Czytelniku czytający te słowa w świątecznym szczycie: twoja desperacja jest dla mnie usprawiedliwiona i zrozumiała (crystal clear). Po prostu chcesz poznać moje zdanie o rozpoczynającym się dziś sezonie NBA. Czekanie na po świętach nie wchodzi w grę. Zatem niechętnie odkładam świąteczną gęś i służę pomocą. W tym sezonie miło (moim zdaniem) będzie się oglądało Minnesotę, Indianę, Nowy York i LA Clippersów (co nie znaczy, że pierwsze dwie drużyny będą często wygrywać... drugie dwie raczej będą). Gdybym musiał założyć się kto zostanie mistrzem, to postawiłbym (wbrew sercu) na Miami. Chociaż sto razy bardziej wolałbym Chicago. Lub Dallas. Lub Oklahomę. Ale chcieć (woleć) to jedno.
Już wracam do świętowania i ukochanych kobiet, tylko jeszcze dzielę się tym video. W okolicach szóstej minuty klipu Sir Charles odpowiada na pytanie Jay'a Leno w taki sposób, który równie dobrze mógłby posłużyć do podsumowania sytuacji (nie sportowej) w kraju (naszym). Kocham Sir Charles'a.
Dziękując z całych sił za życzenia Alicji P., zamieszczam zdjęcie laureatów urodzinowego konkursu pt. "kto odważy się odwiedzić r-town". Frankowi P. prującemu w tym momencie przez Europę szczęśliwi zwycięzcy pozowali na tle, nie boję się tego powiedzieć, ścianki sponsorskiej.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 25 grudnia 2011
niedziela, 18 grudnia 2011
old news: r-town blues
Napiszę dwa zdania o przedstawieniu Smuteczek czyli Ostatni Naiwni w reżyserii Macieja Stuhra. Naturalnie pofatygowaliśmy się na nie z żoną (w poniedziałek, 12. grudnia, do Teatru Dramatycznego) dzięki zaproszeniu od mamy. To były piosenki Starszych Panów w najlepszym – miałem to szczęście słuchać ich do tej pory tylko w takim – wykonaniu. Kilka interpretacji było do spadnięcia z krzesła (w sensie mocy), aż miałem ochotę szturchnąć kogoś i powiedzieć: ludzie, czy wy TO też obserwujecie, czemu nie wariujecie? Pomijam nawet wybitne kreacje bardzo utalentowanych aktorów i fantastyczną kołysankę bez słów na końcu przedstawienia. Chodzi mi głównie o pewną delikatność i wrażliwość całego pomysłu właściwą (wydawało mi się do minionego poniedziałku) wyłącznie mojej własnej mamie. Plus jeszcze taka przyjemna przytomność i zimna krew reżysera, który sam grał jednego ze Starszych Panów. W momencie kiedy nagle scena zaczęła się obracać w niewłaściwym kierunku i ani się człowiek obejrzał była już obrócona o kilkadziesiąt stopni, Maciej Stuhr jak gdyby nigdy nic mówi do drugiego Starszego Pana: Wiesz, pokręćmy się tu jeszcze chwilkę i porozmawiajmy aż ta scena obróci się z powrotem [lub coś w podobie]. Na szczęście dla wszystkich ludzi w Polsce będzie można ten spektakl (pewnie bez obrotu) obejrzeć 26. grudnia o 21:30 w TVP 2.
Na sz.de można dziś przeczytać po niemiecku taki artykuł o wzroście i pędzie i muszę powiedzieć, że chociaż sztuka Smuteczek od strony technicznej z pewnością korzysta z błogosławieństw pędu i wzrostu, to jednak przekazuje wartości z pewnej (odległej) rzeczywistości, dla której pędzenie (poza pędzeniem pieprzówki) jest ciałem obcym.
Jako świadek teraźniejszości podzielę się jeszcze dwiema informacjami. Po pierwsze coraz bardziej oczywiste jest to, że boisko przed naszym oknem nie jest modernizowane (koniec wieku naiwności), tylko zamieniane na park. Ekspansja parku im. Zasława M. postępuje przed naszymi biologicznymi oczami. Taka jest kolej rzeczy. Rońka zwana inspektorką skarpetką pogodziła się z tą koleją (turn of events).
Po drugie władze r-town przystroiły lampkami spiczaste drzewo iglaste przy studni oligoceńskiej. Ci ludzie nie cofną się przed niczym. Wzruszam się mijając wieczorami to drzewo. I jednocześnie boję się, że być może przystraja się ją tak co roku, a ja dopiero teraz podnoszę raban. To jest właśnie old news: r-town blues.
Na sz.de można dziś przeczytać po niemiecku taki artykuł o wzroście i pędzie i muszę powiedzieć, że chociaż sztuka Smuteczek od strony technicznej z pewnością korzysta z błogosławieństw pędu i wzrostu, to jednak przekazuje wartości z pewnej (odległej) rzeczywistości, dla której pędzenie (poza pędzeniem pieprzówki) jest ciałem obcym.
Jako świadek teraźniejszości podzielę się jeszcze dwiema informacjami. Po pierwsze coraz bardziej oczywiste jest to, że boisko przed naszym oknem nie jest modernizowane (koniec wieku naiwności), tylko zamieniane na park. Ekspansja parku im. Zasława M. postępuje przed naszymi biologicznymi oczami. Taka jest kolej rzeczy. Rońka zwana inspektorką skarpetką pogodziła się z tą koleją (turn of events).
Po drugie władze r-town przystroiły lampkami spiczaste drzewo iglaste przy studni oligoceńskiej. Ci ludzie nie cofną się przed niczym. Wzruszam się mijając wieczorami to drzewo. I jednocześnie boję się, że być może przystraja się ją tak co roku, a ja dopiero teraz podnoszę raban. To jest właśnie old news: r-town blues.
niedziela, 11 grudnia 2011
salon warszawski
Mam pociąg żeby na r-town zacząć mówić r-town, DC. Chodzi o to, że w poniedziałek 5. grudnia podczas wspaniałej aukcji Centrum Architektury (dzięki bezwzględnej determinacji) Basia wylicytowała kaseton z napisem SEKTOR 2. Ów kaseton to część oryginalnego wyposażenia Dworca Centralnego, rocznik 1975. Część DC jest teraz częścią naszego salonu, a przez to częścią r-town. Centrum Architektury upamiętniło tą aukcją "mistrzów skromności", jak powiedział Grześ Piątek, czyli architektów warszawskich dworców kolejowych, Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka. Naturalnie dowiedziałem się jak się nazywali właśnie dzięki tej a(u)kcji. A przybył na nią nad halę główną – nazwijmy go sobie po imieniu – salon warszawski. Zawsze miałem do dworca byle jaką bo byle jaką (jakby powiedział Wojtek), ale jednak słabość, ale teraz ta podłechtana snobizmem i zwycięską licytacją słabość przerodziła się w prawdziwą ckliwość. Przed oczami (before my very eyes) stają mi niektóre wyjazdy w góry i zbiórki przy schodach. A głównie jeden wyjazd, do Wisły na Stożek, przez Katowice. Miałem niecałe 22 lata, a jednym z uczestników był 8-mio chyba letni Jodła, dzisiaj student Franka, mający obecnie poważne kłopoty z przedmiotem Psychologia Społeczna, nad czym ubolewa wiele osób w całym mieście. Ach ten czas.
A jeżeli chodzi o Durban, to mój kolega Markus podsunął mi jeszcze jedną myśl. Otóż gdyby zdrajcy (wszyscy o poglądach innych niż moje) mieli choćby promil racji, to i tak należy stawać na rzęsach (bend backwards), żeby zużycie energii pochodzącej ze źródeł słabo odnawialnych ograniczyć do minimum. Choćby po to, żeby tych źródeł jak najmniej zużyć. Wtedy nowe pokolenia będą miały szansę pokorzystać sobie z nich nie płacąc za nie jak za zboże. Boże.
Na koniec wskazówka jak odnaleźć najlepszą audycję w internecie. Odcinki "Embarrassing Moments" oraz "Trash Talkers" polecam z ręką na sercu, jak do hymnu.
A jeżeli chodzi o Durban, to mój kolega Markus podsunął mi jeszcze jedną myśl. Otóż gdyby zdrajcy (wszyscy o poglądach innych niż moje) mieli choćby promil racji, to i tak należy stawać na rzęsach (bend backwards), żeby zużycie energii pochodzącej ze źródeł słabo odnawialnych ograniczyć do minimum. Choćby po to, żeby tych źródeł jak najmniej zużyć. Wtedy nowe pokolenia będą miały szansę pokorzystać sobie z nich nie płacąc za nie jak za zboże. Boże.
Na koniec wskazówka jak odnaleźć najlepszą audycję w internecie. Odcinki "Embarrassing Moments" oraz "Trash Talkers" polecam z ręką na sercu, jak do hymnu.
niedziela, 4 grudnia 2011
szkieletony z Durbanu
W
miniony poniedziałek w Durbanie (RPA) rozpoczęła się wielka konferencja Narodów Zjednoczonych
dotycząca zmian klimatu na Ziemi. Kto o tym wiedział ręka do góry. Jaki
promil uwagi poświęcanej ostatnio przez media zbliżającemu się kryzysowi
ekonomicznemu na świecie poświęca się (w Polsce czy nie w Polsce) rzeczonemu
Durbanowi? Każdy rowerzysta złapany w niedzielę o świcie w pułapkę na alkomat
roześmiałby się dzielnicowemu w twarz, bo to nie jest chyba nawet promil. Ludzi
po prostu nie interesuje to, że ich gatunek pożyje jeszcze paręset lat, z czego
ostatnie parędziesiąt lub więcej to będzie pasmo rewolucji październikowych
wynikających z wszechobecnego dramatu. Max Frisch zadał już zresztą takie pytanie
w jednej ze swoich ankiet z pamiętnika 1966-1971: "Czy między Bogiem a
prawdą obchodzi Cię co stanie się z naszym gatunkiem po śmierci Twojej i Twoich
dzieci?"
Mnie obchodzi. Ludzie. W święta rusza NBA. Mamo, to ta liga koszykówki, w której zawsze chciałem występować żeby zaprosić Cię na mecz. Gdyby mi się to udało, załatwiłbym Ci miejsce siedzące obok Jacka Nicholsona. Wróćmy może jednak do tu i teraz. Chodzi mi drodzy państwo głównie o to, że Shaquille O'Neal dołączy w tym sezonie do zespołu NBA on TNT. Oznacza to, że będzie komentował ligę i rzeczywistość z jednego studia wspólnie z Charlesem Barkleyem. Ludzie. To są dwa najśmieszniejsze indywidua związane ze sportem w całych amerykańskich mediach. Nie ja to powiedziałem, tylko Jimmy Kimmel to powiedział. I Simmons. A nawet jeśli Simmons tego nie powiedział, to dobrze o tym wie.
Po prostu po śmierci własnej i całego gatunku ludzkiego wciąż miałbym ochotę oglądać Shaq'a i Charles'a razem w telewizji gdyby się jakimś cudem ostali. Na dokładkę dochodzi w tym roku jeszcze taki panel. No po prostu żyć nie umierać.
Mnie obchodzi. Ludzie. W święta rusza NBA. Mamo, to ta liga koszykówki, w której zawsze chciałem występować żeby zaprosić Cię na mecz. Gdyby mi się to udało, załatwiłbym Ci miejsce siedzące obok Jacka Nicholsona. Wróćmy może jednak do tu i teraz. Chodzi mi drodzy państwo głównie o to, że Shaquille O'Neal dołączy w tym sezonie do zespołu NBA on TNT. Oznacza to, że będzie komentował ligę i rzeczywistość z jednego studia wspólnie z Charlesem Barkleyem. Ludzie. To są dwa najśmieszniejsze indywidua związane ze sportem w całych amerykańskich mediach. Nie ja to powiedziałem, tylko Jimmy Kimmel to powiedział. I Simmons. A nawet jeśli Simmons tego nie powiedział, to dobrze o tym wie.
Po prostu po śmierci własnej i całego gatunku ludzkiego wciąż miałbym ochotę oglądać Shaq'a i Charles'a razem w telewizji gdyby się jakimś cudem ostali. Na dokładkę dochodzi w tym roku jeszcze taki panel. No po prostu żyć nie umierać.
I dlatego pobieżnie zainteresował mnie
ten Durban. Uzmysłowiłem sobie, że teraz (od kiedy odwieszono lockout) chodzi wyłącznie o jak najdłuższe życie moje i gatunku.
Na koniec słowo przestrogi od słynnego reżysera Errola Morrisa. To jest wybitne i mądre dzieło dokumentalne. Dziękuję Wojtkowi Z. za uświadomienie mi, że ono istnieje. Dzięki niemu dowiedziałem się (między innymi) co oznacza pojęcie "appeasement'u", czyli polityki ustępstw.
Nie dziękujcie mi, tylko zrządzeniu losu, że czytacie te słowa.
Na koniec słowo przestrogi od słynnego reżysera Errola Morrisa. To jest wybitne i mądre dzieło dokumentalne. Dziękuję Wojtkowi Z. za uświadomienie mi, że ono istnieje. Dzięki niemu dowiedziałem się (między innymi) co oznacza pojęcie "appeasement'u", czyli polityki ustępstw.
Nie dziękujcie mi, tylko zrządzeniu losu, że czytacie te słowa.
niedziela, 27 listopada 2011
orgie i breloki
Pytam się, pytam się za dzisiejszą SZ: czy Zieloni w Niemczech naprawdę chcą być tylko breloczkiem, przywieszką (der Anhängsel) SPD? Czy chcą orgii podwyższania podatków (die Steuererhöhungsorgie), odwracając się tym samym pupą do (coraz szerszej) zamożniejszej części swojego elektoratu? Wspominany tu już kiedyś Winfried Kretschmann, premier rządzących w Badenii Wirtemberdze Zielonych, sam ostrzega swoją partię przed orgiami i breloczkiem: lubię go, bo ten artykuł manipulującej moim mózgiem SZ każe mi go lubić. Prawdziwy zysk z lektury: już wiem, że po niemiecku "pozostawać na dywanie" oznacza "stąpać twardo po ziemi".
I jeszcze parę godnych wzmianki wydarzeń kończącego się tygodnia. W środę odwiedziliśmy Ninkę "Energy to Burn" Fiedorowicz oraz stawiających czoła temu małemu wulkanowi rodziców. W piątek odbyła się druga edycja organizowanych przez biologicznego ojca Ninki oraz Basię warsztatów "Marz Kartkę". Basia w tej sekundzie ją projektuje. Wczoraj na Szczęśliwicach widziałem prawdziwe legendy koszykówki Canarinhos z przełomu wieków, czyli o dziesięć lat starszych Maćka Kamińskiego oraz Makula. No kidding. Także wczoraj do i z Pęcic zawieźli mnie i Basię nie kto inny tylko Kasia z Jackiem. Było świetnie. Tym bardziej, że mimo ciągłego podpuszczania i prowokacji ze strony Jacka udało mi się wygrać jedno z przyjacielskich rozdań w wiadomo co. Gotowała i ugościła nas moja mama, o której miłości do nas, jej dzieci, można bez końca. Moja radość z udanego weekendu może w ekstremalnym przypadku rozlać się po przyszłym tygodniu.

Miało być o zimie, ale ta nie nadchodzi. Nie nachodzi r-town w każdym razie. Mnie nachodzi jeszcze tylko potrzeba zadania zagadki. Kto napisał te słowa: "Idzie jesień. Tu i ówdzie, jak z jasnego nieba, spada na piasek żółty liść klonu. Widać to też po niebie. Jego niebieskość jest bledsza, bardziej przezroczysta. Powietrze jest rześkie, szczególnie przed południem. Ekscentryczna przestronność." Dla ułatwienia dodam, że autor stoi na zdjęciu po lewej. Tło może przypominać Nosal, na którym wczoraj podobno ruszyły wyciągi. Ale ten trop (jeśli chodzi o rozwiązanie zagadki) prowadzi donikąd.
niedziela, 20 listopada 2011
facehook
Ten bezlitosny kapitan haczyk. Narkotyczna potrzeba sprawdzania nie moich spraw, które z woli swoich właścicieli wyszły na światło. Skazany na porażkę w walce z własną ciekawością i lenistwem postanowiłem napisać parę ciepłych słów o śmiertelnym wrogu, facebooku. Powód bezpośredni: dwie anegdoty, które w tym tygodniu umieścił na swojej tablicy mój młodszy kolega ze szkoły i boiska do nogi, niejaki Shawn, dziś ojciec dwóch kilkuletnich synów, Juliana i Lucasa.
***
Julian: "Knock-knock"
Me: "Who's there?"
J: "There's a cow at the door."
Me: "There's a cow at the door who?"
J: "DINOSAUR! Bwahahahaha! Heeheeheehee!"
Me: "Who's there?"
J: "There's a cow at the door."
Me: "There's a cow at the door who?"
J: "DINOSAUR! Bwahahahaha! Heeheeheehee!"
***
Most often repeated joke in my house:
Lucas and Julian: "Hey, Daddy, look under there."
Me: "Under where?"
L&J: "Hahahahah... you said, 'underwear'! Hahahaha!"
Lucas and Julian: "Hey, Daddy, look under there."
Me: "Under where?"
L&J: "Hahahahah... you said, 'underwear'! Hahahaha!"
***
Trafiło mnie to jak piołunem w listopadzie:
1. gdyby nie facebook nie miałbym pojęcia co słychać u Shawna.
2. nie miałbym możliwości dowiedzenia się co słychać u Shawna, bo mieszka na zachodzie tak odległym, że za dużo byłoby z tym zachodu.
3. wreszcie nie czułbym palącej potrzeby dowiadywania się co słychać u Shawna. Jesteśmy kumplami bliskimi boiskiem i wspomnieniem, ale to jest bliskość, która w moim egocentrycznie upośledzonym mózgu nie wymaga szczególnej pielęgnacji.
A przecież po przeczytaniu tych dowcipów zrobiło mi się naprawdę ciepło na sercu. Że Shawn żyje i że ma się nieźle. I że dodatkowo mogę jednym kliknięciem przekazać mu bezcenny (i jednak pielęgnujący!) sygnał: słyszę cię człowieku-man: słyszę cię głośno i wyraźnie.
I jeszcze: poza rówieśnikami mam na fejsie kilku znajomych o średnio 15 lat młodszych. Znam ich z bardzo dawna, kiedy byli dziećmi. Jestem dumny jak paw kiedy zapraszają mnie do kręgu, bo nie jest mi obojętne co u nich, dorosłych ludzi, słychać.
Tak, ten pean na cześć chyba nie kwalifikuje się na odkrycie nowego millenium, ale dzielę się nim (dzięki Julianowi i Lucasowi) mimo wszystko.
Na koniec cała prawda o lockoucie w NBA. Bill Simmons to geniusz i ma świętą rację: gracze są ubezwłasnowolnieni przez agentów i nietrafionego szefa własnego związku zawodowego. A z drugiej strony żelazny komisarz, który pozwolił im odejść od stołu. O czym ja mam teraz pisać przez rok? O facebooku? No dramat.
W przyszłym tygodniu może coś o zimie wobec tego. Za godzinę z hakiem wraca z Paryża ktoś miły, więc z tej okazji zamieszczam nasze wspólne wspominkowe zdjęcie ze słynnej wyprawy na Kasprowy Wierch w grudniu 2005 roku. To była wielka przygoda irlandzkich emigrantów. Fot. legendarny czarny aparat sony-utopiony.
niedziela, 13 listopada 2011
opony bezmózgowe
Przez ostatnie pół roku żyłem w przeświadczeniu, że jeżdżę na letnich oponach. Żyłem nim również dzisiaj, również w trakcie zmieniania ich na te, którym wierzyłem, że są zimowe.
Brak mi sił. Na szczęście Francuz wykrzesał swoje i z powrotem założył te naprawdę zimowe. Nikt już nie odbierze nam dwóch naprawdę rodzinnych godzinek spędzonych na podmiance opon w warunkach typu marznąca mrzawka. Uwaga ludzie z podobną do mojej awarią oponek mózgowych: opony Dębica Frigo to rodzina ekonomicznych zimówek. Nie odkręcajcie ich od swoich aut w listopadzie – to chore.
Dodatkowo oskarżyłem Rońkę (pseudonim rabuś: śpiące, wybiegane zwłoki rabusia leżą teraz w pozycji śruby na kanapie) o to, że zwędziła rękawiczkę roboczą. Po cokolwiek incydentalnym dochodzeniu prawdy rękawiczka znalazła się w bagażniku. W związku z bliskością święta niepodległości uznałem oczyszczenie i pełną rehabilitację Rońki-niewiniątki za swój obywatelski obowiązek. Jest czysta (oczywiście nie w sensie fizycznym) do czasu najbliższej kradzieży skarpetki (śl. fuzekla).
A w sam dzień niepodległości przebiłem się z babcią (w aucie, naturalnie na kryptozimówkach) przez naród z flagami i dotarłem do Filharmonii Narodowej na doskonałą I, CULTURE Orchestra. Byliśmy w jednej sali z kapitanem Wroną. You heard me. Czego słuchaliśmy? Między innymi I Koncertu skrzypcowego op. 35 Karola Szymanowskiego. Z programu: "Dialog pomiędzy partią solową i orkiestrową ma niekiedy ekspresję wręcz erotyczną, jednocześnie pozostając cały czas w aurze czarodziejskich obrazów dźwiękowych."
Wklejam jeszcze tylko to, bo jest mądre, na czasie i do mnie przemawia. Tak jak Adam Wajrak od ponad godziny na facebooku, też do mnie przemawia. Mimo, że tradycyjnie bezpiecznie pływam po powierzchni zjawisk, to są pewne sprawy i postawy, które przemawiają do mnie głośniej nawet niż ten erotoman Szymanowski.
Słuszna rada z komentarza skłoniła mnie do zmiany zdjęcia. Dialog dedykuję mężom i żonom, zwłaszcza mojej.
Brak mi sił. Na szczęście Francuz wykrzesał swoje i z powrotem założył te naprawdę zimowe. Nikt już nie odbierze nam dwóch naprawdę rodzinnych godzinek spędzonych na podmiance opon w warunkach typu marznąca mrzawka. Uwaga ludzie z podobną do mojej awarią oponek mózgowych: opony Dębica Frigo to rodzina ekonomicznych zimówek. Nie odkręcajcie ich od swoich aut w listopadzie – to chore.
Dodatkowo oskarżyłem Rońkę (pseudonim rabuś: śpiące, wybiegane zwłoki rabusia leżą teraz w pozycji śruby na kanapie) o to, że zwędziła rękawiczkę roboczą. Po cokolwiek incydentalnym dochodzeniu prawdy rękawiczka znalazła się w bagażniku. W związku z bliskością święta niepodległości uznałem oczyszczenie i pełną rehabilitację Rońki-niewiniątki za swój obywatelski obowiązek. Jest czysta (oczywiście nie w sensie fizycznym) do czasu najbliższej kradzieży skarpetki (śl. fuzekla).
A w sam dzień niepodległości przebiłem się z babcią (w aucie, naturalnie na kryptozimówkach) przez naród z flagami i dotarłem do Filharmonii Narodowej na doskonałą I, CULTURE Orchestra. Byliśmy w jednej sali z kapitanem Wroną. You heard me. Czego słuchaliśmy? Między innymi I Koncertu skrzypcowego op. 35 Karola Szymanowskiego. Z programu: "Dialog pomiędzy partią solową i orkiestrową ma niekiedy ekspresję wręcz erotyczną, jednocześnie pozostając cały czas w aurze czarodziejskich obrazów dźwiękowych."
Wklejam jeszcze tylko to, bo jest mądre, na czasie i do mnie przemawia. Tak jak Adam Wajrak od ponad godziny na facebooku, też do mnie przemawia. Mimo, że tradycyjnie bezpiecznie pływam po powierzchni zjawisk, to są pewne sprawy i postawy, które przemawiają do mnie głośniej nawet niż ten erotoman Szymanowski.
Słuszna rada z komentarza skłoniła mnie do zmiany zdjęcia. Dialog dedykuję mężom i żonom, zwłaszcza mojej.
niedziela, 6 listopada 2011
grzmot oklasków
Kto na nie zasłużył? Głównie jesień. Miasto pełne jest ludzi podnoszących z ziemi liście: patrzą na nie i na siebie nawzajem z niedowierzaniem. Że też ich samych i tych liści jeszcze nie zmoczyło. W parkach rodzice tarzają się w liściach i robią iphone'ami zdjęcia zasypującym ich ciała dzieciom.
W r-town nad stawem od paru tygodni nocuje para starszych bezdomnych ludzi. Pewnie jest im zimno i nie mają siły nawet na taką jesień. Wyglądają jakby nie mieli siły w ogóle. Rano pan nalewa sobie do butelki lodowatej wody oligoceńskiej. Jak wszyscy przechodzę obok nich z wyrzutem sumienia, ale mój wyrzut chyba niewiele im pomaga. Grzmot oklasków nie dla ludzkości-społeczności r-town.
Podczas weekendu, który zaczął się 21. października wspominany niedawno Peter Russell odwiedzał domy swoich przodków w angielskich hrabstwach Surrey i Dorset. W jednym z nich, rezydencji o nazwie Normanswood (na zdjęciu autorstwa Petera poniżej) należącej w latach 1897-1904 do zamożnego Thomasa Russella, mieszka dziś Lord Sebastian Coe z Lady Coe. Sebastian to mój czytankowy bohater z pierwszego podręcznika do angielskiego.
Do rzeczy: dnia 21. października 2011 roku Peter Russell oraz Lady Coe popijali kawę przy białym stoliku widocznym po lewej stronie tarasu. Sebastiana nie było w domu. Ludzie, przysięgam, ja tych rzeczy nie zmyślam!
Z kolei na tym zdjęciu both Lady Coe i Lord Coe są w domu i pozują Mai Chęcińskiej do zdjęcia na europalecie w salonie. Wczoraj wymyśliłem nazwę dla firmy pani fotograf (Chęć Zdjęć), ale ona chce iść 'global', więc odnotowuję tę nazwę na wypadek gdyby nie przeszła kontroli paszportowej w Surrey czy Dorset.
W r-town nad stawem od paru tygodni nocuje para starszych bezdomnych ludzi. Pewnie jest im zimno i nie mają siły nawet na taką jesień. Wyglądają jakby nie mieli siły w ogóle. Rano pan nalewa sobie do butelki lodowatej wody oligoceńskiej. Jak wszyscy przechodzę obok nich z wyrzutem sumienia, ale mój wyrzut chyba niewiele im pomaga. Grzmot oklasków nie dla ludzkości-społeczności r-town.
Podczas weekendu, który zaczął się 21. października wspominany niedawno Peter Russell odwiedzał domy swoich przodków w angielskich hrabstwach Surrey i Dorset. W jednym z nich, rezydencji o nazwie Normanswood (na zdjęciu autorstwa Petera poniżej) należącej w latach 1897-1904 do zamożnego Thomasa Russella, mieszka dziś Lord Sebastian Coe z Lady Coe. Sebastian to mój czytankowy bohater z pierwszego podręcznika do angielskiego.
Do rzeczy: dnia 21. października 2011 roku Peter Russell oraz Lady Coe popijali kawę przy białym stoliku widocznym po lewej stronie tarasu. Sebastiana nie było w domu. Ludzie, przysięgam, ja tych rzeczy nie zmyślam!
Z kolei na tym zdjęciu both Lady Coe i Lord Coe są w domu i pozują Mai Chęcińskiej do zdjęcia na europalecie w salonie. Wczoraj wymyśliłem nazwę dla firmy pani fotograf (Chęć Zdjęć), ale ona chce iść 'global', więc odnotowuję tę nazwę na wypadek gdyby nie przeszła kontroli paszportowej w Surrey czy Dorset.
niedziela, 30 października 2011
zmiana czasu
Wspólnie z moją mamą odwiedziliśmy dziś babcię i w babci mieszkaniu przycięliśmy w scrabble. Po czym wspólnie z Basią odwiedziliśmy jej Mamę i w jej mieszkaniu przycięliśmy w scrabble z Tosią. Pierwsza wizyta obfitowała w rodzinne dialogi:
Babcia: Może umyć wam po jabłku?
Mama: Ja mogę tylko pieczone, od surowych boli mnie żołądek.
Babcia: Skąd wiesz?
Z kolei wczoraj na Szczęśliwicach odbyły się zawody narciarskie. Zawody na Szczęśliwicach charakteryzują dwie rzeczy, które potrafią być męczące: zamęt i tłok. Oprócz tego jest jednak w porządku. Dla dzieci całość jest frajdą: im zamęt nie przeszkadza. Instruktorzy mogą sobie narzekać, ale ostatecznie większość z nich to młodzi ludzie i 5 godzin na świeżym powietrzu po piątkowych harcach nie może im zaszkodzić. Rodzice nawet tych nie wygrywających pociech są (a przynajmniej powinni być) z nich dumni, bo jest nie lada sztuką (szczególnie dla czterolatków) połapać się i zdążyć na czas ze wszystkim. Negatywnych elementów wychowawczych współzawodnictwa jest chyba kilka (inna sprawa, że pisze to już większe dziecko, które jako mniejsze dziecko często przegrywało), ale ponieważ trudno ich uniknąć, należy skupić się na jasnej stronie księżyca, której jest sporo.
Znowu otwieram konserwę, a tam Ameryka. Zmiana czasu nic w tych sprawach nie zmienia.
Znowu otwieram konserwę, a tam Ameryka. Zmiana czasu nic w tych sprawach nie zmienia.
Najtańszy z tanich chwytów: zamieszczenie na blogu genialnego Jimmy Kimmela. Ale w tym klipie jest wszystko o co chodzi, czyli dzieci i tajemnica lockout'u. Dlatego nie mogłem się powstrzymać.
niedziela, 23 października 2011
detektyw retrospektyw
Naprzeciwko wyjścia z ateńskiego lotniska mieści się biały jak Grecja hotel Sofitel. Kartofelek-Sofitelek: poczuliśmy luksus jego tarasowej kawiarenki na własnej skórze wczoraj o 8:20 rano. Wtedy to wstąpiliśmy na dwie herbatki (plus po jednej kolorowej bezie wielkości kapsla-poduszkowca), całość za śmieszne 11 euro. Kelnerka o imieniu Bojana i urodzie typu jakiejś proszę ja ciebie fę fatal z Jamesa Bonda pozwoliła nam rozłożyć scrabble, więc pławiliśmy się w tym przepychu i wschodzącym słońcu przez dobre 1,5 godziny. Taras dzielili z nami greccy zawodnicy drużyny water polo w biało niebieskich dresach i ciemnych okularach. Z troską donoszę, że niektórzy z nich palili szlugi, a wszyscy wyglądali jakby w to water polo grali przez całą noc bez przerwy. Wycieńczenie łamane przez zmarnowanie.
Wchodzę do środka skorzystać z toalety i ochłonąć, a tam, w jednej z hotelowych sal na parterze, konferencja: "Supply Chain Benchmarking". Chciałem wejść i wrzasnąć: "Sustainable development!!!", ale bałem się, że iluminacja, której doznają słuchacze kiedy usłyszą po raz pierwszy w swoim życiu te dwa słowa mogłaby otumanić swoim gongiem wszystkie ich zmysły, a cały konferencyjny catering musiałby zostać wybenchmarkowany z powrotem do kuchni.
Po opuszczeniu kawiarni udaliśmy się jeszcze na przyterminalowy trawnik, na którym zachichrywaliśmy się z Basią po raz ostatni do fragmentów książki Adama Wajraka Kuna za kaloryferem, a ja dodatkowo poznałem czasownik "beckenbauern" oznaczający wypowiadanie się bez celu i składu niczym Franz Beckenbauer, z którego delikatnie podśmiechuje się wczorajsza SZ.
Kontuzja gardła wyeliminowała mnie dzisiaj z gry o największą stawkę, ale wspólnie ze swoją koleżanką ("cała czarna" ‒ to nawet dobrze oddaje jej normalny pospacerowy wygląd) z ławki (łóżka) rezerwowych w r-town dopingowaliśmy naszych nowozelandzkich kolegów. Nerve-shredding, if beautiful, stuff. Fot. B. Malinowska.
Wchodzę do środka skorzystać z toalety i ochłonąć, a tam, w jednej z hotelowych sal na parterze, konferencja: "Supply Chain Benchmarking". Chciałem wejść i wrzasnąć: "Sustainable development!!!", ale bałem się, że iluminacja, której doznają słuchacze kiedy usłyszą po raz pierwszy w swoim życiu te dwa słowa mogłaby otumanić swoim gongiem wszystkie ich zmysły, a cały konferencyjny catering musiałby zostać wybenchmarkowany z powrotem do kuchni.
Po opuszczeniu kawiarni udaliśmy się jeszcze na przyterminalowy trawnik, na którym zachichrywaliśmy się z Basią po raz ostatni do fragmentów książki Adama Wajraka Kuna za kaloryferem, a ja dodatkowo poznałem czasownik "beckenbauern" oznaczający wypowiadanie się bez celu i składu niczym Franz Beckenbauer, z którego delikatnie podśmiechuje się wczorajsza SZ.
Kontuzja gardła wyeliminowała mnie dzisiaj z gry o największą stawkę, ale wspólnie ze swoją koleżanką ("cała czarna" ‒ to nawet dobrze oddaje jej normalny pospacerowy wygląd) z ławki (łóżka) rezerwowych w r-town dopingowaliśmy naszych nowozelandzkich kolegów. Nerve-shredding, if beautiful, stuff. Fot. B. Malinowska.
niedziela, 16 października 2011
r-town redefinicja
Wyobraźcie sobie r-town, w którym woda w otwartych kąpieliskach ma temperaturę niczym ta z basenu przy Rokosowskiej. R-town, w którym rugby i inne (w moim przypadku) telewizyjne sporty schodzą w dalszą, niezrozumiałą dal. R-town, w którym wszystkie leżaki na hotelowej plaży są wolne, a zielona bojka tylko czeka żeby do niej podpłynąć. Ono istnieje (na tym świecie, w październiku), a jego pełne imię to Rodos town, Grecja. Nie Szwecja. Na tych drakońskich leżakach wypada (choć jak wspomniałem nie ma przed kim) pokazać się z poważną prasą zamiast tego internetowego piecemealu. Poniżej wkrótce pojawi się wybór wiadomości z zieloną bojką w tle, ale na razie czas to pieniądz, bo moja szalona siostra wypożyczyła auto i
nie ma aż tak dużo czasu na leżakowanie. Poniżej pojawi się również fotografia dwóch przemiłych osobników, którzy urodą i wdziękiem podbijają greckie serca. Tymczasem: adios, Dionizos udaje się do łóżka.
Ok, już wstał i leci z tym przeglądem jak z błyskawicą:
Time, 17/10/2011, strona 4, list od czytelnika Boba Wilsona z Phoenix, który tak komentuje artykuł o nowym gubernatorze Texasu: "This here Rick Perry you write about sure does seem like a rootin'-tootin', six-gun-shootin', cowboy-bootin' macho man, and he scares the bejeezus out of me on account of we've already been there, done that for eight years with that Bush fella." Strona 36/37, wolny przekład: "Steve Jobs lubił cytować [hokeistę] Wayne'a Gretzkiego: Nie jedziesz tam gdzie leży krążek, tylko tam gdzie będzie leżał. (To że Gretzky być może nigdy tego nie powiedział jest znamienne: skoro Jobs twierdzi, że powiedział, to należy przyjąć, że tak było i koniec)." Der Spiegel, 10/10/2011, też na kilkunastu stronach wspomina Jobsa. Strona 72, wolny przekład wypowiedzi Steve'a "the other Steve" Wozniaka: "Wiele osób wierzy, że w 1975 roku pierwszego Apple'a naprawdę zmajstrowaliśmy w garażu. Prawdopodobnie myli im się nasza historia z historią Billa Hewletta i Davida Packarda, którzy w 1939 roku w Palo Alto naprawdę zaczynali w garażu. Prawdopodobnie niezbyt aktywnie wyprowadzaliśmy tych ludzi z błędu. Może ich nawet w niego wprowadzaliśmy. Pasowała nam dosyć ta opowieść do naszego własnego kramu." I wreszcie Newsweek (dowiedziałem się dzięki tym wakacjom, że to jest amerykańska gazeta!), 17/10/2011, strona 62, Dan Ephron pisze o najnowszej książce Amosa Oz Hada, o którym rzecz jasna pierwsze słyszę. Otóż to jest taki pisarz izraelski, który przypomina mi trochę Marka Edelmana i chyba w związku z tym sięgnę po którąś jego pozycję. Tymczasem ostrożnie zmieniam własną pozycję. Przewracam sie na bok i już staję (leżę) w opozycji do swojej poprzedniej pozycji.
Z kalendarza greckiej wyprawy: 16 października 2011, tata z bliźniakami, czyli najfajniejsi na półwyspie Prasonisi. Fot. Iris B.
Ok, już wstał i leci z tym przeglądem jak z błyskawicą:
Time, 17/10/2011, strona 4, list od czytelnika Boba Wilsona z Phoenix, który tak komentuje artykuł o nowym gubernatorze Texasu: "This here Rick Perry you write about sure does seem like a rootin'-tootin', six-gun-shootin', cowboy-bootin' macho man, and he scares the bejeezus out of me on account of we've already been there, done that for eight years with that Bush fella." Strona 36/37, wolny przekład: "Steve Jobs lubił cytować [hokeistę] Wayne'a Gretzkiego: Nie jedziesz tam gdzie leży krążek, tylko tam gdzie będzie leżał. (To że Gretzky być może nigdy tego nie powiedział jest znamienne: skoro Jobs twierdzi, że powiedział, to należy przyjąć, że tak było i koniec)." Der Spiegel, 10/10/2011, też na kilkunastu stronach wspomina Jobsa. Strona 72, wolny przekład wypowiedzi Steve'a "the other Steve" Wozniaka: "Wiele osób wierzy, że w 1975 roku pierwszego Apple'a naprawdę zmajstrowaliśmy w garażu. Prawdopodobnie myli im się nasza historia z historią Billa Hewletta i Davida Packarda, którzy w 1939 roku w Palo Alto naprawdę zaczynali w garażu. Prawdopodobnie niezbyt aktywnie wyprowadzaliśmy tych ludzi z błędu. Może ich nawet w niego wprowadzaliśmy. Pasowała nam dosyć ta opowieść do naszego własnego kramu." I wreszcie Newsweek (dowiedziałem się dzięki tym wakacjom, że to jest amerykańska gazeta!), 17/10/2011, strona 62, Dan Ephron pisze o najnowszej książce Amosa Oz Hada, o którym rzecz jasna pierwsze słyszę. Otóż to jest taki pisarz izraelski, który przypomina mi trochę Marka Edelmana i chyba w związku z tym sięgnę po którąś jego pozycję. Tymczasem ostrożnie zmieniam własną pozycję. Przewracam sie na bok i już staję (leżę) w opozycji do swojej poprzedniej pozycji.
Z kalendarza greckiej wyprawy: 16 października 2011, tata z bliźniakami, czyli najfajniejsi na półwyspie Prasonisi. Fot. Iris B.
niedziela, 9 października 2011
AZS moves like Jagger
Nawet jeżeli Trefl Sopotowcy wzięli do Warszawy zaświadczenia, to i tak nie było im łatwo zagłosować. Nie było łatwo, bo właśnie dzisiaj musieli zmierzyć się z Politechniką Warszawską na Torwarze. Niektórzy gracze tej Politechniki są tak młodzi, że ledwo w ogóle mogą głosować. Ale w kosza dają radę, nawet jeśli Treflowi dziś nie dali. Razem z Piotrkiem i Marcinem byliśmy naocznymi świadkami pierwszych w życiu punktów Mateusza Ponitki w dorosłej Tauron Basket Lidze. Jeżeli Mateusz dojdzie do sławy (jaka mu pisana), to nikt naszej trójce legendarnych irlandzkich Praetoriansów już tego punktu (jego punktów) z cv nie wykreśli.
Niezmordowane bbc.com pisze o pięciokilometrowej plamie oleju w nowozelandzkiej Bay of Plenty. Mój lingwistyczny zysk z tej nieprzyjemnej informacji: slick (n) – plama oleju; to run aground – osiadać na mieliźnie; an all-out effort – wysiłek typu dzisiejsza obrona AZS Politechnika Warszawska; salvage – ocalać, zwłaszcza mienie lub statek. To słówko kojarzy mi się z szeroko rozumianym damage control, która jest naturalną reakcją na każdy disaster. Dodam do tego dwa lingwistyczne zarobki z minionego tygodnia z warszawskiego metra: to sing off the same hymn sheet (to jest to co różne nowozelandzkie instytucje państwowe i grecki operator rozbitego tankowca powinny robić w tej chwili), oraz mealy-mouthed (to z kolei rodzaj wypowiadania się, który musi być kuszący dla każdego rzecznika poważnej instytucji pytanego jak poważne konsekwencje dla środowiska będzie miał wypadek w zatoce).
Jedną z rzeczy, która ominie ludzi z powodu lockoutu w NBA (jak zwykle genialny Charles nie potrzebował dużo czasu, żeby podsumować cały ambaras tu) jest piosenka Maroon 5 Moves like Jagger ft. Christina Aguilera. Jest wyśmienita: po prostu stworzona dla przerw w grze. Stała się hitem kiedy miniony sezon NBA już się skończył, a za rok kiedy liga ruszy z powrotem już nie będzie taka świeża żeby puszczać ją do upadłego w trakcie rozgrzewek i time-outów. Oby trafiła przynajmniej do repertuaru oprawy meczów Politechniki w tym sezonie.
Kanapa Roni (na zdjęciu poza wyborcza naszego psa w obiektywie BM) miała w tym tygodniu wielu znakomitych gości. We wtorek tuż po przedstawieniu Zimy Żal odwiedziła nas cała ośmioosobowa ekipa Ludwika! A dziś urodziny ma Mama! Mam nadzieję, że spędziła miły dzień w trasie oraz że ucieszy się z naszego symbolicznego prezentu jak wróci.
Niezmordowane bbc.com pisze o pięciokilometrowej plamie oleju w nowozelandzkiej Bay of Plenty. Mój lingwistyczny zysk z tej nieprzyjemnej informacji: slick (n) – plama oleju; to run aground – osiadać na mieliźnie; an all-out effort – wysiłek typu dzisiejsza obrona AZS Politechnika Warszawska; salvage – ocalać, zwłaszcza mienie lub statek. To słówko kojarzy mi się z szeroko rozumianym damage control, która jest naturalną reakcją na każdy disaster. Dodam do tego dwa lingwistyczne zarobki z minionego tygodnia z warszawskiego metra: to sing off the same hymn sheet (to jest to co różne nowozelandzkie instytucje państwowe i grecki operator rozbitego tankowca powinny robić w tej chwili), oraz mealy-mouthed (to z kolei rodzaj wypowiadania się, który musi być kuszący dla każdego rzecznika poważnej instytucji pytanego jak poważne konsekwencje dla środowiska będzie miał wypadek w zatoce).
Jedną z rzeczy, która ominie ludzi z powodu lockoutu w NBA (jak zwykle genialny Charles nie potrzebował dużo czasu, żeby podsumować cały ambaras tu) jest piosenka Maroon 5 Moves like Jagger ft. Christina Aguilera. Jest wyśmienita: po prostu stworzona dla przerw w grze. Stała się hitem kiedy miniony sezon NBA już się skończył, a za rok kiedy liga ruszy z powrotem już nie będzie taka świeża żeby puszczać ją do upadłego w trakcie rozgrzewek i time-outów. Oby trafiła przynajmniej do repertuaru oprawy meczów Politechniki w tym sezonie.
Kanapa Roni (na zdjęciu poza wyborcza naszego psa w obiektywie BM) miała w tym tygodniu wielu znakomitych gości. We wtorek tuż po przedstawieniu Zimy Żal odwiedziła nas cała ośmioosobowa ekipa Ludwika! A dziś urodziny ma Mama! Mam nadzieję, że spędziła miły dzień w trasie oraz że ucieszy się z naszego symbolicznego prezentu jak wróci.
niedziela, 2 października 2011
wybory 2011 czyli łabędzi śpiew Argentyny
Witam państwa w wydaniu wyborczym wiadomości. To nie do wiary, ale w samym epicentrum r-town znajduje się kiosk (bez)ruchu, którego właściciel zdaje się mieć podwyższony współczynnik pokiełbaszenia w mózgu. Byłem w środku (niestety nie jego mózgu) dwa razy i za każdym razem ów człowiek opowiadał klientom historie o nie istniejących już w Polsce Polakach. Lub o istniejących w surplusie Niepolakach. Zacząłem ten kiosk podejrzewać o brak zaufania do niepolskości i obdarzyłem go wotum nieufności. Otóż od dobrego miesiąca na szybie kiosku od strony bądź co bądź reprezentacyjnej dla r-town ulicy Pruszkowskiej wisi poster wyborczy Ryszarda Kalisza umazany kupą. Doszedłem do wniosku, że ta niezmyta kupa jest niezbita. To znaczy jest niezbitym dowodem na to, że trwa wojna tego kioskarza z przeciwnikami jego losu. Myśli sobie: ha, skoro już SLD wykupiło to miejsce w srebrnej alu-ramce to teraz niech mają! Jak dobrze, że jakiś dobry człowiek posmarował plakat kupą. Jak dobrze, że plakat wisi nie dość, że na szybie mojego kiosku, to jeszcze tuż przy jedynym w okolicy bankomacie. Niech jak najwięcej ludzi porzyga się na swoje obsrane pieniądze i niech broń Boże nikt nie wchodzi do mnie do kiosku coś kupić. Chyba, że będą chcieli wejść zwymiotować.
Może ja czegoś nie rozumiem (mało prawdopodobne) i jest jakieś inne wytłumaczenie tej ponadmiesięcznej kupy witrynowej. W każdym razie: this shit beggars belief.
Na koniec wątku wyborczego prognoza: wydaje mi się, że PO ma większą przewagę nad PiS niż pokazują niektóre sondaże. To taka konserwatywna (conservative) prognoza, ale i tak chcę być z niej rozliczony w swoim czasie.
Płynnie przechodzę do Żoliborskiej bohemy.
- Czy może pan pilnować przyjaciela, bo właśnie prawie nasikał mi na buty.
Powiedział bez złości pewien mężczyzna do właściciela małego białego szorstkowłochatego milusia w czwartek w Żywicielu. A pan tego pieska (jak na restaurację Żywiciel przystało) był młodym nieogolonym designerem, w okularach, czapce, trampkach, trochę (wspólnie ze swoim komputerem MacBookiem Pro) zajętym rozmową z klientem. Bierze swojego pieska za mordkę i pieszczotliwie potrząsając nią mówi:
- Ziggy co to jest? Co to jest? No co to jest?
Pies oczywiście nie ma pojęcia o co chodzi. W każdym razie jest zachwycony, że pańcio zwrócił na niego uwagę. Pomyślałem, że ten zwrot "co to jest" jest takim uniwersalnym zaklęciem wypowiadanym przez właścicieli do swoich zwierząt. Mają go rozumieć tak: "Nic ci nie grozi, miły z ciebie urwis, ale na razie muszę poudawać groźnego, żeby spławić tego histeryka". A pies myśli "Przecież wiem, zresztą już miałem milion myśli w mózgu przez ostatnich 15 sekund, więc w zasadzie nic nie pamiętam, ale póki do mnie gadasz, to jesteśmy w dobrej formie."
Może ja czegoś nie rozumiem (mało prawdopodobne) i jest jakieś inne wytłumaczenie tej ponadmiesięcznej kupy witrynowej. W każdym razie: this shit beggars belief.
Na koniec wątku wyborczego prognoza: wydaje mi się, że PO ma większą przewagę nad PiS niż pokazują niektóre sondaże. To taka konserwatywna (conservative) prognoza, ale i tak chcę być z niej rozliczony w swoim czasie.
Płynnie przechodzę do Żoliborskiej bohemy.
- Czy może pan pilnować przyjaciela, bo właśnie prawie nasikał mi na buty.
Powiedział bez złości pewien mężczyzna do właściciela małego białego szorstkowłochatego milusia w czwartek w Żywicielu. A pan tego pieska (jak na restaurację Żywiciel przystało) był młodym nieogolonym designerem, w okularach, czapce, trampkach, trochę (wspólnie ze swoim komputerem MacBookiem Pro) zajętym rozmową z klientem. Bierze swojego pieska za mordkę i pieszczotliwie potrząsając nią mówi:
- Ziggy co to jest? Co to jest? No co to jest?
Pies oczywiście nie ma pojęcia o co chodzi. W każdym razie jest zachwycony, że pańcio zwrócił na niego uwagę. Pomyślałem, że ten zwrot "co to jest" jest takim uniwersalnym zaklęciem wypowiadanym przez właścicieli do swoich zwierząt. Mają go rozumieć tak: "Nic ci nie grozi, miły z ciebie urwis, ale na razie muszę poudawać groźnego, żeby spławić tego histeryka". A pies myśli "Przecież wiem, zresztą już miałem milion myśli w mózgu przez ostatnich 15 sekund, więc w zasadzie nic nie pamiętam, ale póki do mnie gadasz, to jesteśmy w dobrej formie."
Jesień w r-town wypiękniała wraz z przyjazdem Franka. Ten gruboskórniak już dwa razy zdążył rozwalić nas w scrabble. Nie wyszedłbym po tym z depresji, gdyby nie świadomość, że w przyszłą niedzielę na wyborców powracających od urn (w tym na mnie i jak mniemam na tego kioskarza) czeka ćwierćfinał Rugby World Cup 2011, Nowa Zelandia – Argentyna w Auckland. Awesome.
niedziela, 25 września 2011
gdzieś na Żoli dziecino
Tytuł z klasyka, Muńka Staszczyka, który z pewnością nie posiadłby się ze szczęścia, gdyby wiedział co robiłem dzisiaj na Żoli. W mieszkaniu Marty, Marcina i Filipa odzyskiwałem wiarę w sprawiedliwość, kiedy na boisko wybiegał zdrowy Contepomi, a Argentyna wracała z dalekiej podróży. Później, już na Mokotowie, spotkaliśmy się z Homikami i ich piękną Marysią. Papież zakończył wizytę w Niemczech, która ponoć rozczarowała (bo mówił o równouprawnieniu, którego w samym kościele niewiele, bo mówił o ekologii, ale mówił naokoło, a sz.de to wszystko oczywiście wypunktowała tu). Tak jak wypunktowała pewnego starego zbrodniarza wojennego, który zaszył się w Punta Arenas w Chile (jak dobrze, że Francuz wraca już za chwilę!), kryzys ekonomiczny w Europie, oraz zapotrzebowanie ARD i ZDF na dodatkowe wpływy z abonamentu TV, czyli 1,5 miliarda Euro między 2013 a 2016. Obie telewizje otrzymują rocznie 7,3 miliarda Euro z budżetu federalnego i tworzą najpotężniejszy quasi-państwowy aparat medialny świata. Jakby powiedział William Connor: you wouldn't read about it.
Poza tem w sobotę byliśmy u Ludwika w Białołęce: to co wyczynia pies Szemrak jest nie do opisania, nawet piórem tak lekkim jak ten warkocz ze sznurka, który ów Szemrak potrafi ściągnąć z gałęzi na drugim metrze. Drugim metrze wysokości pnia, po którym chodzi! Z kolei w piątek po pracy poznaliśmy architektów z Vancouver, Wojtka i Betę. Jak sobie myślę o tych wszystkich spotkaniach to dociera do mnie, że my nie mamy życia, tylko łóżko z płatków róż. A jeżeli kogoś nie uśpił ten wpis to jako nagrodę (a purely symbolic gesture) za dotarcie aż tu, polecam coś naprawdę dobrego: Meta World Peace i Peta Murgatroyd on Jimmy Kimmel live.
Tutaj żoliborsko-poranny (a wellingtońsko-wieczorny) Lucas Amorosino zadaje decydujący cios w deszczu, fot. rugbyworldcup.com.
niedziela, 18 września 2011
wycieńczony joe idzie spać
i ani słowa więcej. Tak człowiek obiecuje gdy chce mu się spać. Potem jednak decyduje się opisać dwie sceny z życia. Pierwsza scena, z poniedziałku, 19-go września. Nowozelandzki profesor Peter Russell ląduje w Auschwitz i około godziny 14-tej wprowadza do organizmu snickersa w przymuzealnym sklepie. Potem nie zje już nic, aż do nieprzytomnej zupy z dyni o 5 rano w r-town. Ale zanim to nastąpi musi się dostać z Oświęcimia do Krakowa. W Krakowie między 20 a 21 ciąg dalszy dramatu. Wspominany wcześniej na tym blogu nieoceniony Mikołaj Bielański, dopiero wylizujący się z ran po locie z Mnicha w Tatrach, wreszcie znajduje "mojego" gościa, mimo, że szuka wyższego od siebie człowieka w czapce, bez wąsów, o imieniu Jack Russell (tego Jacka wymyślił sam, reszta to moje wskazóweczki). Czasem trudno mi uwierzyć ile ludzie mają do mnie cierpliwości. O mojej żonie nawet tu nie wspomnę (1-sze miejsce).
Scena druga, w Pęcicach, we wtorek, 20-go września. Mama: - Synu włóż może te czekoladki ze stołu profesorowi do pudełka z pozostałymi, to weźmie całe pudełko, a nie w jakiejś siateczce.
Peter Russell, szeptem, szczerze i poważnie, do czekoladek i do siebie: - God, I hope she just said I get to take home all of them.
Jeżeli chodzi o wieczór otwarcia Stadionu Miejskiego we Wrocławiu, to z całego dnia najbardziej podobało mi się to, że porozmawiałem ze swoją siostrą cioteczną przez telefon komórkowy. Czy jakby powiedział Peter Russell: porozmawiałem ze swoim telefonem komórkowym.
(Not) All passion spent: autorzy wybitnego dzieła o Max-sie Frischu po latach, w obiektywie Magdy U. All passion spent to oczywiście tytuł powieści Vity Sackville-West z 1931 roku, adaptowanej później do telewizji przez BBC. Rather wonderful, jakby powiedział wiadomo kto.
Scena druga, w Pęcicach, we wtorek, 20-go września. Mama: - Synu włóż może te czekoladki ze stołu profesorowi do pudełka z pozostałymi, to weźmie całe pudełko, a nie w jakiejś siateczce.
Peter Russell, szeptem, szczerze i poważnie, do czekoladek i do siebie: - God, I hope she just said I get to take home all of them.
Jeżeli chodzi o wieczór otwarcia Stadionu Miejskiego we Wrocławiu, to z całego dnia najbardziej podobało mi się to, że porozmawiałem ze swoją siostrą cioteczną przez telefon komórkowy. Czy jakby powiedział Peter Russell: porozmawiałem ze swoim telefonem komórkowym.
(Not) All passion spent: autorzy wybitnego dzieła o Max-sie Frischu po latach, w obiektywie Magdy U. All passion spent to oczywiście tytuł powieści Vity Sackville-West z 1931 roku, adaptowanej później do telewizji przez BBC. Rather wonderful, jakby powiedział wiadomo kto.
niedziela, 11 września 2011
as time goes by
Sport przestał mieć "jakiś większy sens" odkąd Argentyna poległa wczoraj z Anglią w rugby. O koszykówce nie wspomnę, bo to kolejna rzecz, która połamała mi w tym tygodniu serce. Dlatego po tygodniach posuchy melduję się z tłumaczeniem piosenki pod tytułem As Time Goes By, napisanej przez Hermana Hupfelda w 1931 roku, najbardziej znanej z filmu Casablanca (1942), a śpiewanej później między innymi przez Franka Sinatrę i Billie Holiday.
***
You must remember this | Pamiętaj tę rzecz
A kiss is still a kiss | Pocałunek to pocałunek
A sigh is still (just) a sigh | A westchnienie to westchnienie
The fundamental things apply | Zasadnicze sprawy nie ulegają zmianie
As time goes by | Choć czas ucieka niczym porwani w Tiutiurlistanie
And when two lovers woo | A gdy dwoje kochanków ma się ku sobie
They still say: "i love you" | To niezmiennie mówią "Kocham cię" mój kochanku
On that you can rely | Jak w banku
No matter what the future brings | Niezależnie od tego co dalej
As time goes by | Choć czas wyprzedza auta z Jerozolimskich Alej
Moonlight and love songs - never out of date | Światło księżyca i piosenki miłosne - zawsze w modzie
Hearts full of passion - jealousy and hate | serca pełne namiętności - zazdrość i nienawiść
Woman needs man - and man must have his mate | Kobieta potrzebuje mężczyzny - a mężczyzna też nie lubi być sam na lodzie
That no one can deny | To są fakty, mociumpaństwo
It’s still the same old story | To jest wciąż ta sama stara historia
A fight for love and glory | Walka o miłość i chwałę
A case of do or die | Wóz albo przewóz
The world will always welcome lovers | Świat zawsze będzie kochał zakochanych
As time goes by | Choć czas pogania konie swe*
***
*To zabrałem Puszkinowi (Wóz Życia, przekład Julian Tuwim); ostatni wers mógłby też brzmieć: Tych od pocałunków i baniek mydlanych.
Bryan Ferry z żoną śpiewają As Time Goes By do śniadania w r-town. Rońka zatyka łapami uszy.
***
You must remember this | Pamiętaj tę rzecz
A kiss is still a kiss | Pocałunek to pocałunek
A sigh is still (just) a sigh | A westchnienie to westchnienie
The fundamental things apply | Zasadnicze sprawy nie ulegają zmianie
As time goes by | Choć czas ucieka niczym porwani w Tiutiurlistanie
And when two lovers woo | A gdy dwoje kochanków ma się ku sobie
They still say: "i love you" | To niezmiennie mówią "Kocham cię" mój kochanku
On that you can rely | Jak w banku
No matter what the future brings | Niezależnie od tego co dalej
As time goes by | Choć czas wyprzedza auta z Jerozolimskich Alej
Moonlight and love songs - never out of date | Światło księżyca i piosenki miłosne - zawsze w modzie
Hearts full of passion - jealousy and hate | serca pełne namiętności - zazdrość i nienawiść
Woman needs man - and man must have his mate | Kobieta potrzebuje mężczyzny - a mężczyzna też nie lubi być sam na lodzie
That no one can deny | To są fakty, mociumpaństwo
It’s still the same old story | To jest wciąż ta sama stara historia
A fight for love and glory | Walka o miłość i chwałę
A case of do or die | Wóz albo przewóz
The world will always welcome lovers | Świat zawsze będzie kochał zakochanych
As time goes by | Choć czas pogania konie swe*
***
*To zabrałem Puszkinowi (Wóz Życia, przekład Julian Tuwim); ostatni wers mógłby też brzmieć: Tych od pocałunków i baniek mydlanych.
Bryan Ferry z żoną śpiewają As Time Goes By do śniadania w r-town. Rońka zatyka łapami uszy.
niedziela, 4 września 2011
silent killerzy w Poniewieży
Nasza piłka. Hrycaniuk 2:0, przyszedł grać. Ten turecki Asik już mnie denerwuje. Asik z rękawa. 2:2 po 3 minutach. Polska gra w obronie jak legendarne PK Comanim, bez kompromisu, bez kompleksu. Wygrywamy 8:5, ten Koszarek to jest jednak generał, nikt nie będzie nim poniewierał. Dobra koncentracja. Kelati trójka nad Türkoğlu! Ale kwarta, tamci senni. 15:9, tamte cwaniaczki biorą czas. 17:14 po pierwszej kwarcie. Turcja jakby miała kłopoty z naszą obroną, kto by pomyślał.
Berisha wpadł na monitor na stoliku sędziowskim, czyli przyszedł grać. 9:07 zostało w drugiej kwarcie, schodzi Koszarek. Zły omen. W Turcji niewidoczny Onan. Berisha za trzy! Mówiłem. Teraz jeszcze faulowany. I jeszcze dwa rzucił. Dla niewtajemniczonych: Dardan Berisha to Polak! Hrycaniuk i jego ruchome zasłony plus pretensje, nieprzytomny. Berisha za trzy!!! Teraz airball, no jakbym patrzył w lustro. 26:25, czas dla Polski. Türkoğlu nie nazywa się Hedo. On ma jakieś tureckie imię! Skibniewski za trzy!!! Cichy morderca, jak ten Berisha. Skibniewski znowu za trzy!!! Komentator:
- Mamy inicjatywę od początku spotkania.
- Tak to wygląda - odpowiada mu drugi komentator, też z niedowierzaniem, potem chwila ciszy, delektujemy się sytuacją: ja, tych dwóch komentatorów oraz może 15 osób na świecie (sądząc po trybunach), które ten mecz ogląda.
Hidayet, tak nazywa się ten Türkoğlu naprawdę. Kelati za trzy!!! 3,5 sekundy do końca kwarty, wzięliśmy czas, obgadaliśmy to, i ten niemożliwy Hrycaniuk trafił z dwutaktu. Dobrze się to ogląda. Do przerwy 39:35 dla nas. Nie pisałem jak tamci rzucali, żeby was nie martwić. W przerwie trener tych Turków nie będzie przebierał w słowach.
Tymczasem w Polsce, na Ochocie: Babcia karmi Rońkę smakołykami z Biedronki.
Grają. Kelati za dwa! Asik złapany na ofensywnym przez Szewczyka. Koszarek do Hrycaniuka! Ale tamci to zabójcy, już remis, Szewczyk dwa razy nie trafił za trzy, to koniec. Hrycaniuk trzeci faul w ataku. W dodatku przeklął pod nosem. Berisha cwaniaczek z autu o plecy Turka, 46:45 dla nas. Lapeta faulował, bronił nie odrywając nóg od ziemi, sportowiec roku. Ale w ataku waleczny.
Berisha za trzy 53:56, ale już dla tamtych diabłów. Matko. Potrzebne zwycięstwo.
Końcówka trzeciej kwarty szczęśliwa. Szewczyk trafił pięć osobistych z rzędu.
Teraz 68:66 dla Turcji, 7 minut do końca. Minął chyba tydzień od poprzedniego zdania. Tydzień nerwów. Koszarek za trzy!!! Remis. 3 minuty do końca. PAMUŁAAAAAAAAA za trzy!!!! Berisha za dwa!!! Nie no, twardziel. 84:83 dla Polski! Jeszcze tamci, 12 sekund. Trójka im nie wchodzi, zbieramy. Ale się cieszą!!! To wygranie jest najważniejsze dla nich samych, dla grupy ludzi, która przyszła grać.
***
Tak to wyglądało w moim sercu na żywo, pisane na kolanie. W ostatnich minutach z podekscytowania niedużo pisałem. Ale na chłodno mogę powiedzieć, że fajnie jest oglądać Polskę, która wygrywa w kosza. Determination, concentration, to były te ich weapons dzisiaj. Ale też fizycznie nie ustępowali. A ten Pamuła!? Czaił się, czaił, już narzekali, że nic nie zrobił (ale przez ten cały czas co niby nic nie robił, nie miał gafy w obronie!), a potem tego asa wyciągnął (kto teraz pamięta o Asiku?), chwilę później byłoby już za późno na płacz.
Słynna czternastka, tu w meczu z Hiszpanią. Fot. FIBA. W przyszłym tygodniu więcej kultury.
niedziela, 28 sierpnia 2011
felipe contepomi
Ile ludzi z utęsknieniem czeka na zdanie, czy choćby dwa słowa? Cokolwiek, dowiedzieć się czegokolwiek. Oto jestem i spieszę donieść o wytęsknionym Pucharze Świata w rugby, który za 11 dni zaczyna się w Nowej Zelandii. Zdradzę komu będę kibicował. Po pierwsze primo Argentynie. Między innymi dlatego, że Basia dwa lata temu kupiła mi ich oryginalną koszulkę, którą uwielbiam nosić. Poza tym ona (Basia, nie koszulka) do dzisiaj nie może zapomnieć tych dni, 4 lata temu w Dublinie, kiedy to z wypiekami na twarzy oglądaliśmy Pumy (tak nazywa się reprezentację Argentyny w rugby) zdobywające brązowy medal na mundialu we Francji. A ja krzyczałem: "Felipeeeeeee..... Contepomi!" za każdym razem jak ten Felipe robił coś godnego pajacowania przed telewizorem. Pamiętam właśnie mecz otwarcia z gospodarzami i momenty kiedy przez długie minuty ci przeklęci Francuzi siedzieli tuż tuż przy linii przyłożenia, ale tamci, twardziele przez duże T, po prostu byli zbyt zdeterminowani i skoncentrowani w obronie. Koncentracja kolektywu w obronie w dowolnym sporcie: to jest temat na poemat.
Druga drużyna, którą obdarzę życzeniami powodzenia to Nowa Zelandia, czyli odpowiednik piłkarskiej Brazylii w rugby. Oni w tym dalekim kraju bardziej potrzebują wygrywania (a właściwie wygrania, i to całości, nie jednego meczu) niż Polska sukcesów w piłce nożnej. To są zranione harty (ducha) o wysokim współczynniku zahartowania. Wirtuozeria, 15-tu Messich wziętych razem zusammen do kupy. Dramat polega na tym, że oni nie wygrali tej całości od 24 lat i cierpią. Jeżeli dane wam będzie zobaczyć nowozelandczyków w akcji, zwróćcie uwagę na ich zachowanie po przyłożeniu (odpowiednik strzelenia bramki w piłce nożnej). Owszem, są poklepywania kolegów i gratulacje, ale nie ma śladu zbiorowej histerii pod przewodnictwem opętanego zdobywcy punktów. Oni robią tylko to, czego i tak wszyscy tam od nich oczekują. Miło się to ogląda.
A w r-town i okolicach? Przeszedłem się Grójecką kilka razy w tym tygodniu i koło placu Narutowicza poczułem to. Poczułem szkołę wiszącą w powietrzu. Poczułem to, że licealiści w głębi ducha nie mogą się doczekać. Poczułem gorącą jesień udającą lato.
A w r-town i okolicach? Przeszedłem się Grójecką kilka razy w tym tygodniu i koło placu Narutowicza poczułem to. Poczułem szkołę wiszącą w powietrzu. Poczułem to, że licealiści w głębi ducha nie mogą się doczekać. Poczułem gorącą jesień udającą lato.
Tej koszykarskiej grupie kolektywna koncentracja w obronie była raczej obca, ale na pewno każdy z fotografii obok, choć 7 lat starszy, umiera z podniecenia przed Rugby World Cup 2011. Na zdjęciu trener, niejaki Mailman, ciągnie za włosy rozgrywającego o pseudonimie Peks. To było pożegnalne spotkanie w mieszkaniu przy ulicy Roxburgh w dzielnicy Mt Victoria w Wellington, dzień przed wylotem do Polski, czyli około 30. marca 2004 roku.
niedziela, 21 sierpnia 2011
zielone jabłko
Mijający tydzień był bliskim spotkaniem z kulturą, a jego punktem kulminacyjnym wczorajszy koncert Marcus+. Ten wpis opowie o tym jak Marcus Miller uczył się grać "Sleep safe and warm" czyli "Kołysankę" Krzysztofa Komedy. Ale napiszę o tym dopiero rano, bo teraz jestem trochę upadły. Historyczność poniższego zdjęcia byle jak bo byle jak, ale może usprawiedliwi jego marną ostrość.
Otóż to było tak. Nękany od wielu tygodni prośbami o wykonanie "Kołysanki" Marcus Miller wchodzi na główną salę Polskiej Filharmonii Bałtyckiej z zielonym jabłkiem (zielone jabłka leżały przez cały tydzień w hotelowej recepcji i można było je sobie brać). Na sali już siedzi Leszek Możdżer: gotowość, profesjonalizm, luz i klasa. Jest trębacz Marcusa, siedzi podmuchując w trąbkę po drugiej stronie sali i rzuca żarty do perkusisty, który już sobie coś przykręca. Saksofonista w tym czasie ćwiczy kopniaki kickbokserskie (ale on łapie wszystkie muzyczne sprawy tak szybko, że pewnie trudno mu się skoncentrować na czymkolwiek, chyba, że jest prawdziwa akcja). Pierwsza rzecz, którą robi Marcus to prosi Leszka żeby mu zagrał (ale na zasadzie, "ok, nie wiem o co chodzi, ale trudno, niech się ode mnie odczepią." Możdżer gra, argentyński klawiszowiec Federico Gonzales Peña (też na zdjęciu) trochę się tym zainteresował, podchodzi do fortepianu. Marcus bierze gitarę i zaczyna podgrywać, dołącza się perkusja. Już jest dobrze dla wszystkich ludzi na sali z polskim obywatelstwem, ale Możdżer im przerywa, robi krótki rys historyczny, nienachalny, w tempo, że to ważny utwór, że to z filmu, że na końcu jest taki moment, że powinna być siła, tamci słuchają. Marcus rzuca tylko perkusiście, że o tę siłę to właśnie on ma zadbać (ale ten perkusista jest na tyle dobry, że bez mówienia wie, że nie może przesadzić). Marcus odstawia gitarę, kończy jabłko, wszyscy jeszcze raz podchodzą do fortepianu. W tym momencie widać, że są kupieni (i skupieni). Jak z tym idą, to już jest naprawdę dobrze. Nawet entourage Marcusa czuje, że coś jest na rzeczy. Samą końcówkę ćwiczą bardzo długo, perkusja jest w sam raz, Federico sam na chwilę siada do fortepianu. A następnego dnia w nocy ćwiczą to jeszcze raz (czytaj kilka razy), na zewnątrz (Możdżerowi zapomnieliśmy powiedzieć, że z powodu pogody nie musi przychodzić na próbę band'u Marcusa, więc przyszedł). Zdecydowanie wszystkim zależy żeby to było na sicherze, tym amerykanom też, i to widać. Pusty plac, hula wiatr, a Ci to grają, litości. No po prostu niezłe momenty.
Weekend w ogóle był dobry, bo na koncert przyjechali Fieders z Kami, spaliśmy sobie w tym hoteliku (to mi trochę przypomniało wycieczkę z roku 2007), a w niedzielę ruszyliśmy na plażę i nawet zrobiliśmy coś co można nazwać plumpen plumpen. Rońka-ratownik sama też walczyła z falami, dzięki czemu nikt nie utonął.
Szczęśliwy ogryzek zielonego jabłka: najbliżej wielkiej akcji.
niedziela, 14 sierpnia 2011
meta world peace
Błyskawica, a nie przegląd prasy. Tempo raz: Ron Artest (zapominalscy z espn.com już zapomnieli o jego nowym imieniu Meta World Peace!? Dramat. Chyba, że go jeszcze oficjalnie nie zmienił, wtedy są usprawiedliwieni) to jest człowiek, którego uwielbiam. Oto artykuł o jego najbliższych planach gry w koszykówkę w UK. Tempo dwa: Robert Vietze, 18-letni narciarz z Warren w stanie Vermont. Powinien trzymać się z dala od alkoholu. Nie uwielbiam go i nie wiem dlaczego ta informacja poszła w szeroko rozumiany świat. Wiem, że moje jej rozpowszechnianie stoi okoniem do poprzedniego zdania, ale mimo to rozpowszechniam. Tempo trzy: Uwielbiam austriacką telewizję śniadaniową. Chyba nie dlatego, że innych telewizji śniadaniowych nie znam: po prostu ta jest naprawdę śmieszna i jakaś autentyczna. Może ci prowadzący są zakochani? Chyba nie, ale są dowcipni. Mam okazję oglądać tę telewizję w luksusowym gdańskim hotelu, którego gościem jestem od wtorku. Uwielbiam też samo gdańsko-kontynentalne śniadanie. Uwielbiam kiedy Basia do mnie przyjeżdża. Tęsknię (w przód) za dniami bez komputera, takimi wakacjami (to bym bardzo uwielbiał gdyby mi się przytrafiło).
I jeszcze słowo o autentyczności. Jest w cenie, bo jest rzadkością. Ta kobieta jest autentyczna, a w dodatku reprezentuje, tak jak Ron, meta world peace. 'Teefin shoe from Footlocker'... to jest ta filozofia!
I jeszcze słowo o autentyczności. Jest w cenie, bo jest rzadkością. Ta kobieta jest autentyczna, a w dodatku reprezentuje, tak jak Ron, meta world peace. 'Teefin shoe from Footlocker'... to jest ta filozofia!
niedziela, 7 sierpnia 2011
czerni, czerni, czerni słupsk
Kto tu zagląda, ta/ten wie, że kulom się nie kłaniam. Ale przychodzi moment, że i ja muszę skręcić w komercyjny blichtr, złamać się, sprzedać nagłówkom pierwszych stron gazet. Tym razem robię to wyłącznie na prośbę jednej z najwierniejszych czytelniczek. Oto moje tłumaczenie piosenki Amy Winehouse pod tytułem Back to Black.
He left no time to regret | Nie zostawił czasu na żale
Kept his dick wet | Siusiakowi nie daje wyschnąć
With his same old safe bet | z tą swoją starą lafiryndą
Me and my head high | Ten mój pseudo-fason
And my tears dry | I wyschnięte łzy
Get on without my guy | Radź tu sobie bez mojego faceta
You went back to what you know | Ty wróciłeś do tego co znasz
So far removed from all that we went through | tak bardzo dalekiego od wszystkiego co razem przeszliśmy
And I tread a troubled track | A ja stąpam po mętnej wodzie
My odds are stacked | Marne te moje widoki
I'll go back to black | Wrócę w czerń
We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to..... | A ja wracam do.....
I go back to us | Ja wracam do nas
I love you much | Kocham cię bardzo
It's not enough | Nie wystarczająco
You love blow and I love puff | Ty kochasz kokainę, ja kocham marihuanę
And life is like a pipe | Życie jest jak fajka
And I'm a tiny penny rolling up the walls inside | A ja jestem małym grosikiem toczącym się po czterech ścianach
We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to..... | A ja wracam do.....
Black, black, black, black, black, black, | czerni, czerni, czerni, czerni, czerni, czerni,
I go back to | Ja wracam do
I go back to | Ja wracam do
We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to | A ja wracam do
We only said good-bye with words | Pożegnaliśmy się tylko słowami
I died a hundred times | Umarłam sto razy
You go back to her | Ty wracasz do niej
And I go back to black | A ja wracam w czerń
***
Mijający tydzień był tygodniem sportu. Wypełniłem swoje basenowe minimum olimpijskie, byliśmy z Basią w sobotę na jodze, a dziś jeździliśmy na rowerach i graliśmy w badmintona niedaleko Kazimierza Dolnego. Świat i ludzie. I to jacy: ugościli nie dość, że nas, to jeszcze naszego uciążliwego potwora. I wszystko z uśmiechem na twarzy.
Niezwykły dom, w którym spędziliśmy miłą noc. Fot. iphone Basi.
niedziela, 31 lipca 2011
chaos: dzieci lepią bałwana
SPD ostrzega FDP: muszą uważać żeby nie stać się niemieckim odpowiednikiem Tea Party (czyli najbardziej republikańskich z republikanów). Na co jeden z FDP-owców (Lasse Becker) odciął się na łamach sz.de, że tamci powinni się napić filiżankę na uspokojenie zanim podobne rzeczy puszczą przez mikroporty. To mnie nawet trochę rozśmieszyło, bo porównanie jest rzeczywiście raczej nietrafione. Każdy wie, że w Stanach najbardziej socjalistyczni demokraci są bardziej wolnorynkowi niż najwięksi liberałowie w Niemczech, to jest ta różnica między Stanami a Europą. Ale możliwe (choć samemu trudno mi w to uwierzyć), że nie dość się na tym znam, żeby o tym rozsądzać.
Mam informację z pierwszej ręki: w dzień urodzin mojego brata miała miejsce najniższa temperatura w Wellington od wprowadzenia pomiarów w latach 1940-tych. Potwierdza to ten artykuł: 4,4 stopnia o 11 rano nieopodal uniwersytetu. W tamtejszych mediach królują dzieci lepiące bałwana i słowo "chaos" (jego nadużywanie to normalna nowozelandzka reakcja na śnieg na Wyspie Północnej i na nizinach Wyspy Południowej).
A w kraju (w Żywicielu) przeczytałem w tym tygodniu wywiad Zbigniewa Hołdysa z Wojciechem Jaruzelskim. I spodobał mi się. Wywiad minimalnie bardziej niż Jaruzelski, ale minimalnie.
Wbrew własnej woli żyję na krawędzi. Oto przykład, pierwszy z brzegu, brzeg to w końcu rodzaj krawędzi: wracamy z Basią z Warszawianki w piątek wieczorem, skręcamy w prawo w Puławską, dzwoni ten niemożliwy Fieders. Odbieram, choć za nami policja, konwersujemy o pożyczonym materacu, gliny skręcają w Malczewskiego. Już ich nie mam na ogonie, ale wciąż mnie widzą, ja tymczasem z prawego pasa o 180 stopni przez tory w lewo w tył zwrot i znowu w Pułkę. Następnie w konwencji "z kim ja jestem?" zostaję upomniany przez Basię, że "mógłbym też może włączyć światła." I to wszystko się dzieje tutaj, w tym mieście, mokotowski Miami Vice 2011. Wyszliśmy z tego w jednym kawałku. Na koniec obrzuciłem Basię spojrzeniem jakie znał tylko Tubbs (obrzucał go nim Sonny Crockett): "Po co te nerwy, człowieku, jestem twardzielem, na imię mi Sonny, nad wszystkim panujemy, ciamajdy nas nie dorwą. Choćby dlatego, że to my jesteśmy policjantami i to my ich dorwiemy."
Śnieg od strony Eastbourne w Wellington 25. lipca 2011 roku. W kuchni (tu w r-town) mamy widelec, którym jadłem przyrządzone przez siebie stir-fry właśnie w Eastbourne w grudniu 2002 roku.
Chaos, chaos i jeszcze raz chaos.
Fot. Craig Simcox/Dominion Post
niedziela, 24 lipca 2011
wartość dodana odsłuchana
Przesiaduję to pseudolato przed komputerem, to trochę smutne. Ale praca przynosi mi ostatnio całe mnóstwo muzycznych przeżyć, którymi w tę niedzielę chętnie się podzielę.
Co mnie tknęło można podsłuchać, wystarczy kliknąć:
seanjonesmusic.com
Co mnie tknęło można podsłuchać, wystarczy kliknąć:
seanjonesmusic.com
Wchodzę na te strony nie w celu słuchania, ale tak już to ktoś wymyślił, że idzie ta muzyka do ucha i można wpaść w zadumę. Albo na przykład dzisiaj do obiadu z Basią puściliśmy płytę Komeda Leszka Możdżera (2011), którą znalazłem pod myszką pęcickiego komputera. Wydawnictwo ACT z Monachium, jakiegoś koszmarnego wstydu nie ma. Kultura i pewien, jakby powiedział Wojtek, byle jaki, bo byle jaki, ale jednak poziom. Rodacy, wracam do pracy. Podzielę się jeszcze tylko tym zdjęciem:
Oto Matt Guineo, zwycięzca konkursu na człowieka najbardziej podobnego do Ernesta Hemingwaya. Konkurs odbył się dzisiaj w Key West na Florydzie. To był 12 start Matta w tych zawodach, pierwsze zwycięstwo. Pokonał 120-tu przeciwników, całuje go jego kolega po piórze. Fot. AFP, źródło sz.de.
niedziela, 17 lipca 2011
bracia Laudrup w klubie Plazma
Od środy do piątku byłem w Charkowie. Trzydziestostopniowy, bezchmurny Charków ma w sobie coś z Nowego Jorku (dużo rzeczy sporych rozmiarów) i z krajów Ameryki Południowej (dużo dezynwoltury). Ale na przykład samochody w centrum miasta nie wskazują na biedę.
Centrum treningowe klubu FC Metalist też nie. Zwiedzaliśmy ten obiekt (będzie gościł jedną z drużyn podczas Euro 2012) z wspominanym wcześniej Jackiem. Na siłowni, tuż obok ruskiej bani, ćwiczył sobie Milan Obradović z Serbii, obrońca Metalista, były piłkarz Borussii Mönchengladbach.
Trochę wcześniej Jacek opowiadał, że jego żona (żona Jacka, nie Obradovića) nauczyła ich psa turlać się na komendę – naprawdę byłem gotowy turlać się po jednym z boisk do piłki plażowej (na komendę) ze szczęścia, że zobaczyłem żywego piłkarza FC Metalista trenującego na siłowni.
Nie zrobiłem tego. W delegacji (w moim przypadku) warto trzymać te najsilniejsze emocje piłkarskie jak najgłębiej. Jak najgłębiej, ale w pogotowiu.
W czwartek wieczorem Jacek wyrwał mnie do klubu nocnego Plazma. Sam siebie oszukiwał mówiąc, że tylko po to, żebym miał o czym napisać na blogu. Za 300 hrywien wykupiliśmy możliwość siedzenia przy stoliku z byłym milicjantem, który tej nocy był również naszym taksówkarzem i ochroniarzem (poszedł ze mną do toalety, wydaje mi się, że z poczucia obowiązku). Na koniec zadzwoniła do niego mama spytać gdzie (i z kim) się szwenda.
Wczoraj w kinie (już nie w Charkowie) spotkaliśmy Mikołaja, i mieliśmy taki fajny piłkarski moment: Jedna z głównych bohaterek duńskiego filmu "W lepszym świecie" mówi swojemu mężowi przez telefon żartem (takim gorzkim, świetnym), że jest w klubie z braćmi Laudrup (mimo, że siedzi sama w domu). No i jak to powiedziała, to w myślach przybiliśmy z Mikersem piony, bo my jesteśmy z tego właśnie złotego pokolenia podziwiaczy Laudrupów.
Teraz żeby chronić oczy własne i czytelników zakończę ten wpis (czytaj: z poczucia obowiązku).
Jeszcze tylko zdjęcie Leo Messiego, który nie uratował Argentyny w Copa America. Może dlatego Rońka chodzi taka nadąsana, obszczekuje cały Bogu ducha winny świat.
Centrum treningowe klubu FC Metalist też nie. Zwiedzaliśmy ten obiekt (będzie gościł jedną z drużyn podczas Euro 2012) z wspominanym wcześniej Jackiem. Na siłowni, tuż obok ruskiej bani, ćwiczył sobie Milan Obradović z Serbii, obrońca Metalista, były piłkarz Borussii Mönchengladbach.
Trochę wcześniej Jacek opowiadał, że jego żona (żona Jacka, nie Obradovića) nauczyła ich psa turlać się na komendę – naprawdę byłem gotowy turlać się po jednym z boisk do piłki plażowej (na komendę) ze szczęścia, że zobaczyłem żywego piłkarza FC Metalista trenującego na siłowni.
Nie zrobiłem tego. W delegacji (w moim przypadku) warto trzymać te najsilniejsze emocje piłkarskie jak najgłębiej. Jak najgłębiej, ale w pogotowiu.
W czwartek wieczorem Jacek wyrwał mnie do klubu nocnego Plazma. Sam siebie oszukiwał mówiąc, że tylko po to, żebym miał o czym napisać na blogu. Za 300 hrywien wykupiliśmy możliwość siedzenia przy stoliku z byłym milicjantem, który tej nocy był również naszym taksówkarzem i ochroniarzem (poszedł ze mną do toalety, wydaje mi się, że z poczucia obowiązku). Na koniec zadzwoniła do niego mama spytać gdzie (i z kim) się szwenda.
Wczoraj w kinie (już nie w Charkowie) spotkaliśmy Mikołaja, i mieliśmy taki fajny piłkarski moment: Jedna z głównych bohaterek duńskiego filmu "W lepszym świecie" mówi swojemu mężowi przez telefon żartem (takim gorzkim, świetnym), że jest w klubie z braćmi Laudrup (mimo, że siedzi sama w domu). No i jak to powiedziała, to w myślach przybiliśmy z Mikersem piony, bo my jesteśmy z tego właśnie złotego pokolenia podziwiaczy Laudrupów.
Teraz żeby chronić oczy własne i czytelników zakończę ten wpis (czytaj: z poczucia obowiązku).
Jeszcze tylko zdjęcie Leo Messiego, który nie uratował Argentyny w Copa America. Może dlatego Rońka chodzi taka nadąsana, obszczekuje cały Bogu ducha winny świat.
niedziela, 10 lipca 2011
szeferska szrama
Muhammad Ali wysłał Dirkowi Nowitzkiemu swoją rękawicę z napisem "You are the greatest". Kto się zastanawia czy to jest ważne czy nie, odpowiadam: nie ma nic ważniejszego. Cały naprawdę dobry wywiad jest tutaj.
Tymczasem w Polsce interesujące zdarzenie miało miejsce w 175-ce, którą jechałem w środę, kierunek lotnisko. Na przystanku Dworzec Centralny dosiada się 6 osób z plecakami. Garderoba typu power-trekking. Z łatwością zgaduję kto jest kierownikiem. Animuje (w sensie nie milknie), ma t-shirt z napisem "Come to Daddy", powisuje na poręczach, jest podobny do Carlesa Puyola z FC Barcelony, a trochę też do Janusza Panasewicza z Lady Pank. Jednej z uczestniczek cudem udaje się wejść mu w słowo:
- A jak u pana z rosyjskim?
- Ocień charaszo, spasiba, buhahaha. (Wywraca oczami, macha ręką w sensie: "proszę cię, o jakie duperele ty się mnie pytasz". Kręci głową, chyba daje do zrozumienia, że to by była cała znajomość języka; pozostali patrzą po sobie nerwowo. Pewnie lecą na wschód, albo przynajmniej mają dłuższą przesiadkę w Rosji).
Inny uczestnik próbuje rozładować atmosferę:
- No bo język się zapomina, kiedyś na wycieczce w Egipcie, na promie, próbowałem zagadnąć pewnego Ruska, chciałem porozmawiać o aparatach fotograficznych (!?), no i słów brakowało.
- No tak, nie używany organ obumiera – dowcip nie opuszcza przewodnika; puszcza oko do męskiej części wycieczki.
Któraś z dziewczyn też idzie w żart, byle przerwać dyskomfort wspólnego czasu, kieruje słowa do swojego kolegi, też uczestnika:
- A my Marek, wiesz, jedziemy na Okęcie, do naszego ziomka. To lotnisko im. Fryderyka Chopina.
Przewodnik:
- O Jezu, muzycy? (Dziewczyna potwierdza, więc znowu wywrót oczu, czytaj "MacGyver będzie miał z wami krzyż pański").
Tu następuje koniec złudzeń: na twarzy skazańców czytam: zapłaciliśmy x-tysięcy złotych za kilkutygodniowy Shawshank. Nie dojechaliśmy jeszcze nawet do naszego ziomka, Fryderyka Chopina, już jest dramatycznie, co dopiero będzie dalej (na Kaukazie, Uralu, w Himalajach).
W tym momencie postanawiam, że napiszę o tym na blogu i przestaję się nimi interesować. Wracam do autobusowej lektury (Józef Hen). Po dosłownie kilku minutach dochodzę do cytatu z dziennika Beniamina Constanta: "Powtarzam, ponieważ pisałem to sto razy, a myślałem tysiąc: ludzie są jedni dla drugich odmiennym gatunkiem i nie mogą się wzajem oceniać."
Wczoraj byliśmy na spływie rzeką Rawką w okolicach Skierniewic. Wymyślili to Przemek i Kasia, a Basi udało się pokonać tonę sceptyczności dyżurnego sceptyka r-town. Dzięki ludziom wiary i on przeżył niezwykłą przygodę. Rońka wyskakiwała z naszej jednostki na brzeg (czasem nie doskakiwała) przy prędkości wielu węzłów, były momenty jakiegośtam nazwijmy to sobie zanurzenia ciała, mam szeferską szramę na plecach, no ale kto uwierzy nawet w taką, podaną z odpowiednim British understatementem informację? Na mokrym spływie nikt rozsądny nie robi zdjęć, na facebooku nie ma śladu, wątek zgubił się w gęstej trawie.
Albo przeszedł na pole słonecznych paneli pod Sevillą. Gdyby coś takiego powstało na Rakowcu i zostało uruchomione w lipcu 2011 to byłyby to (w pierwszych 10 dniach inwestycji) pieniądze wyrzucone w błoto powstałe w wyniku padającego od 10 dni w szeroko rozumianej Polsce deszczu.
niedziela, 3 lipca 2011
Schowek loves you two times
Zbiegom dwóch okoliczności zawdzięczam niezwykłą muzyczną przygodę. Pierwszy zbieg to Franek, który zbiegł do La Paz, przez co jego skoda stoi przy naszej la Biedronce, a kluczyki wiszą w przedpokoju na el haczyku. Druga okoliczność to remanent basenu przy Rokosowskiej i konieczność korzystania przez cały tydzień z Warszawianki. W poniedziałek biorę ten wyśniony kluczyk, wsiadam do auta, otwieram schowek, a w nim – o losie – płyty cd. W poniedziałek wieczorem (wycieczka nr 1) z dumą i przerażeniem odkryłem, że znam 80% tekstów piosenek z płyty Dookie zespołu Green Day. Ponad piętnastoletni, dawno niesłyszany łomot, a ja się drę, ludzie patrzą jak na kretyna, dramat. Zwłaszcza na światłach Żwirki/Racławicka. Chyba zazdroszczą życia. W drodze powrotnej wstyd mi za siebie, więc sięgam głębiej do schowka. A tam acid jazzowy Tab Two z Ulmu. Niech mnie ktoś uszczypnie! Z tekstem już nie jest tak dobrze, ale od czego wyobraźnia. W sumie nie było gorzej niż w drodze "na", bo doszła pobasenowa wiara w nieśmiertelność.
Teraz opis środowej, też popołudniowej, wycieczki nr 2. Ale tu poproszę czytelników o otworzenie dodatkowego okna i puszczenie tego. Pierwsze takty, król życia wyjeżdża spod śmietnika. Jeszcze na pierwszych światłach wymyślam, że będę pokazywał kierowcom i przechodniom znak "V" za każdym razem jak usłyszę "two" albo "twice". Niektórzy się uśmiechają, bo pokazuję na radio, oni wiedzą, że tu się kłania lato w mieście, zachód słońca, śpiewać w aucie każdy może. Na przystanku Tagorea, ledwo człowiek wjechał na Odyńca, siedzi jakaś para z samowara, dla nich powinienem był wtedy słuchać wersu "girl we couldn't get much higher", ale to mogło by być faktycznie untrue, bo "Light my fire" śpiewaliśmy z Basią dopiero w sobotę. Tymczasem w drodze powrotnej tuż po wjeździe na Odyńca od strony Puławskiej leci utwór Strange Days. W trakcie perkusyjno-klawiszowego refrenu (wprowadzenie: okrzyk "yeah!") puszczam na pasach inną parę, przebiegają z Parku Dreszera do Zielnik Cafe. Myślę: gdzie ja mieszkam? W Paryżu?!!! Same te nazwy: Park Dreszera, Zielnik Cafe, dodać do tego te legendy na cd, plus niby już 21:30, a tu ciągle jasno. Pomyśleć, że całe to muzyczne szaleństwo dzięki jednemu zbiegowi okoliczności!
O samym basenie nie będę pisał (tym razem). Haruki Murakami napisał taką książkę chyba – o zdrowym trybie życia, basenie i tych sprawach. Potem wszyscy mówili, że są ciekawsze tematy.
Albo zdjęcia. Oto dwie miłe osoby w obiektywie Magdy U. dzisiaj po południu. Ta z lewej to Amelia, młodsza córeczka Agaty. Ta z prawej to ktoś miły, kto mi przywiózł ciepły sweter o 1:00 w nocy na piątkowy power-koncert. Z tym samym kimś obejrzałem wczoraj an awesome Tom Hanks film pod tytułem Larry Crowne (2011).
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















