W zakupionym na pewnej austriackiej stacji benzynowej dzienniku Frankfurter Allgemeine Zeitung z 26-go lutego znalazłem (dopiero dzisiaj) krótki felieton o Frischu. Wiedziałem już wcześniej, że jego Tagebuch 1946–1949 to super książka i legendarna kronika tamtego czasu, ale nie wiedziałem, że to dzięki niej Peter Suhrkamp w 1950 roku wydobył swoje wydawnictwo z niżu. W Niemieckim Archiwum Literatury w Marbach można od niedawna (z okazji zbliżającej się 100-ej rocznicy urodzin Frischa) obejrzeć wystawę dokumentującą kolejne fazy powstawania dziennika. W dniu jej otwarcia niejaki Volker Schlöndorf (reżyser Homo Fabera, 1991), wspominał jak szalonym twórcą był Max Frisch. Krótko przed swoją śmiercią, kiedy wspólnie montowali Fabera, miał powiedzeć: 'Gdybyśmy mieli więcej czasu, zmienilibyśmy jeszcze tę końcówkę.' Schlöndorf: 'I jak by ona wyglądała?' Frisch: 'Coś by się wykombinowało.' Autorowi felietonu chodzi o to, że ten Frisch zawsze próbował otwierać to co napisał na nowe możliwości: produkcji i odbioru. Teraz ważna w tym kontekście końcówka całego artykułu w luźnym tłumaczeniu:
"[Tagebuch 1946–1949] to wciąż fascynujący tekst: okno na stan świadomości nowicjusza, który po upadku cywilizacji zaczyna wszystko od początku, zaczyna porządkować relacje. Czy czytelnik egipski bądź tunezyjski mógłby się identyfikować z tymi notatkami czasu przełomu? [chętnie dałbym tu 'przeorania', tak jak tłumaczy słowo Umbruch słownik agrotechniczny ;)]. Jakiegoś własnego Frischa należało by im teraz w każdym razie życzyć. A także wydawcy [tu mowa o Suhrkampie] i filmowca [tu mowa o Schlöndorfie], którzy tego [Frischa] rodzaju innowacyjną odwagę podzielają i upowszechniają."
Dzisiaj był fajny, towarzyski dzień. Spotkaliśmy się z Martą, Marcinem, Filipem, Dorotą, Tosią, Zuzią, Marcinem, Rafałem, Babcią Zosią, a ja dodatkowo z Fiedersem, Kamilą i Ninką, Mamą, Andrzejem i Frankiem. Żyć nie umierać.
Oto fotografia artykułu wraz z fragmentem bezcennego stołu, na którym leży sobie bezcenny egzemplarz gazety.