is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 27 grudnia 2015

gra świateł na stawie

To już ostatni wpis w tym nienajmocniejszym dla mojego bloga roku. Chciałem w inteligentny, pozbawiony pyszałkowatości spisób użyć tu sformułowania "bloga roku" i dopiąłem swego. A w 2016 roku proponuję żeby każdy pisał spisób zamiast sposób, będzie ten neologizm oznaczał taki naprawdę przebiegły i szybko wprowadzony w życie sposób na coś.
Tysiąc i jedna dobrych rzeczy od niechcenia spotkała mnie w 2015-tym, nie mogę ich ot tak zamieść pod dywan jakby się nie wydarzyły, więc kończę te lamenty nad rozlaną kaszą. Niech Rońka ją wyje, ona ma na wszystko wyje.... . Sobie życzę jedynie dynama w nogach, gardle, płucach i głowie, całą resztę mam.


Przedwczoraj myślałem, że do stawu zaraz spadnie samolot pasażerski, ale to była gra świateł na smudze po paliwie. Świat zewnętrzny pozostaje zagadką.

niedziela, 20 grudnia 2015

w zieleńcu

Wyrzuty sumienia, że nie ma nas pod sejmem rekompensuje widok Janki na nartach. Bardzo się oboje wzruszamy, warunki są naprawdę ponure jak na pierwszy raz, ale... Janka o tym nie wie! Tak młody człowiek, że zwyczajnie nie może się doczekać. Wszystkiego. Śpiewa "Betlejów" zamiast "Betlejem" i "Majenki" zamiast "Panienki". Mówi "antkipoślizgowe" (w skrócie "antki") zamiast "antypoślizgowe". A my jak w obrazek.



Miniony poniedziałek w Zieleńcu.

niedziela, 13 grudnia 2015

Artystyka 2

Wczoraj miała miejsce ucieczka z city, jesteśmy w głuszy – w sensie, że śniegu ani słychu.


Jutro eksplorujemy okolicę, może z łachy udostępni nam ktoś jakąś łachę.

niedziela, 6 grudnia 2015

pierwsze demo

Poszedłem na nią w środę pod sejm. Wtorek był chyba produktywniejszy, bo oddałem krew w Bielańskim. Dzisiaj w Lolku spotkaliśmy pewną parę: otóż żona naszej angielskiej znajomej Jo ma rodziców, którzy mieszkają w Oakland, czy San Francisco, i chyba w sklepie (albo na stacji benzynowej – chyba na pewno) widzieli niedawno Stepha Curry’ego. Gdyby życie mogło się składać wyłącznie ze spotykania gdzieś Stepha. No i może, ze spotkań z Fiedersem, który przyszedł do nas w sobotę wieczorową a wyszedł nocną porą.






Tegoroczna Marz Kartka projektu Basi. Są ludzie nie dość, że zgrabni, to jeszcze utalentowani.

niedziela, 29 listopada 2015

niedziela, 22 listopada 2015

Kristaps

Jest na świecie Kristaps Porzingis, a w r-town są kaczki i ich staw, postaram się zamieścić jego (stawu – nie stawu Porzingisa) zdjęcie jutro.



Z jutro zrobiło się futro, ale jest przełamanie, w końcu zdjęcie. Widać na nim kaczki czekające na Kristapsa Porzingisa. Żeby wreszcie tu przyjechał.

niedziela, 15 listopada 2015

disheartening

To jest to słówko-klucz, którego szukałem po tych paryskich atakach. Woda na młyn tylu złych ludzi. Nie chce mi się tym interesować po prostu, ale to mi puka do mózgu.

Mimo wszystko polecam wszystkim serię miłych koncertów, pierwszy z nich w Poznaniu we wtorek, ostatni w Gdyni w sobotę. Na 200 tysięcy procent Marcus Miller odniesie się na każdym z tych koncertów do tego Paryża:

niedziela, 8 listopada 2015

kevin sam w domu reloaded

Jestem w domu, ale nie sam i nie nazywam się Kevin. Chciałem dać tylko temu chwytliwy tytuł przed pójściem spać!

niedziela, 1 listopada 2015

Richie McCaw

Chciałbym mieć zdrowie jak ten dąb z piłką. Bardzo mnie ucieszyło, że dowiózł tę swoją mizerną drużynę aż do zwycięstwa w finale.

niedziela, 25 października 2015

dzień prawdy

Spędziliśmy większość niedzieli na polu u Ludwika. Najbardziej smakowały nam (mi, Jance) pieczone kiełbaski, były cudowne. Szczególnie cieszę się, że był z nami Homeini z dziewczynami. Australia niestety wygrała z Argentyną w rugby i już dziś muszę Państwu obiecać, że zrobię wszystko żeby finał w przyszły weekend obejrzeć. Franek z Misią wylecieli wczoraj do Monachium – i to z Okęcia, niech Państwo sobie wystawią (to ze Starszych Panów). Zazdroszczę im przygody.




W minionym tygodniu odnowiłem romans/znajomość z Veturilo. W metrze, po odstawieniu roweru, czytam wywiad rzekę z Kazikiem. Jesień potrafi być piękna.

niedziela, 18 października 2015

Quer

Quer to nazwa programu telewizyjnego w stacji Bayerisches Fernsehen. Autorzy wyprodukowali doskonały, subtelny film o tym, kto ma wyprodukować 1000 km muru bądź ogrodzenia wzdłuż niemieckiej granicy. Nie myślałem, że coś w tej sprawie może mnie rozśmieszyć, a jednak: https://www.facebook.com/quer/videos/10153010937805728/.

niedziela, 11 października 2015

mecz o wszystko

Tak mnie boli gardło, że nie oglądam nawet meczu o wszystko z Irlandią. Pora umierać, a przynajmniej spać.





Brak zdjęcia (spóźniony brak zdjęcia!) wynagradzam czymś takim. Kto nie widział filmu Big Fish z 2003 roku – szczerze polecam, bo nie ma wstydu/tragedii.

niedziela, 4 października 2015

druzgot

Ten przedszkolak i trochę praca sprawiają, że o pucharze świata w rugby docierają do mnie tylko wyrwane z kontekstu zdania. Jestem tym zdruzgotany – ale też tylko tym, więc to chyba ok. Może jak zaczną się półfinały to wszystko się odmieni i znów będę sobą.

niedziela, 27 września 2015

remarkability

Dzisiaj Dziadek Michał przebiegł maraton. Nie pierwszy raz. Imponuje mi to strasznie. 




Na tym zdjęciu biegnie 9-ty (czy licząc Ludwika 10-ty) z lewej. 

niedziela, 20 września 2015

Gdynia unbiased reviews, edycja 2015

W tym roku wstrzymuję się od ocen. Na nieszczęście dla odsłony 2015 byłem na festiwalu w 2013 oraz 2014 roku i w głowie mi się od tego zwyczajnie poprzewracało.

Body/Ciało, reż. Małgorzata Szumowska
Ze wszystkich czterech filmów tej wybitnej twórczyni, które miałem szczęście obejrzeć, ten podobał mi się najmniej. A i tak był doskonały. Przy jej filmach zawsze pracuje światowy zestaw ludzki.

Ziarno Prawdy, reż. Borys Lankosz
Dobry film, ale nie taki wspaniały jak Rewers. Więc już człowiek zawiedziony, trochę bez sensu – zawód bez sensu, nie film.

Letnie Przesilenie, reż. Michał Rogalski
Wstrząsający, może nawet dałbym mu wygrać całość gdybym mógł. Genialna niemiecka część produkcji, polska też koszmarnie nie ustępuje. Człowiek przez cały film czeka, aż się skończy wojna, tymczasem ona się nie kończy. Za to porządnie kształtuje charaktery młodym ludziom.

Chemia, reż. Bartek Prokopowicz
Jeden z trzech filmów o umieraniu na raka w konkursie głównym. Dobry motion design. Sceny wokółkościelne naturalnie na Bielanach. Komunikacja między bohaterami przez napisy sprayem na ścianie (trudno powiedzieć dlaczego, ale) trochę mnie denerwowała. 

11 minut, reż. Jerzy Skolimowski
Kolega zwrócił mi uwagę, że film bardzo wiele zawdzięcza muzyce (Pawła Mykietyna). Jak mi to powiedział to sobie przypomniałem, że też to zauważyłem. Muzyka plus montaż plus zdjęcia. Zdjęcia, które zrobił Mikołaj Ł. – tu pęknięcie z dumy.

Hiszpanka, reż. Łukasz Barczyk
Malkontenci narzekali, że skandaliczny budżet. Ale jeden z dialogów (kończący się chyba tym, że Polacy nie mają armaty) to najśmieszniejsza scena jaką widziałem w kinie w ogóle.

Anatomia Zła, reż. Jacek Bromski
Druga połowa filmu nie tak dobra jak pierwsza, całość trzyma jednak w napięciu. Dobre są rozmowy agenta CBŚ z Lulkiem. Zabolało mnie, że ktoś (lektor w niby-radiu) wypowiedział nazwę miasta Tucson „takson” zamiast „tjuson”. Nie znają przeboju „Keep on rockin' me baby”, Band’u Steve'a Millera , czy jak? Nawet gdyby znali, to tam przecież mowa jest o Phoenix, nie Tucson...

Demon, reż. Marcin Wrona
WSTRZĄSAJĄCY. Humor, rola lekarza, polskie wesele – to wszystko jest makabryczne i makabrycznie pięknie zrobione. 

Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, reż. Janusz Majewski
Przyjemność zepsuła mi odstająca poziomem od reszty pierwszoplanowa rola kobieca (sympatia głównego bohatera). Reszta, byle jak bo byle jak, ale sobie radzi.

Obce niebo, reż. Dariusz Gajewski
To jest lepsze niż Kramer kontra Kramer, przysięgam, świat poszedł do przodu. Doskonała mała dziewczynka, z głównych bohaterów najmniej wiarygodna A. Grochowska, chociaż przecież wygrała nagrodę główną, więc nie mówimy tu o jakimś koszmarnym wstydzie.

Moje córki krowy, reż. Kinga Dębska
Ojciec przypomina mi mojego ojczyma, podobne poczucie humoru. Kiedy obie siostry są na ekranie wkrada się niestety element sztuczności, głównie przez tę młodszą, przeklętą egoistkę. 

Nowy świat, reż. Elżbieta Benkowska, Łukasz Ostalski, Michał Wawrzecki 
Wątki erotyczne – na nich się skupiłem. Szczególnie podobały mi się w etiudach (nazwijmy je tak dla uproszczenia) białoruskiej i afgańskiej. Ubolewam, że w tej drugiej wątek damsko-męski został niestety pozostawiony wyobraźni. Świetne kino zasługujące na szereg nieprzyznanych mu nagród.

Żyć nie umierać, reż. Maciej Migas
To jest nieprawdopodobne: oglądać w kinie film fabularny pierwszej klasy i nagle zorientować się, że mieszkanie bohatera to mieszkanie (mojej własnej) babci Rosi. Podobał mi się wykład (na temat picia alkoholu), który Tomasz Kot zawistował partnerowi swojej córki.





Poranki nie w kinie: Lila i Gantenbein na plaży w Gdyni.

poniedziałek, 14 września 2015

lateness

Mógłbym majstrować (ang. tinkern, niem. basteln) przy dacie tego wpisu, ale wtedy nie mógłbym spojrzeć w lustro, więc niech tak już zostanie. W niedzielę zamiast pisać bloga jadłem klopsiki w gdańskiej Ikei.




Teraz jestem w Gdyni, tu też nie ma czasu na sentymenty.

niedziela, 6 września 2015

niemoc w końcówce

Doskonałe dwa wydarzenia (rzucanie do kosza w 2SLO i chrzest Ludwika) przyniósł mijający weekend. Traf chciał, że w sobotę tuż po tym pierwszym weszliśmy z Janką do pubu Lolek na Polu M., a tam Polska dowoziła właśnie swoje zwycięstwo (w prawdziwą, dorosłą koszykówkę) nad Bośnią i Hercegowiną. Ale co to była za niemoc w tej czwartej kwarcie, matko.







Wojtek z Ludwikiem, 6 września 2015 roku – tu dla odmiany moc. Fot. Francuz.

niedziela, 30 sierpnia 2015

pierwsza reakcja

Dzisiaj po południu Basia rzucała do kosza, ja i Janka staliśmy pod, a Ludwik chichrał się w chuście. To było jego pierwsze zetknięcie z koszykówką. Wcześniej, w środę i czwartek, wykonaliśmy oswajanie się z przedszkolem.




To zdjęcie zrobiłem z poziomu trawy w sobotę podczas drzemki na działkach r-town.

niedziela, 23 sierpnia 2015

solidarity of kites

Postaram się napisać tu jutro parę słów o puszczaniu latawców.


Im dłużej trwa i im wyżej lecą – tym fajniej! Warto było czekać na te słowa.

niedziela, 16 sierpnia 2015


To jest gdański ptak wolności i solidarności. Zdjęcie zrobiłem rano podczas porannego rozciągania.

niedziela, 9 sierpnia 2015

w blasku i cieple

W mijającym tygodniu, w środę i czwartek, po raz wtóry w życiu miałem przyjemność podogrzewać się w blasku Marcusa Millera. Co za cierpliwość. W sensie: Marcusa do nas. Fot. R. Sieradzki

niedziela, 2 sierpnia 2015

światło zastane na dworcu

Na zawsze chcę zapisać tu następujące zgłoski: gdyby nie kupiony zawczasu przez Basię bilet, wysoce prawdopodobne, że nigdy nie wsiadłbym do przytulnego (dużo tulących się do siebie w ścisku osób) autobusu Rypin-Warszawa. W drodze skończyłem czytać biografię Chrisa Niedenthala. Zawiera dużo pozytywnych i dosyć wiarygodnych informacji o Polsce.




Pierwsze dwa perony dworca autobusowego w Rypinie uwieczniłem (jak Niedenthal: światło zastane, żadnych inscenizowanych pseudo-scenek) dzisiaj o 17:41.

niedziela, 26 lipca 2015

pani w białej bluzce siedziała obok dwóch śmieszków

Podróżuję z Brodnicy, wieloetapowo. Pierwszy, do Jabłonowa Pomorskiego, pokonałem jednowagonową strzałą Arriva. Przewoźnik jest częścią grupy DB, o której niedomaganiach w Niemczech rozpisywałem się już lata temu – u nas nie ma się do czego przyczepić. Wagon-pociąg Arriva w Brodnicy zastępował również kasę, w której uprzejma konduktorka sprzedała mi bilet łączony do Torunia. Od Jabłonowa w pociągu regionalnym siedzimy/śpimy (ciśnienie): ja, naprzeciwko mnie gitarzysta w wojskowych spodniach z plasterkiem na bicepsie, obok niego kobieta przed, lub tuż po trzydziestce ze słuchawkami na uszach, w białej bluzce i dżinsach – ona jedyna nie drzemała (młodość) – a naprzeciwko niej inna, nieco starsza pani.
Nagle z pół snu wyrywa mnie dosyć głośny krzyk gitarzysty: „Niee!“. Trochę się przestraszyłem, ale widzę, że on też dopiero co się obudził. Tłumaczy, że coś mu się przyśniło i wpada w śmiech z siebie, taki licealny, na próżno tłumiony. Ja też dostaję ataku, opieram się o plecak, wtulam w bluzę, brzuch mi się trzęsie, lecą łzy. Pani w słuchawkach – niewzruszona. Może nie słyszała krzyku, ale że z nami coś nie tak – tego już nie mogła nie zauważyć. Co tylko próbuję podnieść głowę to przez własne łzy widzę jego mokre oczy, nienaturalnie wykrzywioną twarz. Mimo to żadnej reakcji reakcji ze strony dziewczyn. No i ta sytuacja nie pozwala nam wyjść z kręgu; w Toruniu, po 40 minutach ciężkiej roboty (Polański by tego nie wymyślił), wychodzimy wykończeni, ale szczęśliwi.
Słowa te piszę i publikuję właśnie w Toruniu, w barze w którym zjadłem tosta z kurczakiem. Z panią za ladą (studiuje archeologię) przez 20 minut flirtował chłopak z kolczykami, on też znał dziewczynę, która studiowała Archeologię w Toruniu, nazywała się Nastazja, tamta że nie zna żadnej Anastazji, on że jemu chodziło o Nastazję, ona, że Nastazji też nie zna i tak to szło, raczej do przodu.



Moja strzała Arrivy. Trochę żałuję, że nie szedłem z nią do Grudziądza.

niedziela, 19 lipca 2015

dwie siatkówki

I nie mam tu na myśli tych w gałkach ocznych. Poza nimi w lesie (późna inauguracja sezonu 2015 w Samicie, grałem w drużynie marzeń z Zosią i Julką, w sobotę i w niedzielę) były dwie kąpiele w jeziorze, romantyczny wieczór z filmem Interstellar o zatruciu pyłem i końcu świata oraz dwie powiedzmy produktywne podróże pociągiem. Druga trwa*, wracam właśnie do ukochanego r-town. Tego samego, w którym przy odrobinie szczęścia u kochanej (ukochanej) sąsiadki opiekującej się psem będzie czekała na mnie  nadmieniona/mimochodem obiecana w czwartek potrawka z kurczaka. W wymienioną wyżej powiedzmy produktywność przez skromność nie wliczam skomponowania tego postu. Po poście/poszczeniu jak widać nie ma śladu (potrawka).
PS: Janka przez cały dzień chodziła w szortach/kąpielówkach Ludwika, minimalnie na niego za dużych. Mówiła, że według niej są wspólne. Utrata kontroli nad rozbestwieniem.
*Opóźnienie uległo zmianie i na stacji Warszawa Zachodnia wyniosło 3h15min. Nie ma potrawki (post).

niedziela, 12 lipca 2015

bezwarunkowa kapitulacja

Miniony tydzień i pechowy pobyt Franka w szpitalu utwierdził mnie w przekonaniu, że sport od pewnego momentu w życiu jest zdrowy pod jednym warunkiem: że się człowiek nie przewraca. Uruchomiona lawina wydarzeń prowadzi do trudnego pytania, muszę je zadać: jak w (pewnie nie tylko) naszym kraju do zdrowia dochodzą ludzie, którzy nie mają znanej i lubianej mamy?



Tymczasem w Wielkopolsce: ciocia Tosia całująca Jankę w czoło. Ulotność uchwyciłem spod łokcia, na kocu (nie kacu) pod drzewem.

niedziela, 5 lipca 2015

historia jednego pocałunku

Czasy ukropu. Polska/my nie mamy ich za sobą. Wczoraj w spiekocie warszawskiej starówki rzucaliśmy z Janką ryżem w Filipa P. i jego świeżo upieczoną żonę. Dzisiaj odpoczywaliśmy (zasługi) na działce u Buni. 

Wcześniej, 1 lipca, spełniło się najskrytsze marzenie B. Nie chodzi o mój pocałunek w rękę, tylko o dzieci w przyczepce przyczepionej do roweru w warunkach miejskich. Fot. Patrycja R.

niedziela, 28 czerwca 2015

posunięcia lecznicze

Lizanie jirkowskich zadr przede wszystkim psychicznych trwa. Dobre posunięcia lecznicze to piątkowe odwiedziny babci Magdy, sobotnia wizyta u Ludwika i Joli oraz 10 minut niedzielnych śpiewanek w parku Moczydło.





Zielony groszek latem przypomina nam, że życie jest słodkie. Janka nie mogła się nachwalić jego smaku.

niedziela, 21 czerwca 2015

na autokempie pod Jirkovem

Cudowny weekend z rodziną w Czechach. Janka i Ludwik wyglądają na szczęśliwych, pogoda dzisiaj ma być jeszcze lepsza niż w piątek i sobotę. Pytanie czy nie ma takich autokempów bliżej niż 720 km od domu można oczywiście złośliwie postawić, ale my żyjemy według tylko jednej zasady: Ahoj przygodo!



Rodzaj delusional disorder, oto co rozpoznałem w swojej psychice dzięki sobotniemu startowi w Pucharze Czech na rolkach w Jirkovie. Ale tak jak wspominałem: ahoj przygodo.

niedziela, 14 czerwca 2015

lato trwaj

Lato to intensywność, opowiem o niej w najbliższych dniach, bo mnie zmęczyła.
Już mówię. Otóż w piątek widziałem w Opolu, na żywo, koncert własnej Mamy z odległości 10 metrów od sceny. Niewiele z niego pamiętam, mimo że wiem, że był dobry. Ledwo pamiętam, że padał deszcz – a padał. Głównie pamiętam, że w odległości 4 metrów od sceny stało 7 pijanych osób w kowbojskich kapeluszach zakłócających swoim zachowaniem spokój psychiczny nie tylko mojej Mamy, ale wielu ciężko pracujących w ten wieczór ludzi.
Było w tym coś tak strasznie smutnego i agresywnego. Płakać chciało mi się przez większość soboty. Za to w niedzielę, nie dość, że pojeździliśmy na rolkach (oboje, nie korzystając z pomocy osób trzecich do opieki na J i L!), to jeszcze poszliśmy na basen, gdzie Janka (w kółku i skrzydełkach) sama przepłynęła pół małego basenu. Wyglądała na bardzo szczęśliwą. W ogóle te długie dni w czerwcu to jest coś nie do opowiedzenia.



Rano musieliśmy się z B. bardzo szybko wymieniać ochraniaczami. Dlatego przepraszam, ale wiozę je na tym zdjęciu do góry nogami.

niedziela, 7 czerwca 2015

mazurski pomost

Jeżeli długi weekend to Pilates, jeżeli Pilates to Mazury, jeżeli Mazury to tylko pławienie się w hotelu Masuria. Lexus i kamasutra, z tymi dwoma rzeczami kojarzy mi się to miejsce. Po raz pierwszy od bodajże 20 listopada 2005 roku (plaża w Clontarf) założyłem piankę nurkową od Andrzeja. Ma już ponad 40 lat i moje ciało, przy całym szacunku, nie jest już dla niej stworzone. Ograniczenia reumatoidalne nie pozwalają mi jej z siebie strząchnąć jak pyłku, ograniczenia kondycyjne nie pozwalają mi wachlować ramionami wbrew niej. Janka z Ludwikiem wyglądali mimo wszystko na szczęśliwych – zamiast 3,5 dnia należałyby im się 3 miesiące na takim powietrzu.
W piątek wieczorem w wypadku samochodowym we Francji zginął były reprezentant Nowej Zelandii i Wellington Hurricanes w rugby, Jerry Collins. Z żoną. Ich trzymiesięczne dziecko przeżyło. Wypadek nie z ich winy. Jerrego widziałem osobiście podczas jego community service (dyscyplinarnie sprzątał w mieście śmieci – jeszcze jako aktywny All Black!). Co to był za gracz. Myślę, że w Nowej Zelandii wielu ludzi od piątku stoi w miejscu ze smutku.



Prze-świt (w sobotę rano)

niedziela, 31 maja 2015

stephen

Weekend obfitował w wydarzenia. Materiał foto istnieje. Byliśmy na spacerze w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, na rolkach oraz pikniku z okazji dnia dziecka u mamy Misi. Mimo tego wszystkiego największe wrażenie (chyba w moim całym życiu) wywarł na mnie krótki film o Stephenie Currym, https://youtu.be/eaV5082XQ7Q. Zwłaszcza od 6:30 do 8:30.



To jest tęcza w sobotę – pierwsza nie z książki w życiu Janki. Przypomniała mi się piosenka „Flowers for Zoë“ z płyty Mama Said Lenny’ego Kravitza z 1991 roku.

niedziela, 24 maja 2015

wyrzucili Simmonsa

Nie regulujcie odbiorników – to prawda. Dowiedziałem się grubo ponad tydzień po czasie, w piątek. Powtórzę raz jeszcze: Bill Simmons nie jest już pracownikiem ESPN ani naczelnym grantland.com. Kształtował (zwężął) moje horyzonty od 2005 roku, od felietonów Page 2 na espn.com. Teraz jestem sam jak palec, na bruku.
W sobotę Ludwik po raz pierwszy moczył swoje ciało w basenie. Chyba mu się podobało i chyba włożył w to trochę wysiłku, bo przespał longiem całe popołudnie i noc. Na basen wychodziliśmy od 8 rano do 16. Wreszcie o 16:45 byliśmy w wodzie. Janka też zachwycona, że we czwórkę.
W sobotę wieczorem obejrzeliśmy z B. film Boyhood. Dobry. Kilka świetnie narysowanych historii i postaci. Wyniosłem z niego takie nauki, że dzieci są najważniejsze oraz że życie jest długie i może się w nim wiele zdarzyć, można wyjść na prostą. Nie cytujcie tego, choć wiem, że pokusa jest silna.


Tymczasem dzisiaj na Komunii Julki takie nam Francuz zrobił zdjęcie. Dedykuję je Simmonsowi – jest światło w tunelu, trzeba tylko przyjechać tu, do Polski, do Warszawy.

niedziela, 17 maja 2015

nadmiar zdjęć

Mógłbym wstawić tu zdjęcie z XS, centrum kultury na Narbutta 27A, które w środę zrobił nam Wojtek Ziemilski. Mógłbym wstawić tu zdjęcie Basi mknącej na rolkach przez Pole Mokotowskie dzisiaj po obiedzie. Ale wstawię zamiast tego fotografię estetycznie doskonałą: schody, które B. zaprojektowała i wykonała w tym tygodniu dla Janki.

Chodzi o formę, chodzi o kolor. Te schody są jak Golden State Warriors: już dziś wiadomo że wezmą całość.

niedziela, 10 maja 2015

nowe kaczki

W tym tygodniu staw r-town wzbogacił się o nowe kaczki: czarne i zwyczajne. Obok tych maleństw różnych maści nie da się przejść obojętnie. Nad stawem zatrzymują się młodzi i starzy.  


Mama z dziećmi na spacerze. To miejsce jest wypisz wymaluj niczym pewien miejski rezerwat w Buenos Aires.

niedziela, 3 maja 2015

łatwowierny jak chora Ameryka

Przez praktycznie całą sobotę jedyne co byłem w stanie z siebie wydusić to: Les go Pacman, rip'im up! Na nic. Na nic ten najgorszy w sporcie weekend. Ale pojeździliśmy z Janką i Ludwikiem w przyczepce po lesie i odpoczęliśmy od zgiełku – zgiełku  związanego z walką oraz game seven tysiąclecia.



Podaję charakterystykę niedawno zasadzonego lasu.

niedziela, 26 kwietnia 2015

wyjście z piekła

Ktoś myślał, że w gardle mi utknie trzymanie kciuków za Spurs – nie utknie mi. Po prostu mam nadzieję, że z tego piekła jakoś wyjdą.
W piątek zmarł Władysław Bartoszewski. Jak większość ludzi potrzebuję bohaterów żywych i kiedy moi umierają jest mi smutno. Robię co mogę i staram się skupić na playoffach nba, ale niestety przebiły się do moich oczu słowa niepojętej dla mnie krytyki pod jego adresem.

Odwaga i wrażliwość, którą trzeba było mieć, żeby brać udział w jego przygodach. Ludzie urodzeni w latach 1970-tych, nawet 60-tych – wydaje mi się, że rozsądnie jest po prostu nic nie mówić. Ale kto ma tyle rozumu? Ja mam, mimo że również w piątek (po raz pierwszy od 14 lat) oddałem krew i odeszło mi jej trochę od mózgu.
Oczywiście mam poczucie spełnienia i powoli się regeneruję. W ramach regeneracji i pocieszenia wysłuchałem (oczywiście w piątek wieczorem) rozmowy Bill Simmons – Joe House. Ten drugi przytoczył taką opinię o trenerze drużyny Washington Wizards, Randym Wittmanie: że (jako trener) przypomina człowieka, który za każdym razem podjeżdżając do stacji benzynowej staje 20 metrów przed dystrybutorami i zastanawia się z której strony ma wlew do baku.
Kocham Simmonsa i kocham (za przytoczenie tej myśli i nie tylko) Joe House’a.



I jeszcze zdjęcie-zagadka, zrobiłem je 2 tygodnie temu.

niedziela, 19 kwietnia 2015

zdecydowałem

Zdecydowałem, że moją ulubioną serią w pierwszej rundzie play-off będzie seria Clippers-Spurs. Ale tylko jeżeli ostatecznie Spurs ją wygrają. Nie mogę nikomu pozwolić rozmieniać siebie na drobne.





W środę i czwartek przyszły do nas paczki gratulacyjne z okazji urodzin Ludwika. W piątek z powodu braku paczki poszliśmy z Janką na basen – chciałem jej jakoś wynagrodzić dzień bez prezentu. W jednej z paczek (od mojej pierwszej irlandzkiej szefowej, Barbary) była taka miła kartka: „Jeszcze się śmiejesz... ale wkrótce będziesz robił co zechcę!"

niedziela, 12 kwietnia 2015

Montmartre

Jest niedziela, prawie północ, więc gdzie mógłbym być? Zjadłem kolację i swobodnie przeszedłem koło słynnego baru z filmu Amelia.


Wycieczka do Paryża spowodowała ponadto, że zostałem fanem Marcusa Millera. Po raz trzeci w życiu, ale tym razem na zabój. Polecam jego najnowszą płytę pt. Afrodeezia z ręką na sercu i nożem na przysłowiowym gardle.

niedziela, 5 kwietnia 2015

niech nikt nie każe mi tego robić wczoraj...

Ale już dzisiaj mogę. Święta do tego stopnia dobre, że o wygranej Duke w uniwersyteckich mistrzostwach USA dowiedziałem się dopiero we wtorek wieczorem. To zaczyna być chore. Z Basią zorientowaliśmy się, że Janka nie tylko używa słowa „marty“ zamiast „narty“, ale dodatkowo niesłusznie sądzi, że istnieje coś takiego jak „mart“ w liczbie pojedynczej.

Wybaczyłem jej to. Moment przeprosin i kajania uchwycił Franek.

niedziela, 29 marca 2015

Błaszczykowski to koniec Polski

Specjalnie daję dramatyczny tytuł, bo wiem, że każdy kochający piłkę człowiek w dzień taki jak ten szuka na tym blogu moich myśli i uczuć. Niestety przepuściłem mecz z Irlandią i nie mogę się na jego temat wypowiadać. Mija cudowny, rodzinny tydzień, którego nawet wczorajsza przegrana Nowej Zelandii w krykieta z Australią w finale Pucharu Świata nie zdoła zetrzeć w pył. Dzisiaj miała miejsce inauguracja sezonu inline alpine, na którą pojechaliśmy naszą czteroosobową rodziną. Spróbuję to jutro opatrzyć zdjęciem.





Opatrunek – tak to wyglądało.

niedziela, 22 marca 2015

stenmark i muzeum historii żydów polskich

Do muzeum Basia zabrała mnie w środę, 18 marca, przed południem. W pracy wolne, wiedziałem, że urodzimy w tym tygodniu, myślałem nawet, że już w czwartek, czyli "w terminie", niekoniecznie siłami natury. Wizytę w muzeum w głębi serca uważałem za niewystarczająco zadaniowe podejście do sytuacji, wydawało mi się, że powinniśmy (ta liczba mnoga to iluzja mężczyzny, że cokolwiek od niego zależy) bezustannie chodzić po miejskich górach i schodach, na świeżym powietrzu, nie w pomieszczeniach klimatyzowanych poświęconych historii żydów polskich. Przebiegliśmy przez to raczej w milczeniu w 2 godziny, przytłoczeni genialnością miejsca i potwornością niektórych historii. Po południu wzięliśmy Jankę autobusem 128 na Szczęśliwice. W czasie gdy ja z J. zwiedzaliśmy toaletę wewnątrz dolnej stacji kolejki, Basia z Rońką cztery razy weszła i zeszła ze słynnej skarpy bezwyciągowej. W drodze powrotnej do zajezdni, na trasie wspominanego w tym pamiętniku podstawówkowego biegu na 1000 metrów, około 17:30, rozpoczął się poród. W przerwach między skurczami zdążyliśmy pożartować, że może dostaniemy darmowy karnet na całe życie jeśli urodzimy blisko stoku, zdążyliśmy pozachwycać się jak doskonale Janka zjeżdża z ostatniej prostej biegu na 1000 metrów na hulajnodze. Zdążyliśmy wrócić autobusem do domu. Potem telefon do babci Magdy, żeby przyjeżdżała (babcia Magda rzuca wszystko i jest u nas w mniej niż 20 minut), polecenie położnej żeby wejść do wanny, wziąć dwie nospy, zrelaksować się i przyjechać do szpitala na 21, zignorowanie polecenia, naturalny poród bez znieczulenia w szpitalu Św. Zofii o 21:40. Nie ma słów, żeby opisać jak dzielną i zdecydowanie wystarczająco zadaniową kobietą jest Basia.
Ludwik (kończy dzisiaj cztery dni) wygląda na spokojnego człowieka, jego siostra robi wrażenie szczęśliwej i podekscytowanej, skacze mu nad/koło głowy, wygląda przy nim jak olbrzym. Urodził się tego samego dnia co Ingemar Stenmark, o czym poinformował mnie kolega z Citi, Magnus.

niedziela, 15 marca 2015

bezustanne po raz pierwszy

Bezustanne trwanie w chorym napięciu. Po raz pierwszy w historii tego pamiętnika używam słowa bezustanne, ciekawe o czym to świadczy. Z nerwów skończyłem tłumaczenie filmu o Marcusie Millerze i przetłumaczyłem Jackowi jakąś prezentację. Oczywiście nie Jackowi Doigowi, który jutro znowu będzie tu nocował. To jest jakaś chora noclegownia nie dom. Fieders jest ze mnie dumny, że „chodzę co mówię“ (ang. "walking the talk“) i w ramach przybliżania domownikom etykiety jadam z książkami: Bukowski od taty i Ile gramatyki? (doktorat Kasi Malesy)  pod pachami oraz Igrzyska w Berlinie od Andrzeja na głowie. Janka mi kiedyś za te demonstracje godności i człowieczeństwa przy stole podziękuje. „Człowieczeństwa przy stole“ pomyślane razem (nie że podziękuje mi akurat przy stole).


Oto wiosna za oknem sprzed tygodnia. Rozbisurmaniona, ale już w r-town, a wkrótce w Twojej dzielnicy.

niedziela, 8 marca 2015

marsz madness

Wchodzimy w czas największej akcji. Francja pomógł mi w miniony poniedziałek wynieść z domu stary materac (zawieźliśmy go do jego piwnicy), a dzisiaj z okazji dnia kobiet zrobił nam sesję fotograficzną. Nie ma drugiego takiego brata. Z pomocą siostry ciotecznej z Mediolanu tłumaczę film biograficzny o Marcusie Millerze (zajęło mi to ponad połowę czasu spędzonego w pracy w minionym tygodniu, mam przetłumaczoną 1 godzinę, zostało mi ponad pół). W drodze do i z pracy słucham naturalnie Marcusa Millera, głównie utworu Hylife z płyty Afrodeezia. Matki (moja i narzeczonej Franka) oraz żona też mi pomagają w życiu ze wszystkim, nie wiem czym sobie na to zapracowałem. Sztuczkami w stylu poniższej?
Mam podniesiony poziom adrenaliny.




I wpatrzone w siebie kobiety. Właściwie nie dziwię im się – w marcu zaczyna się dance.

niedziela, 1 marca 2015

skręty

Cały dzień skręcałem łóżko. Nie wiem z jaką świecą takiego bohatera szukać – szukać to jeszcze, ale znaleźć. Jankę skręca już któryś dzień z bólu brzucha, a Basię z braku (obszar graniczny) cierpliwości do nas.
Skręcając wymyśliłem i zastrzegam nazwę dla klubu narciarskiego: skistoper rakowiec.



Steph Curry 1 marca 2015 roku. On jeden wygląda na w miarę zdrowego. Fot. Brian Babineau.

niedziela, 22 lutego 2015

ikea targówek

Byłem w niej dzisiaj sam na sam z Janką. Co za szczęście ta Ikea. Uzupełniliśmy zapas pobitych szklanek oraz kilka razy wracaliśmy do działu z pluszowymi zabawkami i ciuchcią. Nie wiem czy to wszystko pomoże Idzie zdobyć Oscara.
Mam nadzieję, że tak. Jutro (planuję) zdjęcie.



Z planów nic nie wyszło, ale zdjęcie dodaję – lepiej późno niż wcale. Zabawki Janki, w górnym rzędzie od lewej: tata, nowozelandczyk Jack Doig, dzidziuś; w dolnym rzędzie od lewej: mama i Janka. Dzidziuś, mama i Janka to prezenty od Agaty, Jack został znaleziony na plaży. Nieważne, że jestem vibovitem. I made the cut, tylko to się liczy.

niedziela, 15 lutego 2015

karnawał solidarności z wirusami tego świata

W piątek J. odziana w zakupiony przez kochającą i myślącą o niej bez przerwy mamę stroju Peppy Pig ruszyła na żłobkowy bal karnawałowy. Ten moment w czwartek wieczorem kiedy założyła na siebie przebranie i obejrzała się w lustrze: istnieje coś takiego jak szczęście.
Mimo (a może dzięki) balowi zdrowotnie (regrettably) nie ruszyliśmy do przodu, dlatego jutro opadnę wygodnie w niegdysiejsze, piękniejsze śniegi i opiszę idealne popołudnie.
Pod koniec dnia w żłobku pani Karolina schodzi ze schodów prowadząc z rękę naszego dziubulińskiego. Po chwili zawodu, że to nie mama czeka, Janka dzięki hasłu "basen" wchodzi jednak w stan paraekscytacji. Upewnia się czy mam spakowanych kaczuszkę i psa pluto i możemy ruszać... (cd kiedyś nastąpi).


To zdjęcie stawu w woj. kujawsko pomorskim z soboty – niby zimowego, a już jednak mającego coś z wiosny.

niedziela, 8 lutego 2015

tempo ujemne

Dorwały nas przeziębienia, ale wychodzimy z tego i od jutra postaramy się wieść w miarę normalne życie. Na pocieszenie siebie samego opiszę tutaj jak wygląda idealny pracujący poranek r-town na przełomie 2014 i 2015 roku, do protokołu. Nie było ich wiele, ale kilka było. Otóż ja wstaję ciut wcześniej, daję Rońce pół serka półtłustego z Biedronki, kroję 3 jabłka zieloną krojarką z IKEI, stawiam patelnię teflon (prezent od babci i dziadka) na stole oraz szklankę z kaszą jaglaną obok. J. wstaje, schodzi z łóżka, wyłącza nawilżacz, idzie siusiu, przychodzi do kuchni, wysypuje zawartość szklanki (oraz potem jeszcze pół szklanki) do patelni, rozplaskuje ręką. Teraz można kaszę podprażyć. Za ok 15 minut goła J. plus ubrani rodzice wprowadzają do organizmów śniadanie. W idealnym świecie za kolejnych 30-40 minut ubrani i z umytymi zębami wychodzimy z domu, ja i J. W niektórych autobusach lektor zapowiada kolejne przystanki, w innych modelach my go wyręczamy. W żłobku dużo czasu zajmuje nam zdjęcie kombinezonu i zmiana obuwia, ponieważ J. przygląda się wszystkiemu i wszystkim, zadaje pytania, wita się z koleżankami i kolegami oraz z rodzicami koleżanek i kolegów. Wreszcie z dosyć dużym entuzjazmem wchodzimy na piętro i następuje rozłąka. W następnym odcinku: idealne popołudnie.





Dekoracje zimowe w żłobku, do którego mamy zamiar wpadać częściej niż przez ostatnie 3 tygodnie.

niedziela, 1 lutego 2015

Oczko

W tym tygodniu chciałbym zwrócić Państwa uwagę na anomalie śniegowe oczka r-town. Jak tylko Internet przestanie (zacznie) harcować, zamieszczę tutaj zdjęcie-ilustrację i uzupełnię wpisy. Tymczasem napiszę tylko, że tylko (celowe powtórzenie, arcyodważny styl) koszykarze z Atlanty to twardziele z prawdziwego zdarzenia. Przejeżdżałem przez to miasto parę razy w 1995 i 2000 roku, w 2000 nawet tam nocowałem – no powiem Państwu, że nigdy bym nie powiedział, że 15 lat później wygrają 19 meczów ligowych z rzędu.


Oto obiecane zdjęcie z porannego spaceru 29 stycznia. To jest niewytłumaczalnie chore, kaczory i kaczki chodzą wokół tych sfer jak Afrykanie wokół rytmu (metrum 6/8 i 12/8).

niedziela, 25 stycznia 2015

powrót też wypadł

W sensie, że w niedzielę. Wracam z gór. Zabieram kilka dobrych wspomnień, dziękuję Bogu, że nikt sobie nic nie zrobił i myślę, że takie oddalenie od dziewczyn to z całym szacunkiem strata czasu. Mimo że wreszcie wpiąłem buty w podarowane przez Franka 3 lata temu narty Wałęgi. Moją relację z zawodów obozowych polecam miłośnikom literatury faktu.



Serrada, trasa nr 12 w piątek o 9:20.

niedziela, 18 stycznia 2015

padło na niedzielę

Na blogową niedzielę przypadła autobusowa podróż na narty. Przed chwilą pierwsze zagraniczne śniadanie, w tym samym miejscu co rok temu, na podłodze pokotem leży jedna z instruktorek (plecy), w Bolzano oczywiście słońce, znakomity film Wakacje Mikołajka jako inflight entertainment. Przeszkadza mi tylko klimatyzacja i świadomość odpowiedzialności za sprawy poza moją kontrolą. T.Love, który puszcza pan kierowca mi pomaga. Wczoraj po śpiewankach Janki do kawiarni Kontakt wpadł (po 4 latach nieobecności w kawiarni Kontakt), Wojtek D. z Łukaszem J. Wzruszam się na myśl o tym, na słuch T.Love'u i na widok Bolzano.



Ta tabliczka nie zmieniła się przez rok w ogóle. Wszystko inne – nie do poznania.

niedziela, 11 stycznia 2015

krótkie tygodnie

Miniony taki był, nieocenieni Trzej Królowie. Najpiękniejsze wydarzenia: poniedziałek – toast zareczynowy Misi i Franka, wtorek – CN Kopernik z dziadkami oraz basen z Janką, środa – rześki poranek z Bunią, czwartek – wizyta babci Magdy, piątek – basen z Janką, sobota wieczorem – podcast Jalen and Jacoby z Billem Simmonsem, niedziela – wręczenie siostrze prezentu urodzinowego (minimalnie przed wiadomością o tym, że ten starzec, 34, Pau Gasol rzucił w sobotę 46 punktów i miał 18 zbiórek!). I tak to życie idzie, bezgrudzie bez choćby najmniejszej grudki.


Skuty lodem i śniegiem poniedziałkowy wieczór w r-town po powrocie z toastu.

niedziela, 4 stycznia 2015

sentymenty i postanowienia

Nie mam na nie siły w nowym roku (w nowych latach) już od jakiegoś czasu – za szybko to wszystko leci, za niewielu rzeczy mi brakuje. Spędziliśmy miły czas u mamy oraz u Kasi i Jacka, w obu miejscach spotkała nas wielka cierpliwość. Było świetnie, mimo scrabblowych łomotów. Żeby nie oszaleć ze szczęścia czytam wiersze Bukowskiego. Jeżeli za czymkolwiek tęsknię to tylko za Patrycją.




Brama do nieba bez płotu – moje plecy bez Patrycji.