Niestety wyrzuciliśmy dzisiaj w błoto kilkadziesiąt złotych na wycieczkę do zoo. Ta mała przestępczość zorganizowana nie dorosła jeszcze psychicznie do miłości którą chcemy ją otoczyć. Nie interesują ją żadne ssaki poza nią samą (i może trochę fokami). Interesuje ją pokazywanie pępka, rozbieranie się i ucieczka. Niestety czasem jej mama zmuszana jest do radykalnych kroków i uświadamiania temu niewdzięcznemu nicpoństwu jakie jest jego miejsce w szeregu.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 30 marca 2014
zalew próśb
Po ostatnim wpisie otrzymałem kilkadziesiąt wiadomości i tradycyjnych listów z uprzejmymi prośbami o wyjaśnienie co lub kto to jest Gonzaga. Świadczą one niestety o postępującej laicyzacji tego w cudzysłowiu społeczeństwa. Luigi (Alojzy) Gonzaga był Jezuitą, żył (zaledwie 23 lata) w 16. wieku, a w 18. został kanonizowany. Jest patronem studentów, a na Górnym Śląsku działa podobno kilka towarzystw młodzieżowych pod jego patronatem, zwanych Alojzjanami. Gonzaga to także prywatny, katolicki uniwersytet sztuk wyzwolonych w mieście Spokane w stanie Waszyngton, ok. 450 km na wschód od Seattle.
Niestety wyrzuciliśmy dzisiaj w błoto kilkadziesiąt złotych na wycieczkę do zoo. Ta mała przestępczość zorganizowana nie dorosła jeszcze psychicznie do miłości którą chcemy ją otoczyć. Nie interesują ją żadne ssaki poza nią samą (i może trochę fokami). Interesuje ją pokazywanie pępka, rozbieranie się i ucieczka. Niestety czasem jej mama zmuszana jest do radykalnych kroków i uświadamiania temu niewdzięcznemu nicpoństwu jakie jest jego miejsce w szeregu.
Niestety wyrzuciliśmy dzisiaj w błoto kilkadziesiąt złotych na wycieczkę do zoo. Ta mała przestępczość zorganizowana nie dorosła jeszcze psychicznie do miłości którą chcemy ją otoczyć. Nie interesują ją żadne ssaki poza nią samą (i może trochę fokami). Interesuje ją pokazywanie pępka, rozbieranie się i ucieczka. Niestety czasem jej mama zmuszana jest do radykalnych kroków i uświadamiania temu niewdzięcznemu nicpoństwu jakie jest jego miejsce w szeregu.
niedziela, 23 marca 2014
z więzienia
Sobota 22 marca 2014 roku w Warszawie czyli niemal bezwietrzne dwadzieścia parę stopni w słońcu. Spędziłem kilka godzin zewnętrznych z J., z czego większość na placu zabaw i działkach, i muszę powiedzieć, że wszyscy napotkani ludzie wyglądali tak, jakby ich właśnie wypuścił z więzienia i ułaskawił Putin. Jakby im przebaczył i zapomniał. Porozbierani, odpalają grilla, sprzątanie plus krzątanina. Tu jacyś pseudo-młodzi słuchają Pink Floydów, inni palą trawę (i stare liście), ktoś narzeka że nie ma hamaka. Przekrój i przegląd wiekowy, człowiek człowiekowi zdecydowanie mniej wilkiem spode łba. Cały weekend napławił (od „nabawiać“, „pławić“ i „napawać“) nas nadzieją, że J. w przyszłości nie będzie miała alergii ani na koszykówkę (w sobotę grała z dziadkiem i z wujkiem!), ani na kolarstwo (niedzielna wycieczka w siodełku za mamą na Starówkę i z powrotem), ani do teatru małego widza (po to ta wycieczka). Zdjęcie postaram się wykombinować jutro. Może będzie dotyczyło wielkiego świata sportu, żeby nie pokazywać się wyłącznie z zaściankowej, ograniczonej czterema ścianami domu rodzinnego strony.
Jest już jutro. Oto David Pellom z Memphis i Przemek Karnowski (rocznik 1993) z Gonzagi, 8. lutego 2014 roku. Gonzaga przegrała wczoraj z rozstawioną z nr 1 Arizoną, ale mówię Wam, ten Przemek wstydu ani sobie ani Polsce nie przynosi. Zdjęcie zrobił Joe Murphy.
Jest już jutro. Oto David Pellom z Memphis i Przemek Karnowski (rocznik 1993) z Gonzagi, 8. lutego 2014 roku. Gonzaga przegrała wczoraj z rozstawioną z nr 1 Arizoną, ale mówię Wam, ten Przemek wstydu ani sobie ani Polsce nie przynosi. Zdjęcie zrobił Joe Murphy.
niedziela, 16 marca 2014
hmm, babciu, pytanie
Przyjemny przełom soboty z niedzielą u babci z dziadkiem. Plus dodatkowe przycięcie zasłużonej drzemki dziś po południu. Zasłużone, bo wczoraj wygrałem jednym punktem w scrabble z rodzoną mamą, zawistowawszy „feralnym“ i skorzystawszy w ostatniej kolejce z podpowiedzi naiwnego przeciwnika („tras“). Francja, Basia, Misia – wszyscy się poddali, pospali, uciekli, przegrali.
W tym tygodniu odkryłem dla siebie dosyć niezwykły wywiad Zacha Galifianakisa z Barackiem Obamą. Trochę sztuczności oczywiście jest, ale tak czy owak: oby wnuki J. usłyszały/zobaczyły kiedyś polskiego polityka z takim poczuciem humoru na własny temat.
Tymczasem ten kochany duszek przy pomocy słuchawki od prysznica dzwoni do różnych osób: „Hmm, babciu, pytanie, hmm, problem...“ Nie jest łatwo ocenić co się dokładnie w tej głowie kłębi. Dlatego na razie po prostu z zachwytem wpatrujemy się jak w obraz.
Piątkowe poranki za sprawą śmiałej wiosny coraz jaśniejsze.
W tym tygodniu odkryłem dla siebie dosyć niezwykły wywiad Zacha Galifianakisa z Barackiem Obamą. Trochę sztuczności oczywiście jest, ale tak czy owak: oby wnuki J. usłyszały/zobaczyły kiedyś polskiego polityka z takim poczuciem humoru na własny temat.
Tymczasem ten kochany duszek przy pomocy słuchawki od prysznica dzwoni do różnych osób: „Hmm, babciu, pytanie, hmm, problem...“ Nie jest łatwo ocenić co się dokładnie w tej głowie kłębi. Dlatego na razie po prostu z zachwytem wpatrujemy się jak w obraz.
Piątkowe poranki za sprawą śmiałej wiosny coraz jaśniejsze.
niedziela, 9 marca 2014
słoneczna strona r-town
W piątek wieczorem po długim jak wąż tygodniu udałem się z Rońką po odbiór zostawionego w myjni ręcznej auta. Myjnię prowadzi Tomek, tata dwójki, który podobnie do mnie ma szerokie spektrum zainteresowań. Podobnie do mnie ogranicza się ono do pływania po powierzchni zjawisk świata sportu oraz do filozofii i rozwiązywania problemów globalnych. Tomek w odróżnieniu ode mnie jest też dobrym słuchaczem. Dlatego podczas gdy on uwija się przy samochodzie, a mój przerażony pies umiera ze strachu przed odkurzaczem i kompresorem powietrza, ja mogę spokojnie (przekrzykując odkurzacz i kompresor) odpowiadać na jego pytania. Co sądzę o sytuacji na Ukrainie, co tam mociumpanie z tą Legią, co z piłkarską reprezentacją Polski. Ja na to wszystko proszę Państwa mam odpowiedź – nie jednozdaniową. Niestety nie doszliśmy do NBA, a tu też miałbym coś do powiedzenia. Otóż w tym tygodniu ucieszyła mnie wygrana San Antonio z Miami, double-double Tima Duncana (on z nim – tym double-double – nie flirtował, on je po prostu miał) oraz dobra gra wspominanego już kiedyś przeze mnie Kawhi Leonarda, urodzonego w 1991 roku w Riverside w stanie California kogoś, kogo chciałbym nazywać (i udaje mi się to) something flippin else. Fantazjuję sobie na jawie i we śnie, że nim jestem, naturalnie w kuriozalnie niedwuznacznych sytuacjach.
Dobrze jest mi stać w tej myjni, gadać i rozwiązywać zagwozdki tego świata. To jest ukryta siła społeczności r-town: w piątek po południu jej głosu nie stłumią ani odkurzacz ani kompresor.
Fontanna pod Skrzydłami: jeszcze jeden obok myjni landmark tej wiecznie słonecznej duchem części Warszawy. Zdjęcie zrobiłem swoim telefonem tuż przed wydarzeniami w myjni.
Dobrze jest mi stać w tej myjni, gadać i rozwiązywać zagwozdki tego świata. To jest ukryta siła społeczności r-town: w piątek po południu jej głosu nie stłumią ani odkurzacz ani kompresor.
Fontanna pod Skrzydłami: jeszcze jeden obok myjni landmark tej wiecznie słonecznej duchem części Warszawy. Zdjęcie zrobiłem swoim telefonem tuż przed wydarzeniami w myjni.
niedziela, 2 marca 2014
rozjaśniłem noc
Każdy zdrowy psychicznie blogger w dzień taki jak dzisiejszy napisze coś o tym, że to niesamowite, że ona/on pisze swojego Bogu ducha winnego bloga podczas gdy już bardzo niedługo cały świat może się po prostu skończyć. W r-town wygląda to z grubsza podobnie. Ja pozwoliłem sobie nawet we wtorek symbolicznie włączyć i wyłączyć światło na pilatesie. Ale o tym już – oczywiście o ile będzie – jutro.
Jest. Otóż we wtorek w towarzystwie jednego pana i przynajmniej tuzina pań w różnym wieku ćwiczyłem – jak zwykle w pierwszym rzędzie przed lustrem – gdy wtem (na moment) straciłem równowagę i byłem zmuszony oprzeć się o ścianę. Pozycja tak niefortunna, że punkt oparcia wypadł na przełączniku światła. Przyciemniona sala (zajęcia nazywają się "wieczorne rozluźnienie") z przodu nagle rozbłysła już nie tylko moją osobą. Przyjacielskim docinkom i chichotom nie było końca (trzydzieści sekund dekoncentracji). Przekonałem się że warto trzy razy do roku wyjść z domu. Na pilates, żeby się wzmocnić.
Do protokołu zapisuję, że Tata przyniósł nam w niedzielę po południu do domu jeżowca, którego – z pomocą kupionej w 1996 roku za (taty) 100 dolarów książki „Earth and Life through Time“ – bezbłędnie zidentyfikowałem.
Tu oczywiście można mnie oskarżyć o scenografię wysiłkową, ale przysięgam, że ta żołądkowa (wzmocnienie i osłabienie w jednym) tam stała, do zdjęcia obróciłem tylko butelkę etykietką do przodu. Poniedziałek (niedoścignione „jutro“) rano, wiadukt przy Dworcu Gdańskim.
Jest. Otóż we wtorek w towarzystwie jednego pana i przynajmniej tuzina pań w różnym wieku ćwiczyłem – jak zwykle w pierwszym rzędzie przed lustrem – gdy wtem (na moment) straciłem równowagę i byłem zmuszony oprzeć się o ścianę. Pozycja tak niefortunna, że punkt oparcia wypadł na przełączniku światła. Przyciemniona sala (zajęcia nazywają się "wieczorne rozluźnienie") z przodu nagle rozbłysła już nie tylko moją osobą. Przyjacielskim docinkom i chichotom nie było końca (trzydzieści sekund dekoncentracji). Przekonałem się że warto trzy razy do roku wyjść z domu. Na pilates, żeby się wzmocnić.
Do protokołu zapisuję, że Tata przyniósł nam w niedzielę po południu do domu jeżowca, którego – z pomocą kupionej w 1996 roku za (taty) 100 dolarów książki „Earth and Life through Time“ – bezbłędnie zidentyfikowałem.
Tu oczywiście można mnie oskarżyć o scenografię wysiłkową, ale przysięgam, że ta żołądkowa (wzmocnienie i osłabienie w jednym) tam stała, do zdjęcia obróciłem tylko butelkę etykietką do przodu. Poniedziałek (niedoścignione „jutro“) rano, wiadukt przy Dworcu Gdańskim.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



