is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 3 kwietnia 2011

otwarty na świat

Taki właśnie jest Lwów. Nawet najwięksi twardziele wśród uczestników wycieczki, która zaczęła się w czwartek o świcie, wysiadali z samochodu i wrażenia w niektórych momentach.
Nie da się tego streścić.
Na pomoc - żeby nie zostawiać czytelników bez tlenu - przyszedł Air Franz, który podrzucił takie oto Air New Zealand safety video. Ono w pewnym sensie oddaje dynamikę, abstrakcyjność i fajność lwowskiej akcji, a jednocześnie odzwierciedla moją osobistą potrzebę pewnego elementu rozrywki, który - daj Bóg - da się może przemycić w montażu materiału przywiezionego stamtądże. A to wideo to tak naprawdę rzecz o przemyślanym budowaniu wizerunku. Good luck and good night.












niedziela, 27 marca 2011

UK baby, UK

Clarín.com donosi, że w Buenos Aires mieszka 6,56 miliona osób zarejestrowanych na facebooku. Czyli ponad połowa mieszkańców. Tylko pięć miast na świecie jest 'lepszych' w tym zestawieniu. Córdoba jest dopiero na 83 miejscu, niecałe 400,000 ludzi ma tu aktywne konta. Co porabia ze swoim czasem reszta: strach pomyśleć. To pewnie petty criminals albo inny margines.
W tym tygodniu każdy kto ma bloga i resztki oleju (rzepakowego czy budwigowego, że nawiążę do naszej pycha-diety) powinien to napisać: Adam Małysz to świetny gość. Po prostu świetny. Pozbawiony tej właśnie dietetycznie makabrycznej pychy. Polska ma szczęście, że taki człowiek jest jej obywatelem. I tu słówko o March Madness, bo o tym też nie wypada milczeć. W piątek University of Kentucky (UK, nie mylić wiadomo czym: tzn. Basia i ja wiemy z czym, bo również w piątek obejrzeliśmy King's Speech z tego drugiego UK Film Council, i to jest rzeczywiście inne UK) wygrało z Ohio State. Trenerem UK jest John Calipari, ten sam który 15 lat temu zamiast Kobe Bryanta wybrał w drafcie do swoich NJ Nets niejakiego Kerry Kittles'a. No i co? No i właśnie nic mociumpaństwo, bo college ball to jest to, Calipari jest na topie, a wtedy nawet gdyby wybrał Kobe to ten mógłby sobie zaraz gdzieś pójść (i nie mam na myśli dziekanatu). Uwaga puenta: nigdy nie wiesz jakie koło zatoczy życie. 


Zdjęcie Reutersa z 14-go marca, na które natknąłem się na Sueddeutsche.de. Oto kobieta z prefektury Fukushima w izolowanym pomieszczeniu do jakich trafiają ludzie napromieniowani. Są badani i czyszczeni. No i właśnie izolowani na jakiś czas. Polska ma szczęście nie tylko do Małysza, też do geologii.

niedziela, 20 marca 2011

marsz madness

- Ale przytyłeś! 
- Ty też! 
Komplementy anorektyków z r-town.
Tymczasem za oceanem trwa tzw. March Madness, czyli Akademickie Mistrzostwa Stanów Zjednoczonych w Koszykówce. Piszę to wszystko z wielkiej litery, bo Stany to jest takie miejsce, gdzie koszykówka jest ważna. 




A tu Francja w środku mijającego tygodnia w obiektywie Olka. Wczoraj wrócił z tygodnia freeriding'u we Włoszech.

niedziela, 13 marca 2011

uśmiech a sprawa polska

Denerwujące uogólnienia, zwłaszcza te dotyczące grup ludzi różnych narodowości, są poniekąd koniecznością. W każdym razie są powszechnością. Dzisiaj wpadłem na pomysł jak wykorzystać skłonność ludzi do uogólnień dla sprawy polskiej. Jeżeli dajmy na to rano spotykam na spacerze Wietnamczyka biegnącego w za dużym niebieskim dresie Kappa to powinienem (-był, bo już przepadło) się do niego przebiegającego uśmiechnąć i powiedzieć dzień dobry lub hej (tak jak najmniej nachalnie). Może poleciałby na Wielkanoc do domu i powiedział: Ci Polacy, co za grupa! [cyniczne gbury, naśmiewają się z mniejszości]. Nie, poważnie: wydaje mi się, że wtedy jest szansa na pozytywne uogólnienie, które pójdzie w świat, bo takie wyssane ze spaceru opinie są silniejsze niż silna wola. Jestem głęboko przekonany, że należy to uśmiechanie robić.
I jedna sprawa ze świata: Opinia Sir Charlesa o lockoutach w NFL i NBA to święte słowa.



A tu szalona Pogoń Szczecin dzisiaj rano na Polach Elizejskich [nazwa zmieniona z Mokotowskich dla bezpieczeństwa porwanego patyka]. 





Pola = okno na świat dla wszystkich mieszkańców r-town. 

niedziela, 6 marca 2011

setna rocznica

W zakupionym na pewnej austriackiej stacji benzynowej dzienniku Frankfurter Allgemeine Zeitung z 26-go lutego znalazłem (dopiero dzisiaj) krótki felieton o Frischu. Wiedziałem już wcześniej, że jego Tagebuch 19461949 to super książka i legendarna kronika tamtego czasu, ale nie wiedziałem, że to dzięki niej Peter Suhrkamp w 1950 roku wydobył swoje wydawnictwo z niżu. W Niemieckim Archiwum Literatury w Marbach można od niedawna (z okazji zbliżającej się 100-ej rocznicy urodzin Frischa) obejrzeć wystawę dokumentującą kolejne fazy powstawania dziennika. W dniu jej otwarcia niejaki Volker Schlöndorf (reżyser Homo Fabera, 1991), wspominał jak szalonym twórcą był Max Frisch. Krótko przed swoją śmiercią, kiedy wspólnie montowali Fabera, miał powiedzeć: 'Gdybyśmy mieli więcej czasu, zmienilibyśmy jeszcze tę końcówkę.' Schlöndorf: 'I jak by ona wyglądała?' Frisch: 'Coś by się wykombinowało.' Autorowi felietonu chodzi o to, że ten Frisch zawsze próbował otwierać to co napisał na nowe możliwości: produkcji i odbioru. Teraz ważna w tym kontekście końcówka całego artykułu w luźnym tłumaczeniu:
"[Tagebuch 19461949] to wciąż fascynujący tekst: okno na stan świadomości nowicjusza, który po upadku cywilizacji zaczyna wszystko od początku, zaczyna porządkować relacje. Czy czytelnik egipski bądź tunezyjski mógłby się identyfikować z tymi notatkami czasu przełomu? [chętnie dałbym tu 'przeorania', tak jak tłumaczy słowo Umbruch słownik agrotechniczny ;)]. Jakiegoś własnego Frischa należało by im teraz w każdym razie życzyć. A także wydawcy [tu mowa o Suhrkampie] i filmowca [tu mowa o Schlöndorfie], którzy tego [Frischa] rodzaju innowacyjną odwagę podzielają i upowszechniają."
Dzisiaj był fajny, towarzyski dzień. Spotkaliśmy się z Martą, Marcinem, Filipem, Dorotą, Tosią, Zuzią, Marcinem, Rafałem, Babcią Zosią, a ja dodatkowo z Fiedersem, Kamilą i Ninką, Mamą, Andrzejem i Frankiem. Żyć nie umierać.








Oto fotografia artykułu wraz z fragmentem bezcennego stołu, na którym leży sobie bezcenny egzemplarz gazety.

niedziela, 27 lutego 2011

krajobraz przed dietą

To nie miał być łatwy tydzień i nie był, ale było fajnie. Z Andalo II wróciliśmy siedem godzin temu w jednym kawałku i od razu zjedliśmy porządny obiad u teściowej. Takie pożegnanie z Afryką przed rozpoczęciem diety-makabrety kierujemy się w stronę toalety. W domu zastał nas naprawdę czuły list od Ruuda i Rońka, za którą stęskniliśmy się potwornie. We Włoszech udało mi się zobaczyć debatę z sejmu w Niemczech na ARD, w której padło dużo gorzkich słów pod adresem ministra obrony narodowej. Ściągnął od kogoś 70% pracy doktorskiej. Ale ten skandal to nic w porównaniu z tym, że od tygodnia nie poszerzałem horyzontów na espn.com. Zgłaszam wotum kompletnego braku zaufania wobec siebie. Podpisano: Aloiz Pietruszczykiewicz.
 



Wszyscy ci ludzie są już bezpiecznie w domu. Mój przyjaciel William Connor powiedziałby: you wouldn't read about it...

poniedziałek, 21 lutego 2011

obóz dwa w szponach lwa

Opóźnienie wpisu było spowodowane kolejnym wyjazdem do Włoch. Jesteśmy na nim. Jest bardzo miło. Minął pierwszy dzień i wszystko przebiega silky smooth. Najbardziej cieszy mnie to, że jestem tu z naładowaną kosmiczną energią Basią i sobie mieszkamy w hotelu jak jacyś Maharadżowie.






Clarín.com donosi, że na świecie jest obecnie 600 milionów aut (mniej więcej tyle samo ile ludzi było dzisiaj na stoku). Czyli jedno auto na 11 ziemian. Wszystko zaczęło się w styczniu 1886 roku.