SPD ostrzega FDP: muszą uważać żeby nie stać się niemieckim odpowiednikiem Tea Party (czyli najbardziej republikańskich z republikanów). Na co jeden z FDP-owców (Lasse Becker) odciął się na łamach sz.de, że tamci powinni się napić filiżankę na uspokojenie zanim podobne rzeczy puszczą przez mikroporty. To mnie nawet trochę rozśmieszyło, bo porównanie jest rzeczywiście raczej nietrafione. Każdy wie, że w Stanach najbardziej socjalistyczni demokraci są bardziej wolnorynkowi niż najwięksi liberałowie w Niemczech, to jest ta różnica między Stanami a Europą. Ale możliwe (choć samemu trudno mi w to uwierzyć), że nie dość się na tym znam, żeby o tym rozsądzać.
Mam informację z pierwszej ręki: w dzień urodzin mojego brata miała miejsce najniższa temperatura w Wellington od wprowadzenia pomiarów w latach 1940-tych. Potwierdza to ten artykuł: 4,4 stopnia o 11 rano nieopodal uniwersytetu. W tamtejszych mediach królują dzieci lepiące bałwana i słowo "chaos" (jego nadużywanie to normalna nowozelandzka reakcja na śnieg na Wyspie Północnej i na nizinach Wyspy Południowej).
A w kraju (w Żywicielu) przeczytałem w tym tygodniu wywiad Zbigniewa Hołdysa z Wojciechem Jaruzelskim. I spodobał mi się. Wywiad minimalnie bardziej niż Jaruzelski, ale minimalnie.
Wbrew własnej woli żyję na krawędzi. Oto przykład, pierwszy z brzegu, brzeg to w końcu rodzaj krawędzi: wracamy z Basią z Warszawianki w piątek wieczorem, skręcamy w prawo w Puławską, dzwoni ten niemożliwy Fieders. Odbieram, choć za nami policja, konwersujemy o pożyczonym materacu, gliny skręcają w Malczewskiego. Już ich nie mam na ogonie, ale wciąż mnie widzą, ja tymczasem z prawego pasa o 180 stopni przez tory w lewo w tył zwrot i znowu w Pułkę. Następnie w konwencji "z kim ja jestem?" zostaję upomniany przez Basię, że "mógłbym też może włączyć światła." I to wszystko się dzieje tutaj, w tym mieście, mokotowski Miami Vice 2011. Wyszliśmy z tego w jednym kawałku. Na koniec obrzuciłem Basię spojrzeniem jakie znał tylko Tubbs (obrzucał go nim Sonny Crockett): "Po co te nerwy, człowieku, jestem twardzielem, na imię mi Sonny, nad wszystkim panujemy, ciamajdy nas nie dorwą. Choćby dlatego, że to my jesteśmy policjantami i to my ich dorwiemy."
Śnieg od strony Eastbourne w Wellington 25. lipca 2011 roku. W kuchni (tu w r-town) mamy widelec, którym jadłem przyrządzone przez siebie stir-fry właśnie w Eastbourne w grudniu 2002 roku.
Chaos, chaos i jeszcze raz chaos.
Fot. Craig Simcox/Dominion Post

Z chaosem musisz walczyć dzielnie, bo jak on sie za dobrze poczuje, zaczną sie klopoty nie na żarty...wiem cos o tym.Pozdrów Basięi tego niemozliwego Fiedersa.Że ten Wellngton leży sobie tam gdzie leżał 9 lat temu...całuję juz z Polski- mama
OdpowiedzUsuńNiby o niczym a śmiałem się szczerze. Good Job/Rakowiec Vice
OdpowiedzUsuńja też się śmiałam! choć tu się nie ma co śmiać, życie na krawędzi nie na żarty... ;)
OdpowiedzUsuńHarfa z poprzedniego wpisu cudowna... można do jej wtóru góry przenosić.
OdpowiedzUsuńNiektórzy to mają... chyba jednak to sprawa równowagi w przyrodzie. Mojej Żonie serwis oddał samochód z wyłączonymi światłami (zawsze jeździ z włączonymi) i pół kilometra nie ujechała, gdy dzielna PANI policjant wypisała Jej na złotych polskich 200.
Ale nic to ... ratunek dla budżetu (resortu?, miasta?, państwa?)