesu, dzięki której Pilates jest tutaj bardziej popularny niż piłka nożna, poker i picie wódki. Druga sprawa. We wtorek na moją wiadomość email nieoczekiwanie odpowiedział (osobiście i wymijająco) Tony Levin, basista zespołu King Crimson. Od wtorku wmawiam sobie, że od blisko 20 lat jestem fanem King Crimson. Prawie 20 lat temu chętnie słuchałem lokalnego radia o nazwie Thunder 94.5 z Nashville, Tennessee. Puszczali w nim wtedy piosenkę pt. Dinosaur, którą bardzo lubiłem i tego sobie nie zmyślam. Trzecia sprawa: odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego, w obwodowej komisji wyborczej po raz pierwszy zjawiliśmy się z J., co dodało nam powagi. Po południu udział w wyborach wynagrodził Jance dziadek A. podarowując jej pierwszy w życiu rowerek typu laufrad/pushbike. Oksford, Cambridge, Wielka Brytania, to była ta czwarta rzecz, a dzisiaj już – niestety – dobranoc.


Marian Nowicki i Dirk Nowitzki: im obu przydałby się Pilates, ale są to ludzie, których nie łączy – niestety – prawie nic. 

niedziela, 18 maja 2014

protokół bólów

To miał być radosny wpis o tym jak wielki champion odniósł dwa wielkie, naprawdę wielkie zwycięstwa w scrabble. W piątek wujek Franek zaczął od ułożenia proncia i twierdził, że jest na 100 procent. A ja poszedłem 7-ką. Wykopywał się z tego dołka przez całą grę (ang. he was trying to stage a remarkable comeback), ale nie dał rady. Z kolei w sobotę (też 1 na 1, tym razem z Basią) maszerowałem pewnie i solidnie po drugą wygraną, gdy wtem ona zawistowała 7-kę (zaników za 89) na do widzenia, bez możliwości jakiejkolwiek riposty z mojej strony. A była 60 punktów za mną w momencie przyłożenia mi w brzuch młotem pneumatycznym podprowadzonym z budowy 2 nitki metra! Taki policzek nie cementuje miłości i trwałości związku i po tylu latach B. powinna o tym wiedzieć. A mimo to mi go wymierzyła. To było po prostu chore i teraz żałuję, że kiedykolwiek rozłożyłem przed sobą szachownicę ze scrabblami. Z kronikarskiego obowiązku przytoczę tu inne fakty tygodnia, ale stety/niestety już jutro.
Z jutro zrobiło się pojutrze, chore jest to tempo (patrz zdjęcie). Do faktów: w sobotę rano pojechałem z J. do ortopedy, która to pani ortopeda została przez J. poczęstowana bezcennym maminym ciastkiem owsianym. Tacie nie wolno się nawet do niego zbliżać, nie mówiąc o powąchaniu. Potem spontanicznie przyszli do nas Homik z Agatką i dziewczynkami: zachwalali bujność przyrody r-town, komplementując ją brzmieli szczerze, nie było miejsca na kurtuazyjny plastik. Po południu basen z J., naturalnie w niebieskich butach i nowych kąpielówkach. W niedzielę rano poturlaliśmy z J. piłkę po boisku, złożyliśmy wizytę w zjawiskowym mieszkaniu Michała i Beaty, potem kościół, plaża z Jackiem, Kasią i ich niezwykłymi dziećmi, odbiór wydruków do dekoracji siłowni pęcickiej i zasłużony powrót na osiedle, gdzie nawiasem mówiąc pływają już przynajmniej cztery małe kaczuszki-nury z pomarańczowymi dziobami.
W koszykówce, wiadomo, kto ma serce ten wierzy w San Antonio. Ja z trudem uwierzyłem jak wspaniale w tym tygodniu reprezentował siebie i nasz kraj Marcin Gortat w krótkiej rozmowie z Shaqiem. I najlepszy znowu Kenny: "This is who I work with." Ten Gortat to jest dla mnie osobowościowo nieodgadniona zagadka.



O tym wydarzeniu sprzed ponad dwóch tygodni też tak naprawdę nigdy nie chciałbym zapomnieć. Wygrałem w końcu z Rońką – szklanka zawsze do połowy pełna.

niedziela, 11 maja 2014

między przystankami

Słowo o mieszkaniu w Polsce i o sąsiedzkości. Rzeczą przyjemną i za granicą trudniej niż w domu osiągalną jest spotykanie starych znajomych w środkach komunikacji miejskiej. W tym tygodniu szczególnie wdzięczna okazała się autobusowa linia numer 128. We wtorek rano mieliśmy z Basią szczęście wpaść na Jacka P., świetnego narciarza, którego ostatnio widziałem 10 lat temu w Wiśle – miał wtedy piętnaście lat. Międzyczasu nie zmarnował, skończył inżynierskie studia w Danii i niedawno, ku radości rodziców i swojej, wrócił do Polski. Pracuje w jednym z banków i wygląda na szczęśliwego. Ja też mu pewnie na smutnego nie wyglądałem – bo nie byłem – w końcu bardzo ucieszyłem się, że mnie poznał. Co tam można wielkiego przez pięć przystanków obgadać. Na pewno nie te sto tysięcy wspomnień. Ale wystarczy sobie o nich wspomnieć spojrzeniem.
Drugie spotkanie może mniej historyczne, ale nierozerwalniej związane z r-town. Tatiana to koleżanka Basi z podstawówki. Co tydzień odwiedza swoją mamę, w ten czwartek wyskoczyły do centrum na coś na wynos u Wietnamczyka. I wracały sobie spokojnie na Rakowiec gdy wtem wsiadłem do autobusu. Mama Tatiany nie do końca mnie pamiętała (poznaliśmy się kiedyś nad stawem), ale doskonale pamiętała Jankę, prosiła, żebym koniecznie pokazał jej małą czarną kaczuszkę-nura, która niedawno pojawiła się w stawie. Takie sąsiedzkie spotkania autobusowe są przyjemne i ciężkie do kupienia, nawet na Halce Banacha.
Przyjemnie w tym tygodniu było również w czwartek na wernisażu Misi (papierkowa robota zdecydowanie da się lubić), 2 razy na basenie z J. oraz w domu i na polu u Ludwika przed paroma godzinami.



Ale z całym szacunkiem dla Jacka, Tatiany i innych... Te dwie dziewczyny na zdjęciu to jest sprawa najmilsza, bez nich życie w r-town i gdziekolwiek indziej byłoby – z całym szacunkiem – pozbawione większego sensu. Fot. Wujek F.

niedziela, 4 maja 2014

power core weekend

Przegrałem wczorajsze mistrzostwa konstytucji w scrabble. Gdybym wygrał, moi przeciwnicy musieliby wysłuchać jak śpiewam refren utworu Purple Rain – taka była umowa. Umowa zakładała, że jeśli przegram to napiszę, że charczę kiedy biegam i że brak mi pewnej lekkości, czy płynności, a także przyspieszenia na finiszu. Przyznaję, brak mi. Ale majowy weekend był jak na mnie i tak wybitnie sportowy i wybitnie udany. Pracowałem nad swoim core, o jeździe na rowerze po wertepach nie wspominając. Dzisiaj dodatkowo udało mi się telepatycznie wmanewrować Francję w zjedzenie dwóch jajek z wolnego wybiegu na śniadanie, przez co i on stracił lekkość oddechu. Ale jajkom od Mamy jak wiadomo nie łatwo się oprzeć.
Jutro dodam zdjęcie. Dzisiaj dodam tylko, że słowa te piszę w momencie kiedy Dallas jest niemiłosiernie obijane przez San Antonio (35:62 na 3 minuty 21 sekund przed końcem drugiej kwarty) i to jest to co po angielsku nazwać można inevitability. Czarne konie nie powinny dopuszczać do game seven, bo w game seven czeka ich bardzo ciężka przeprawa tratwą przez Amazonkę w najszerszym miejscu.


Majowy weekend w obiektywie Franka P. Nie pamiętam kiedy tak spokojnie i rodzinnie spędziłem tyle dni pod rząd.