Jutro postaram się napisać tu coś o ciekawego o obejrzanym w tym tygodniu odcinku programu Open Court. Dość tych prywatnych wynurzeń – najwyższa pora zająć się sprawami globalnymi.
Oto jutro. O czym to ja mówiłem, Open Court. Mówi się, że kręgosłup moralny człowiek ma ukształtowany wcześnie, że ludzie dorośli to gnuśnienie plus biadolenie. Ja nie, ja się rozwijam. Mój kręgosłup do dzisiaj kształtują tacy członkowie tego niezwykłego panelu jak Kenny the Jet Smith, Charles Barkley czy Steve Kerr. To co mają do powiedzenia w sprawie akceptacji osób homoseksualnych w profesjonalnym sporcie i w życiu, to jak porównują zachodzące dzisiaj w Stanach (w Polsce za 100 lat) zmiany do civil rights movement sprzed ponad pół wieku, to co mają do powiedzenia w sprawie tolerancji w ogóle, to wszystko są rzeczy pod którymi podpisuję się obiema rękami. Po prostu wypada mieć minimum oleju i wyobraźni: ludzie są różni na milion sposobów i nie trzeba z tego powodu umierać ze strachu i być agresywnym. Nie wypada być skończonym durniem w tym życiu.
Ja to wiem, ja jestem born ready w tych sprawach, tak jak gotowy do gry w tym sezonie jest Lance Stephenson z Indiany. Podobnie born ready jest J. kiedy się budzi i mówi (niczym Babo z książki „Babo chce"): „Tam!"
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 24 listopada 2013
niedziela, 17 listopada 2013
listopad potrafi mieć świeżość
Sezon NBA trwa już trzy tygodnie, a ja jeszcze nawet nie drgnąłem w spazmie. Dzisiaj do protokołu klecę tylko dwa słowa: Kevin Love. Byłbym skłonny nakłonić całą rodzinę (łącznie z Rońką) do przeprowadzki do Minneapolis, Minnesota, USA, gdyby Kevin nagle do mnie zadzwonił i powiedział: wsiadaj w samolot, potrzebujemy Cię. Powiedziałbym mu: idę za Tobą w ogień artyleryjski, bez kamizelki kuloodpornej.
Dowodem na to, że listopad da się lubić jest zdjęcie Basi z minionego poniedziałku. Należy je (listopad, poniedziałek) tylko podchodzić z rana, na spokoju, na niewzburzone wody. I nie wolno samemu wzburzać się z powodu byle draki.
niedziela, 10 listopada 2013
Francuz niestety we wszystko wygrywa
W sporcie, w scrabble, w osadników z Catanu. Trwa najkoszmarniejszy weekend mojego życia. Szczegółów oszczędzę dziś wieczorem, wam i sobie sam, jak śpiewały dinozaury rocka. Teraz już niestety dobranoc.
Już wtorek, a ja jeszcze rozgrzebuję swoje nieszczęścia patykiem w żarze. Mamo, sama zobaczysz w zeszycie z wynikami, na kolejkę przed końcem napisałem tam, że wielki champion powrócił. Ale pospieszyłem się, bo na końcu z dalekiej podróży powrócił Francuz, co on tam zawistował to niech mu los wybaczy, w każdym razie spadłem i się poobijałem, mówię tu przede wszystkim o psychice. Jeśli zaś chodzi o osadników, to nie byłem w stanie nawiązać nawet kontaktu wzrokowego z nikim, zwłaszcza w drugiej partii, kiedy to prawie w ogóle nie wypadała szóstka. Wiązałem z nią spore nadzieje. Natomiast w sporcie przekonaliśmy się, że biegamy z Francuzem podobnie, ja tylko trochę głośniej.
Niezależność-niepodległość myślenia i działania: na tych dwóch rzeczach skupiliśmy się w czasie weekendu. Fot. Franek P.
Już wtorek, a ja jeszcze rozgrzebuję swoje nieszczęścia patykiem w żarze. Mamo, sama zobaczysz w zeszycie z wynikami, na kolejkę przed końcem napisałem tam, że wielki champion powrócił. Ale pospieszyłem się, bo na końcu z dalekiej podróży powrócił Francuz, co on tam zawistował to niech mu los wybaczy, w każdym razie spadłem i się poobijałem, mówię tu przede wszystkim o psychice. Jeśli zaś chodzi o osadników, to nie byłem w stanie nawiązać nawet kontaktu wzrokowego z nikim, zwłaszcza w drugiej partii, kiedy to prawie w ogóle nie wypadała szóstka. Wiązałem z nią spore nadzieje. Natomiast w sporcie przekonaliśmy się, że biegamy z Francuzem podobnie, ja tylko trochę głośniej.
Niezależność-niepodległość myślenia i działania: na tych dwóch rzeczach skupiliśmy się w czasie weekendu. Fot. Franek P.
niedziela, 3 listopada 2013
koszmar zdybanej
Ponieważ moja rzekomo potwornie kochająca mnie żona nie znajduje stety/niestety czasu żeby czytać moje dziecko, którym bez dwóch wypoconych zdań jest ten blog, czuję się bezpiecznie opisując tu najintymniejsze sfery mojego życia, o których ona (ubolewam nad tym) nie ma zielonego pojęcia. Po prostu nie pomieściło by jej się w głowie, że jej szary człowieczyna może mieć poza tą karykaturą domu tak barwne, oddychające pełną piersią życie. W czwartek rano pojechałem do Feuvertu wymienić opony na zimowe. Feuvert, jak wielu mieszkańców r-town wie, jest 5 minut spacerem od Szczęśliwic. Wymiana opon trwa 45 minut. Mając tę plątaninę liczb z tyłu głowy piłkę od Piotrka M. spakowałem do bagażnika auta jeszcze w środę wieczorem. Resztę niech opowie poniższe, skąpane w porannym październikowym słońcu zdjęcie. Szalałem, skakałem, udawłem że oddaję game-winners with point five on the shot clock, a później wiadomo, chest bumps & air punches to celebrate the improbable Chicago win, the greatest upset of all time. Panie z psami patrzą co to za interesująca mentalna zagwozdka.
Tuż obok boiska, na tyłach parku, robotnicy wymieniają właśnie starą napowietrzną linię energetyczną na nową, podziemną. Świat niestety bezustannie idzie do przodu.
Na przykład: mówię do swojego telefonu: „Did Chicago win last night?“, a on po chwili namysłu odpowiada (głosem): „Chicago narrowly lost to Philadelphia last night, the final score was 107 to 104.“ Wyniki ostatnich gier w scrabble przemilczę. Jedną z nich Basia zakończyła serwując wszystkim koszmar („zdybanej“).
Tuż obok boiska, na tyłach parku, robotnicy wymieniają właśnie starą napowietrzną linię energetyczną na nową, podziemną. Świat niestety bezustannie idzie do przodu.
Na przykład: mówię do swojego telefonu: „Did Chicago win last night?“, a on po chwili namysłu odpowiada (głosem): „Chicago narrowly lost to Philadelphia last night, the final score was 107 to 104.“ Wyniki ostatnich gier w scrabble przemilczę. Jedną z nich Basia zakończyła serwując wszystkim koszmar („zdybanej“).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


