Nadrobię tę zaległość i zafunduję czytelnikom subiektywne show review. Wypunktuję je w punktach, niczym bokser wagi piórkowej na olimpiadzie w Rio.
1. Radzimir Dębski. Diabelnie zdolny i przepracowity, zwracający uwagę na innych ludzi i skromny. Nic sobie nie zrobił z ciężkich chwil (mowa o ostatnich miesiącach, nie dniach!), wziął 200 osób na plecy i dowiózł wszystkich kraulem do brzegu. Well flippin’ done.
2. NOSPR. Za słabe mam ucho, żeby się nad tym rozwodzić jacy oni są sprawni, ale dobrze się ich słucha. Lubią Radzimira i mają tę versatility.
3. Alune Wade Quintet. Poza słuchaniem można na tę grupę patrzeć bez końca.
4. Miuosh. Więzi z publicznością nie sposób mu odmówić. Dystansu do Śląska – można. Traktuje to wszystko koszmarnie poważnie.
5. Naturally 7. Tu się kilka osób trochę zdziwiło. Absolutny Bayern Monachium. O dramaturgii też coś wiedzą. Potworna maszyna.
6. Kapela Maliszów. To jest taki zestaw ludzki, że człowiek chce mieć z nimi jak najwięcej wspólnego, brzytwy z krwi i kości. Serce mi się łamało jak patrzyłem na 14-letnią Zuzannę Malisz, która myślała, że jej bębna nie było słychać w ogóle – trochę było słychać.
7. Kaliber 44. Potrzebuję u raperów dystansu do siebie, takiego jak u Beastie Boysów. Nie wiem czy oni go mają. Albo może ja przespałem młodość, że ich kiedyś dostatecznie nie pokochałem.
8. Łona, Webber & The Pimps. Nie pamiętam, łącznie z nastoletniością, żebym się w kimś do tego stopnia muzycznie zakochał. Oni nie dość, że mają dystans, to mają jeszcze i teksty i muzykę 100 razy atrakcyjniejsze niż jacykolwiek drudzy na mecie, mowa o Polsce. To z myślą o nich wymyślono youtube – a tu okazuje się, że na żywo również do zakochania jeden krok.
9. The Kenny Garrett Quintet. Mistrz to mistrz. Wyszedł i nawet mi przemknęło przez myśl, że to jednak jakaś inna liga jest niż reszta, może ewentualnie ta sama co N7. Odbiór zakłócała mi świadomość, że na perkusji gra u niego Rudy Bird, ten sam, z którym Lauryn Hill nagrywała Ex-Factor i The Miseducation of Lauryn Hill.

I ten Rudy Bird zrobił sobie zdjęcie z moją kartką. To był piękny dzień dla Polski.
5. Naturally 7. Tu się kilka osób trochę zdziwiło. Absolutny Bayern Monachium. O dramaturgii też coś wiedzą. Potworna maszyna.
6. Kapela Maliszów. To jest taki zestaw ludzki, że człowiek chce mieć z nimi jak najwięcej wspólnego, brzytwy z krwi i kości. Serce mi się łamało jak patrzyłem na 14-letnią Zuzannę Malisz, która myślała, że jej bębna nie było słychać w ogóle – trochę było słychać.
7. Kaliber 44. Potrzebuję u raperów dystansu do siebie, takiego jak u Beastie Boysów. Nie wiem czy oni go mają. Albo może ja przespałem młodość, że ich kiedyś dostatecznie nie pokochałem.
8. Łona, Webber & The Pimps. Nie pamiętam, łącznie z nastoletniością, żebym się w kimś do tego stopnia muzycznie zakochał. Oni nie dość, że mają dystans, to mają jeszcze i teksty i muzykę 100 razy atrakcyjniejsze niż jacykolwiek drudzy na mecie, mowa o Polsce. To z myślą o nich wymyślono youtube – a tu okazuje się, że na żywo również do zakochania jeden krok.
9. The Kenny Garrett Quintet. Mistrz to mistrz. Wyszedł i nawet mi przemknęło przez myśl, że to jednak jakaś inna liga jest niż reszta, może ewentualnie ta sama co N7. Odbiór zakłócała mi świadomość, że na perkusji gra u niego Rudy Bird, ten sam, z którym Lauryn Hill nagrywała Ex-Factor i The Miseducation of Lauryn Hill.
I ten Rudy Bird zrobił sobie zdjęcie z moją kartką. To był piękny dzień dla Polski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz