is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 28 sierpnia 2011

felipe contepomi

Ile ludzi z utęsknieniem czeka na zdanie, czy choćby dwa słowa? Cokolwiek, dowiedzieć się czegokolwiek. Oto jestem i spieszę donieść o wytęsknionym Pucharze Świata w rugby, który za 11 dni zaczyna się w Nowej Zelandii. Zdradzę komu będę kibicował. Po pierwsze primo Argentynie. Między innymi dlatego, że Basia dwa lata temu kupiła mi ich oryginalną koszulkę, którą uwielbiam nosić. Poza tym ona (Basia, nie koszulka) do dzisiaj nie może zapomnieć tych dni, 4 lata temu w Dublinie, kiedy to z wypiekami na twarzy oglądaliśmy Pumy (tak nazywa się reprezentację Argentyny w rugby) zdobywające brązowy medal na mundialu we Francji. A ja krzyczałem: "Felipeeeeeee..... Contepomi!" za każdym razem jak ten Felipe robił coś godnego pajacowania przed telewizorem. Pamiętam właśnie mecz otwarcia z gospodarzami i momenty kiedy przez długie minuty ci przeklęci Francuzi siedzieli tuż tuż przy linii przyłożenia, ale tamci, twardziele przez duże T, po prostu byli zbyt zdeterminowani i skoncentrowani w obronie. Koncentracja kolektywu w obronie w dowolnym sporcie: to jest temat na poemat. 
Druga drużyna, którą obdarzę życzeniami powodzenia to Nowa Zelandia, czyli odpowiednik piłkarskiej Brazylii w rugby. Oni w tym dalekim kraju bardziej potrzebują wygrywania (a właściwie wygrania, i to całości, nie jednego meczu) niż Polska sukcesów w piłce nożnej. To są zranione harty (ducha) o wysokim współczynniku zahartowania. Wirtuozeria, 15-tu Messich wziętych razem zusammen do kupy. Dramat polega na tym, że oni nie wygrali tej całości od 24 lat i cierpią. Jeżeli dane wam będzie zobaczyć nowozelandczyków w akcji, zwróćcie uwagę na ich zachowanie po przyłożeniu (odpowiednik strzelenia bramki w piłce nożnej). Owszem, są poklepywania kolegów i gratulacje, ale nie ma śladu zbiorowej histerii pod przewodnictwem opętanego zdobywcy punktów. Oni robią tylko to, czego i tak wszyscy tam od nich oczekują. Miło się to ogląda.
A w r-town i okolicach? Przeszedłem się Grójecką kilka razy w tym tygodniu i koło placu Narutowicza poczułem to. Poczułem szkołę wiszącą w powietrzu. Poczułem to, że licealiści w głębi ducha nie mogą się doczekać. Poczułem gorącą jesień udającą lato.





Tej koszykarskiej grupie kolektywna koncentracja w obronie była raczej obca, ale na pewno każdy z fotografii obok, choć 7 lat starszy, umiera z podniecenia przed Rugby World Cup 2011. Na zdjęciu trener, niejaki Mailman, ciągnie za włosy rozgrywającego o pseudonimie Peks. To było pożegnalne spotkanie w mieszkaniu przy ulicy Roxburgh w dzielnicy Mt Victoria w Wellington, dzień przed wylotem do Polski, czyli około 30. marca 2004 roku.

niedziela, 21 sierpnia 2011

zielone jabłko

Mijający tydzień był bliskim spotkaniem z kulturą, a jego punktem kulminacyjnym wczorajszy koncert Marcus+. Ten wpis opowie o tym jak Marcus Miller uczył się grać "Sleep safe and warm" czyli "Kołysankę" Krzysztofa Komedy. Ale napiszę o tym dopiero rano, bo teraz jestem trochę upadły. Historyczność poniższego zdjęcia byle jak bo byle jak, ale może usprawiedliwi jego marną ostrość. 
Otóż to było tak. Nękany od wielu tygodni prośbami o wykonanie "Kołysanki" Marcus Miller wchodzi na główną salę Polskiej Filharmonii Bałtyckiej z zielonym jabłkiem (zielone jabłka leżały przez cały tydzień w hotelowej recepcji i można było je sobie brać). Na sali już siedzi Leszek Możdżer: gotowość, profesjonalizm, luz i klasa. Jest trębacz Marcusa, siedzi podmuchując w trąbkę po drugiej stronie sali i rzuca żarty do perkusisty, który już sobie coś przykręca. Saksofonista w tym czasie ćwiczy kopniaki kickbokserskie (ale on łapie wszystkie muzyczne sprawy tak szybko, że pewnie trudno mu się skoncentrować na czymkolwiek, chyba, że jest prawdziwa akcja). Pierwsza rzecz, którą robi Marcus to prosi Leszka żeby mu zagrał (ale na zasadzie, "ok, nie wiem o co chodzi, ale trudno, niech się ode mnie odczepią." Możdżer gra, argentyński klawiszowiec Federico Gonzales Peña (też na zdjęciu) trochę się tym zainteresował, podchodzi do fortepianu. Marcus bierze gitarę i zaczyna podgrywać, dołącza się perkusja. Już jest dobrze dla wszystkich ludzi na sali z polskim obywatelstwem, ale Możdżer im przerywa, robi krótki rys historyczny, nienachalny, w tempo, że to ważny utwór, że to z filmu, że na końcu jest taki moment, że powinna być siła, tamci słuchają. Marcus rzuca tylko perkusiście, że o tę siłę to właśnie on ma zadbać (ale ten perkusista jest na tyle dobry, że bez mówienia wie, że nie może przesadzić). Marcus odstawia gitarę, kończy jabłko, wszyscy jeszcze raz podchodzą do fortepianu. W tym momencie widać, że są kupieni (i skupieni). Jak z tym idą, to już jest naprawdę dobrze. Nawet entourage Marcusa czuje, że coś jest na rzeczy. Samą końcówkę ćwiczą bardzo długo, perkusja jest w sam raz, Federico sam na chwilę siada do fortepianu. A następnego dnia w nocy ćwiczą to jeszcze raz (czytaj kilka razy), na zewnątrz (Możdżerowi zapomnieliśmy powiedzieć, że z powodu pogody nie musi przychodzić na próbę band'u Marcusa, więc przyszedł). Zdecydowanie wszystkim zależy żeby to było na sicherze, tym amerykanom też, i to widać. Pusty plac, hula wiatr, a Ci to grają, litości. No po prostu niezłe momenty.
Weekend w ogóle był dobry, bo na koncert przyjechali Fieders z Kami, spaliśmy sobie w tym hoteliku (to mi trochę przypomniało wycieczkę z roku 2007), a w niedzielę ruszyliśmy na plażę i nawet zrobiliśmy coś co można nazwać plumpen plumpen. Rońka-ratownik sama też walczyła z falami, dzięki czemu nikt nie utonął. 





Szczęśliwy ogryzek zielonego jabłka: najbliżej wielkiej akcji.

niedziela, 14 sierpnia 2011

meta world peace

Błyskawica, a nie przegląd prasy. Tempo raz: Ron Artest (zapominalscy z espn.com już zapomnieli o jego nowym imieniu Meta World Peace!? Dramat. Chyba, że go jeszcze oficjalnie nie zmienił, wtedy są usprawiedliwieni) to jest człowiek, którego uwielbiam. Oto artykuł o jego najbliższych planach gry w koszykówkę w UK. Tempo dwa: Robert Vietze, 18-letni narciarz z Warren w stanie Vermont. Powinien trzymać się z dala od alkoholu. Nie uwielbiam go i nie wiem dlaczego ta informacja poszła w szeroko rozumiany świat. Wiem, że moje jej rozpowszechnianie stoi okoniem do poprzedniego zdania, ale mimo to rozpowszechniam. Tempo trzy: Uwielbiam austriacką telewizję śniadaniową. Chyba nie dlatego, że innych telewizji śniadaniowych nie znam: po prostu ta jest naprawdę śmieszna i jakaś autentyczna. Może ci prowadzący są zakochani? Chyba nie, ale są dowcipni. Mam okazję  oglądać tę telewizję w luksusowym gdańskim hotelu, którego gościem jestem od wtorku. Uwielbiam też samo gdańsko-kontynentalne śniadanie. Uwielbiam kiedy Basia do mnie przyjeżdża. Tęsknię (w przód) za dniami bez komputera, takimi wakacjami (to bym bardzo uwielbiał gdyby mi się przytrafiło).




jeszcze słowo o autentyczności. Jest w cenie, bo jest rzadkością. Ta kobieta jest autentyczna, a w dodatku reprezentuje, tak jak Ron, meta world peace. 'Teefin shoe from Footlocker'... to jest ta filozofia!


niedziela, 7 sierpnia 2011

czerni, czerni, czerni słupsk

Kto tu zagląda, ta/ten wie, że kulom się nie kłaniam. Ale przychodzi moment, że i ja muszę skręcić w komercyjny blichtr, złamać się, sprzedać nagłówkom pierwszych stron gazet. Tym razem robię to wyłącznie na prośbę jednej z najwierniejszych czytelniczek. Oto moje tłumaczenie piosenki Amy Winehouse pod tytułem Back to Black.

He left no time to regret | Nie zostawił czasu na żale
Kept his dick wet | Siusiakowi nie daje wyschnąć
With his same old safe bet | z tą swoją starą lafiryndą
Me and my head high | Ten mój pseudo-fason                                                      
And my tears dry | I wyschnięte łzy              
Get on without my guy | Radź tu sobie bez mojego faceta
You went back to what you know | Ty wróciłeś do tego co znasz                             
So far removed from all that we went through | tak bardzo dalekiego od wszystkiego co razem przeszliśmy
And I tread a troubled track | A ja stąpam po mętnej wodzie
My odds are stacked | Marne te moje widoki
I'll go back to black | Wrócę w czerń
                       
We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to..... | A ja wracam do.....

I go back to us | Ja wracam do nas

I love you much | Kocham cię bardzo
It's not enough | Nie wystarczająco
You love blow and I love puff | Ty kochasz kokainę, ja kocham marihuanę
And life is like a pipe | Życie jest jak fajka
And I'm a tiny penny rolling up the walls inside | A ja jestem małym grosikiem toczącym się po czterech ścianach

We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to..... | A ja wracam do.....

Black, black, black, black, black, black, | czerni, czerni, czerni, czerni, czerni, czerni,
I go back to | Ja wracam do
I go back to | Ja wracam do

We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to | A ja wracam do

We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to black | A ja wracam w czerń
***

Mijający tydzień był tygodniem sportu. Wypełniłem swoje basenowe minimum olimpijskie, byliśmy z Basią w sobotę na jodze, a dziś jeździliśmy na rowerach i graliśmy w badmintona niedaleko Kazimierza Dolnego. Świat i ludzie. I to jacy: ugościli nie dość, że nas, to jeszcze naszego uciążliwego potwora. I wszystko z uśmiechem na twarzy.







Niezwykły dom, w którym spędziliśmy miłą noc. Fot. iphone Basi.