is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 27 maja 2012

diabeł z pudełka: David Trezeguet

"Hej, ciekawe w jakim klubie gra dzisiaj David Trezeguet?" zapytałeś/zapytałaś ni stąd ni zowąd dziś po południu swojego psa. Wiem, że po to czytasz r-town report, żeby tego typu pytania nie dręczyły Cię długo. Otóż francuski napastnik argentyńskiego pochodzenia David Trezeguet od prawie pół roku jest piłkarzem River Plate Buenos Aires.
I płynnie wlewam się przez lufcik na rocznicę komunii Tosi. Jedna z pieśni na poświęconej jej (tej rocznicy) mszy zawierała słowo "komunista" ("komunista ł się cud"). Spostrzegawczość i zdolność koncentracji to są moje cechy, choć tylko w niektórych, niestety z góry nie wiadomo których, okolicznościach.
Dzisiaj uaktywnił się konkretnym wpisem Francuz. Jak mówię konkret, to chodzi mi o to, że jest temat i spójność, nazwijmy to sobie coherency, i że jest to warte wgryzki.
A dla kochających ballparki New Jersey polecam tę perłę z 6 milionami obejrzeń. W r-town na boisku szkoły podstawowej nr 10 powstają (już są prawie gotowe!) absolutnie fantastyczne, dwa nowe (niem. funkelnagelneu) boiska do koszykówki. Za to też kocham. I maj, i r-town, i żonę. I najbardziej ze wszystkiego na świecie Matkę!!!
I jeszcze dopisek poniedziałkowy, bo mnie to w drodze do pracy w oczy zakłuło po raz kolejny:
Napis z (trzech stron?) dworca Warszawa Centralna (czcionka 5000, widoczny z księżyca): "Feel like at home" (w wolnym tłumaczeniu: "Witamy w Radomiu", przepraszam Radom) jest straszny. Nie wiem jak można sobie pozwolić na taki copywriting. Można przecież różnie:
"Feels like (at) home" - problem w tym, że dla zachodnich ptaków it (more than likely) doesn't.
"Make yourself at home" - to jednak trochę niebezpieczne. Taka zachęta dla szacownych gości żeby rozrabiać "jak w domu".
No i moim zdaniem najlepsze:
"Feel at home" - od "make yourself at home", ale mniej się podkładamy. W sensie: czuj się jak u siebie: jesteśmy mili i gościnni.
No jestem zbulwersowany tym obecnym napisem. Chociaż może przyjadą sami rosjanie (plus krajanie) i będzie bez różnicy.


Sam zrobiłem to zdjęcie podczas obchodów Dnia Matki i choć można mu zarzucić nieostrość, to uważam je za dobrą reprezentację miłości wczorajszej uroczystości. Gdyby nie najtragiczniejsze w historii rozdanie scrabbli... Tymczasem sztuka "Matka Polka Terrorystka" jest genialna. Jeżeli będą ją grać w teatrze niedaleko Ciebie: rzuć wszystko i idź. To mądra i naprawdę dowcipna rzecz. Zwłaszcza mężczyźni powinni ją obejrzeć. Może obudzić się w nich wewnętrzna matka, jak napisał godzinę temu mąż autorki, Jacek Wasilewski.

niedziela, 20 maja 2012

slave to love, na na na na

W tym tygodniu w popołudniowym autobusie wiozącym mnie z centrum do domu widziałem na własne oczy mamę z dzieckiem w wózku oraz kobietę (babcię?) puszczającą temu dziecku z komórki do ucha utwór "Slave to Love" Bryana Ferry z 1985 roku. Co to była za podróż. Kobieta wierzyła, że piosenka działa na dziecko uspokajająco. Ludziom ta pogoda powoli odbiera resztki rozumu.
Ale nie mnie. To nie jest tak, że przestałem się zupełnie rozwijać i w ogóle nie oglądam koszykówki. Owszem, zdarza się. Na przykład dziś rano widziałem Lakersów. Podejrzewam, że Pau Gasol wychłostał się sam z wyrzutów sumienia własnym ręcznikiem zanim doszedł pod prysznic po tej nieszczęsnej stracie na minutę przed końcem. W każdym razie miał minę jakby planował to zrobić. Widziałem też wcześniej imponującą Indianę i zaryzykuję tezę (nie przeczytałem tego u Simmonsa!), że ze Wschodu właśnie ona miałaby największe szanse w finałach z OKC czy San Antonio. Ludzie, jakie wy macie szczęście, że żyjecie w wolnej Polsce i możecie czytać te słowa. Dlaczego ja zawsze muszę być pół kroku przed tymi "ekspertami" z ESPN? A skoro już o nich mowa: właśnie na espn.com zobaczyłem - myślałem, że śnię - reklamę EURO 2012. Czyli jednak: wydarzenie nie do końca lokalne.
I to też nie do końca: szczyt G8 w Camp David. Cudownie niezobowiązująco ubrani, siedzą przy stole i rozmawiają. Gdyby w którymś momencie zadecydowali o czymś przełomowym czy niewesołym, Borges mógłby zacząć opis tego wydarzenia w ten sposób: "W owej chwili, należącej do dawno zmarłego wieczoru,...". Już te słowa w tej kolejności zresztą napisał, w "Powszechnej historii nikczemności," od której oderwał mnie "Slave to Love" i właśnie w tamtej chwili (należącej do wiadomo jakiego wieczoru) to wszystko skrupulatnie sobie odnotowałam.
Dzisiaj z kolei obchodziliśmy 3 urodzin Niny F. na Ursynowie. Oprócz tego zaliczyliśmy miłe przedpołudnie z Martą, Marcinem, Filipem, Agatką i (małym) Frankiem. Czyli umówmy się: brak jakiejś koszmarnej ciężkości w życiu.






Na zdjęciu widzimy dwóch Siouxów przystrajających totem. Będą przy nim tańczyć potem.

niedziela, 13 maja 2012

wkrótce w ramówce

Dzisiaj proponuję swój unbiased review filmów konkursowych zakończonego wczoraj festiwalu w Gdyni. Obejrzałem 7, oto przyporządkowuję je do specjalnych kategorii: słabiałer, power, mocny power, mega moc power zabijaka.

Bez wstydu
Power, ew. mocny power jeśli ktoś lubi mrok.
Fajnie zrobiony, wiarygodny zwłaszcza motyw cygański (główny wątek to kochanie plus pożądanie dziewczyny przez jej brata przyrodniego, ale są też rasizm i straszna polityka). Dwa felery: ta obsesja brata na punkcie siostry nie jest aż tak świetnie rozegrana, mimo że na każdym kroku podkreślana. Oprócz tego od połowy filmu niewygodne przeczucie, że nic tu się dobrze nie skończy przechodzi w przeczucie, że trudno będzie to w ogóle skończyć, w sensie skończyć inaczej niż w biegu. Ale bez wstydu nie przynosi wstydu, ma bardzo fajne role drugoplanowe (dziewczyna grająca cygankę i ten drań faszysta) no i piękną muzykę Pawła Mykietyna.

Sponsoring
Mega moc power zabijaka. 
Nie, to nie jest film pornograficzny, raczej samo życie. Chociaż, Panie Boże, oby nie moje. Fajnie zrealizowany pomysł: motyw zdrowej żywności/pilatesu. Fajna scena: (oczywiście) kolacja dla szefa męża z wirtualnym udziałem wszystkich panów, włącznie z tym golasem grającym na gitarze. I mniej oczywista: jak głównej bohaterce (ponownie) spada spiderman z pralki. Nie wyobrażam sobie człowieka, który się przy tym przynajmniej nie uśmiechnie. Moc tego filmu (tak jak moc 33 scen z życia) to wirtuozeria zagranicznych aktorów (nie tylko Juliet Binoche). Wszystko gra tam jak w zegarku: te zdjęcia, tu gwiazda taka, tu śmaka, tu muzyka. Mam niewyjaśniony przypływ dumy, że to ktoś z Polski stoi za takim kinem. I nie chodzi mi o rosyjski parlament.

Mój Rower
To dla niego powstała kategoria "mega moc power zabijaka". 
Jest rewelacyjny, brak słów. Kiedy główni bohaterowie grają na urodzinach tej małej dziewczynki, trudno się nie wzruszyć. Ale mi to oczywiście nie wystarczyło i się popłakałem. Wszystko wiarygodne, wspaniale zagrane. Nieistotne drobiazgi typu lądujący samolot, tramwaje na zajezdni/rozmowa z córką siostry głównej bohaterki też jakieś takie zagraniczne, dopracowane. Muzyka ma się rozumieć pierwsza klasa. Pierwszy polski film od czasu Sztuczek, który mi się aż tak podobał. Do tego stopnia, że nawet gdyby syn wziął w końcu ojca na występ do Berlina (a nawet dał mu zagrać na koncercie!) to w niczym by mi to nie przeszkadzało, jeszcze raz bym się po prostu popłakał. Ale wtedy pewnie film byłby dodatkowo nominowany w słynnej kategorii "I got a lot of cheese award." Ważny detal: połowa akcji toczy się w Posejnelach (nawet w O.W.P. Posejnele!), w których byłem kiedyś na wakacjach z… tatą. A to film o tacierzyństwie.

W sypialni
Power. Bo naprawdę nie słabiałer. 
Cały czas się zastanawiałem co ta Edyta ma za tajemnicę i o to zastanawianie pewnie chodziło. Ale prawdą jest, że nie wiem czy zdradzał ją mąż w Gdyni, czy coś jej zrobił. Dlaczego ona ma taki wstręt i strach przed wszystkim? I co ona ma niby z tym nowym za przeproszeniem narzeczonym teraz zrobić? Ale druga połowa ich historii miłosnej jest intrygujaca. Plus fajna kąpiel w Bałtyku. Do osobistych wzruszeń zaliczam scenę pod mostem Grota Roweckiego, do którego kolega Fieders przywiązywał mnie i innych liną w roku 1997, i z którego sobie skakaliśmy (lina sztywna, ruch wahadłowy, dokładnie w miejscu tej sceny!). Człowiek z niedowierzaniem patrzy na to teraz: ubytek której części mózgu jest konieczny żeby dobrowolnie robić takie rzeczy?

W ciemności
Naturalnie mega moc power zabijaka.
Ten skomplikowany i zwyczajny Leopold Socha… zbawienie (może bez przesady: łyk świeżego powietrza) dla stosunków polsko-żydowskich. Niekoniecznie polsko-ukraińskich. Robert Więckiewicz powinien był dostać 10 złotych power-lampartów za tę rolę, a nie tylko złotego lwa. Postacie lingwistycznie fascynujące, żydzi mówiący w jidysz, po polsku i niemiecku, polacy-lwowiacy, genialna dramaturgia, ciemność jakimś cudem niemęcząca. To jest historycznie trochę bardziej zawiła opowieść od Listy Schindlera, stąd może trudniej o pełne docenienie za granicą, ale to spokojnie ta sama półka. Fajnie, że na jednej z pierwszych planszy jest dedykacja dla Marka Edelmana. Inne świetne filmy w konkursie miały po prostu pecha. To miejsce, w którym oni po 14 miesiącach wychodzą na powierzchnię przypomina mi ganek z boku kościoła w Lasku Bielańskim. 

Droga na drugą stronę
Mocny power.
Historia prawdziwa o niesłusznie skazanym za kradzież rumunie, któremu system niesprawiedliwości (chociaż koniec końców wiadomo, że ludzie) pozwolił umrzeć na skutek strajku głodowego. W Polsce, w 2007 roku. Nie muszę mówić, że nic o tym nie wiedziałem.
Ta narracja zza grobu jest genialna. Zresztą animacja ze zdjęciami też. Jak dobrze, że ten film dostał tyle lwów, wydarł przynajmniej parę z paszczy temu lwowskiemu powerowi powyżej.

Pokłosie
Mega moc power zabijaka, chociaż durnowate kategorie mało tu pasują. Najlepszy z możliwych w każdym razie.
To jest film o pogromach żydów w Polsce. Na rozmowie z twórcami po projekcji dowiedziałem się (dopiero teraz…), że historii podobnych do tej z filmu IPN (IPN!) ma udokumentowanych (z liczbami, datami, osobami) kilkadziesiąt. Zawsze myślałem, że było ich kilka. Producent filmu przypomina jednak, że to niekoniecznie świadczy o większym antysemityźmie u nas niż w innych częściach Europy. Nasza diaspora była po prostu kilkakrotnie większa niż w drugim kraju z kolei, więc i skala zjawiska inna!
Matko Boska co to jest za wstrząsający film. Jakie szczęście, że nakręcił go legendarny reżyser Psów, ukochanego - bo naprawdę dobrego - filmu wszystkich Polaków. Jakie szczęście, że gra w nim gigantycznie popularny Maciej Stuhr. Dzięki temu obejrzy go cały kraj, a naprawdę powinien obejrzeć go każdy Polak. Pierwsze 5 minut od momentu zorientowania się, co Józek wyprawia z tymi macewami, było ciężkie, bo wydawało mi się zupełnie nierealne, przekombinowane. Ale jeszcze przed genialną kwestią Franka, żeby sam sobie je ustawiał, tak jak pozostałych 300+, już to kupiłem w 100 procentach. Fantastyczne są przywracające równowagę i mało poprawne politycznie kwestie o doświadczeniach starszego brata z żydami w Chicago.
No nie da się tego opowiedzieć po prostu. Ale tak jak W ciemności pokazywany za granicą to dla nas (w moim odczuciu) niezła wizytówka, tak pokazywanie Pokłosia "obcym" trochę mnie przeraża. 5% doceni, że sami (jako pierwsi w Europie w taki sposób!) rozliczamy się ze sobą, ale 95% dowie się o rzeczy po raz pierwszy i pomyśli: nie no, co za skurwysyny, to się NIE MIEŚCI W GŁOWIE.






Wystarczy, zapraszam do DKFu poniżej w komentarzach jeżeli ktoś już miał okazję któryś z tych filmów zobaczyć.
Wajda.


niedziela, 6 maja 2012

na Hel ucieczka przed szablonem

W czwartek drzemka w expresie do Gdyni i sen: nadaję w tym śnie przesyłkę poleconą wsiadając do pociągu i sam ją odbieram wysiadając. Konduktor z niedowierzaniem i sympatią wręcza mi moją przesyłkę na stacji końcowej, ja z satysfakcją ją odbieram: Najmrodzki znowu przechytrzył szablon. Po wybudzeniu się z drzemki w Kutnie (pociąg z Warszawy do Gdyni jeździ teraz przez Kutno: kolej nie daje za wygraną szablonowi) i zanotowaniu treści snu, dokonałem obserwacji pary siedzącej naprzeciwko. Ona miała pierścionek z dużą na trzy czwarte palca wieżą Eiffla i kolczyki w kształcie pistolecików, a on pił napój Tiger. Byłem najstarszy w tym dziwnym przedziale, w którym wszyscy uczyli się (chyba) do sesji. Pamiętam równo 16 lat temu, na 1. roku Geologii, również spędzałem majówkę na Helu, z tatą i z bratem, i również uczyłem się do sesji (egzaminy z matematyki i geologii dynamicznej).
Inna ciekawostka: w miniony poniedziałek program Inside The NBA zdobył wachlarz nagród Sports Emmys, a Sir Charles jedną z nich: Outstanding Sports Personality Studio Analyst. Nikt się tak nie cieszy jak my tutaj na Rakowcu panie Charles Barkley, proszę przyjąć serdeczne gratulacje.
Dosyć niedobrze zrobiło mi się w tym tygodniu na wiadomość o śmierci Adama Yaucha, bo kaseta Ill Communication (przepadła 8 lat temu w zezłomowanej skodzie Basi, a co gorsza należała (ta kaseta) chyba do Franka), to było dla mnie coś ważnego. Do utworu "Ricky's Theme" w 1999 roku ułożyłem i śpiewałem pod prysznicem północno-bawarskie słowa: keine... keine Ahnung... keine Ahnung... habe ich (bladego... bladego pojęcia, bladego pojecia... nie mam ja). Z muzyką szło to naprawdę dobrze. Prawdziwa historia i prawdziwa ucieczka przed szablonem.

Biorąc pod uwagę specyfikę naszych znakomitych gości, którzy będą podróżować koleją podczas Euro 2012, polsko-niemiecki przekaz na zdjęciu po lewej wydaje się cokolwiek ryzykowny. Z kolei w wersji angielskiej autor postawił na przejrzystość/wolność od przeszkód i porządek, które mają oczywistą przewagę nad czystością: mniejsze ryzyko potknięć i większa transparentność w toalecie. Jeżeli chodziło mu o nawiązanie do cytatu z piosenki Sabotage ('Cause your crystal ball ain't so crystal clear) to jestem gotów już się nie złościć.