is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 18 maja 2014

protokół bólów

To miał być radosny wpis o tym jak wielki champion odniósł dwa wielkie, naprawdę wielkie zwycięstwa w scrabble. W piątek wujek Franek zaczął od ułożenia proncia i twierdził, że jest na 100 procent. A ja poszedłem 7-ką. Wykopywał się z tego dołka przez całą grę (ang. he was trying to stage a remarkable comeback), ale nie dał rady. Z kolei w sobotę (też 1 na 1, tym razem z Basią) maszerowałem pewnie i solidnie po drugą wygraną, gdy wtem ona zawistowała 7-kę (zaników za 89) na do widzenia, bez możliwości jakiejkolwiek riposty z mojej strony. A była 60 punktów za mną w momencie przyłożenia mi w brzuch młotem pneumatycznym podprowadzonym z budowy 2 nitki metra! Taki policzek nie cementuje miłości i trwałości związku i po tylu latach B. powinna o tym wiedzieć. A mimo to mi go wymierzyła. To było po prostu chore i teraz żałuję, że kiedykolwiek rozłożyłem przed sobą szachownicę ze scrabblami. Z kronikarskiego obowiązku przytoczę tu inne fakty tygodnia, ale stety/niestety już jutro.
Z jutro zrobiło się pojutrze, chore jest to tempo (patrz zdjęcie). Do faktów: w sobotę rano pojechałem z J. do ortopedy, która to pani ortopeda została przez J. poczęstowana bezcennym maminym ciastkiem owsianym. Tacie nie wolno się nawet do niego zbliżać, nie mówiąc o powąchaniu. Potem spontanicznie przyszli do nas Homik z Agatką i dziewczynkami: zachwalali bujność przyrody r-town, komplementując ją brzmieli szczerze, nie było miejsca na kurtuazyjny plastik. Po południu basen z J., naturalnie w niebieskich butach i nowych kąpielówkach. W niedzielę rano poturlaliśmy z J. piłkę po boisku, złożyliśmy wizytę w zjawiskowym mieszkaniu Michała i Beaty, potem kościół, plaża z Jackiem, Kasią i ich niezwykłymi dziećmi, odbiór wydruków do dekoracji siłowni pęcickiej i zasłużony powrót na osiedle, gdzie nawiasem mówiąc pływają już przynajmniej cztery małe kaczuszki-nury z pomarańczowymi dziobami.
W koszykówce, wiadomo, kto ma serce ten wierzy w San Antonio. Ja z trudem uwierzyłem jak wspaniale w tym tygodniu reprezentował siebie i nasz kraj Marcin Gortat w krótkiej rozmowie z Shaqiem. I najlepszy znowu Kenny: "This is who I work with." Ten Gortat to jest dla mnie osobowościowo nieodgadniona zagadka.



O tym wydarzeniu sprzed ponad dwóch tygodni też tak naprawdę nigdy nie chciałbym zapomnieć. Wygrałem w końcu z Rońką – szklanka zawsze do połowy pełna.

5 komentarzy:

  1. cóż… miło mi że nie próbujesz tego ukryć przed światem i udawać że nic się nie wydarzyło… i już ostrzę sobie pazurki i podprowadzam kolejne młoty na następny czempionat. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja i tak podziwiam, że żaden pies ani żadna kobieta lat prawie dwa nie strąciła całkiem przypadkiem planszy, co byłoby oczywiście dostatecznym powodem do uznania rozgrywki za nierozegraną. z p2o1z1d2r1o1w1i1e1n1i1a1m1i1 a.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli policzyć ile razy w sumie wygrałeś w scrabble, to wszyscy jesteśmy w tyle,a ten bieg przecież następnego dnia wygrałeś . Życie jest do wytrzymania !

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham ten nasz pillow talk kochanie, szczególnie stymulujący że czytany przez miliony.
    ...
    To jest do komentarza Basi oczywiście!
    Do F: tak, wiem, raz na milion lat zaświeci słońce.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdecydowanie PRĄCIE... protestuję przeciwko pronciom

    OdpowiedzUsuń