W czasie kiedy ja biadoliłem nad losami świata, Basia przebywała przez 4 doby w Lizbonie i to również była dla mnie bolesna sprawa, tyle że bardziej prywatna i jednak mniej denerwująca, bo wiedziałem, że przynajmniej Basi jest miło. Przy okazji tej sytuacji przekonałem się, że wizyty ludzkie to jest ladies and gents kwintesencja. Wpadła i nocowała Mama, sąsiadka wychodziła rano i wieczorem z psem, no nie jest człowiek sam na tym świecie. A jak już byliśmy w komplecie to wpadł Wojo, pokazywał (na telefonie) swojego pieknego syna i opowiadał niestworzone historie o życiu w Afryce.
Dzisiaj natomiast zajechałem na Szczęki aż dwa razy, za drugim miała miejsce exploatacja trampoliny, która o mały włos zmieściłaby się na zdjęciu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz