Dzisiaj rano fajna przygoda: pierwszy samodzielny basen z Janką. Wszystko się udało, pływaczka nie wyglądała na cierpiącą, nasza żona i mama w jednej (miłej) osobie może być z nas jakośtam dumna. Ten wpis powstaje w następujących okolicznościach: po basenie i wprowadzeniu drugiego śniadania J. zasnęła w aucie, tatuś bezzwłocznie włączył ostatni
podcast Billa Simmonsa (który przez godzinę grilluje Danny'ego Ainga, m.in. w sprawie transferu P. Pierce'a i KG do Brooklynu), zaparkował przy Polach Mokotowskich (tatuś, nie Danny Ainge) i w rytm techno z tego przedziwnego klubu przy Skrze – o 10 rano... whatever the whack is this all about, mam nadzieję, że tam nikt nie bierze żadnych nie daj Boże narkotyków – wysłuchał audycji do końca. Osobiście, z okazji Mistrzostw Europy w koszykówce, mam dla Państwa na dzisiaj swoje 5 groszy o słynnym M. Gortacie. Już
kiedyś na niego narzekałem, ale chętnie do tego wrócę w zaistniałych okolicznościach (przegrywanie meczów) przyrody. Moim zdaniem on myli pewność siebie z rodzajem przedziwnej polityki sukcesu, która nie wiem w jakich okolicznościach pomaga grać. Można być pewnym siebie po cichu. Wtedy jak coś nie wyjdzie (a zawsze jest takie niebezpieczeństwo, ostatecznie na takim turnieju jest jakieśtam ryzyko trafienia na nie-totalnych amatorów) nie trzeba się wstydzić. Zresztą nie wiem czy on się w ogóle wstydzi.

W tym tygodniu miałem więcej szczęścia niż koszykarze: w piątek usiadłem na toalecie dokładnie w momencie, w którym przez jedną z dziurek w drzwiach wpadło takie światełko. Nie wiem jakiego trafu losu trzeba, żeby doświadczyć czegoś takiego, po prostu nie mam bladego pojęcia.
Doświadczyć tego światełka to niemało . A jeszcze danie sobie rady samemu na basenie z tym ósmym cudem swiata, to juz słów brakuje.
OdpowiedzUsuńpozdrowienia dla całej Trojki!