Basia powiedziała mi ostatnio, że na tym blogu jest
mdławo-miałkawo-przynudnawo. Przedruki, popisy od siedmiu boleści, brak
anegdoty, brak polotu, brak przeboju. Zagryzam ten pocisk i zawistowuję
(ang. fork out) historię z piątku wieczorem. W roli głównej pluszowa
żyrafka od babci Magdy. Słychać sypialniany szept:
B: Zachowuj się cicho, bo będziesz ją usypiał, przysięgam.
M: FYI "ona" ma imię, to nasza wspólna córka.
B: Mateo...
M: Szlufka mi zabrzęczała, ja nie jestem w stanie nie oddychać, mogę się położyć czy mam iść do ubikacji?
B: Połóż się, tylko naprawdę cicho.
[kładę
się powolutku, ale jak tylko pozwalam łóżku zaabsorbować ciężar mięśni słychać pisk żyrafki (ukryła się pod rożkiem kołdry). Podduszenie się ze
śmiechu, Janka lekko wybudzona przechodzi w moduł "ready to be
entertained". Na szczęście my mamy na ten moduł odpowiedź. Do melodii piosenki "Brown Girl In the Ring" Boney M śpiewamy:
Jestem żyrafką
Tra la la la la
Jestem żyrafką
Tra la la la la la
Jestem żyrafką
Tra la la la la
I nie zasnę wbrew osobom miłym dwóm
Plum plum
Tyle o najbliższej rodzinie. Zaraz po niej zawsze najbardziej kochałem Rasheeda Wallace'a. Zawsze. A w tym tygodniu pokochałem go jeszcze mocniej dzięki Jonathanowi Abramsowi. Wiem, że on też by nas, polaków (a zwłaszcza polaków i polki z r-town), pokochał, gdyby jakimś cudem dowiedział się kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 13 stycznia 2013
sobota, 5 stycznia 2013
pozerstwo i demonstracja mają krótkie nogi
Jak donosi sz.de, 1 Stycznia 2013
prezydencję w Radzie Europy znowu objęła Irlandia. Już nie jako
wielki bogacz, jak to miało miejsce w pamiętnym roku 2004.
Oto rzeźby z piasku na dziedzińcu Dublin Castle na zrobionym przeze mnie 29 sierpnia 2004 roku zdjęciu. Dziewięć lat później tak prawdopodobnie będą zabawiali się czekający na limuzyny (popchnięci do ostateczności) unijni delegaci.
Podobno prezydencja w Radzie
wiąże się z organizacją 1600 posiedzeń w ciągu sześciu miesięcy. Z tego ok. 180 Irlandczycy
będą musieli zorganizować w Irlandii. Chcąc pokazać swoim wierzycielom jacy są
oszczędni ogłosili, że na posiedzeniach zamiast mineralnej będą podawali wodę z kranu (ang. tap
water, niem. Leitungswasser). Ponadto, w celu przemieszczania się pomiędzy
różnymi dublińskimi lokalizacjami zebrań, gospodarze udostępnią delegatom rowery zamiast
limuzyn, a w każdym razie udostępnią niewiele limuzyn.
Ostentacyjna pretensja, agresywna demonstracja, popisywanie
się ascezą, ten kraj, ci ludzie, to jest moim zdaniem skandal uwłaczający unijnym
standardom. Na miejscu delegatów położyłbym się demonstracyjnie na samym środku
dziedzińca Dublin Castle i leżał w garniturze, w ziąbie, aż do przyjazdu
lektyki czy czegokolwiek, ażby się ci pozerzy zorientowali, że jest mi zimno i
że trzeba mnie gdzieś zawieźć.
Tu płynne przejście do działu "pomysły na życie". Być może ktoś już
coś takiego wymyślił (jeśli tak – gratulacje), ale w razie
czego dzielę się następującymi noworocznymi spostrzeżeniami. Po pierwsze, nie
trzeba mówić "pada deszcz ze śniegiem". Piszę to zwłaszcza do osób z
tendencjami do przygnębień. Można dla odmiany czy dla żartu powiedzieć "deszcz
ze śmiechem". Po drugie, w sytuacji kiedy chodzimy po coś w tę i nazad po miejscu trochę zabałaganionym, możemy (dla odmiany czy dla żartu)
powiedzieć, że chodzimy od Augiasza do Kajfasza. Te rzeczy można robić, ale
oczywiście nie trzeba.
Oto rzeźby z piasku na dziedzińcu Dublin Castle na zrobionym przeze mnie 29 sierpnia 2004 roku zdjęciu. Dziewięć lat później tak prawdopodobnie będą zabawiali się czekający na limuzyny (popchnięci do ostateczności) unijni delegaci.
niedziela, 30 grudnia 2012
the outlaw appeal czółna nr KP-RYP-0241A
To jasne, że ostatni wpis roku powinien mieć w sobie kilka okrągłych zdań. Wybrałem następujące, autorstwa Alexa Pappademasa:
"[...] no rap group charted a more Beatlesesque career arc." [than the Beastie Boys]
"[...] they bent the music to their own concerns without robbing it of its outlaw appeal." (to oczywiście o wczesnych Beastie Boysach).
Każde zdanie w artykule Alexa Pappademasa z dzisiejszego magazynu New York Timesa jest moim zdaniem bardzo ładne. Ciekawa rzecz: domem Alexa Pappademasa jest grantland.com. Ten Bill Simmons (twórca i redaktor prowadzący grantland.com – nie wiem po co rozjaśniam coś jasnego jak słońce, jasnego jak najjaśniejsza z gwiazd) nie przestaje zmiatać mnie z moich chudych kulasów.niedziela, 23 grudnia 2012
słowo hochvolatil: dźwięk i styl
Kto nie zagląda tu wyłącznie po to, żeby przeczytać co słychać w dalekobieżnym ruchu autobusowym w Niemczech, dla tej/tego zamieszczam jedną informację osobistą. Chodzi o podziękowania dla żony za organizację wczorajszego – zostawmy skromność w osiedlowej altance śmietnikowej – bankietu, dla zaproszonych za przybycie, dla Andrzeja za nalewki, oraz dla Franka za rozwiezienie wszystkich (z niechlubnymi wyjątkami Zuzi i Fiedersa) gości do domów. Za rok powtórka, a już w 2014 Soczi zaprasza na 22. Zimowe Igrzyska Olimpijskie.
Ale wracając do tych autobusów. Chodzi o uwolnienie rynku od 1 stycznia 2013. Do tej pory w Niemczech (między innymi ze względu na środowisko) nie wolno było oferować dalekobieżnych usług autobusowych na odcinkach "obsługiwanych" przez kolej. Teraz te gapy zorientowały się, że może jednak konkurencja w postaci tanich autobusów przysłuży się także środowisku, na zasadzie 50 osób w jednym autobusie zamiast 25 w autach. Niespodzianka... . Powtarzam, Niemcy są cywilizacyjnie lata świet(l)ne za nami.
Niespodzianka 2: Deutsche Bahn nie zamierza inwestować w dalekobieżne autobusy. Zmienny (ulotny olejek kamforowy) rynek (niem. hochvolatiler Markt), słaby margines zysku, wszystko jest dla nich za słabe, komfort jazdy w porównaniu z koleją też za słaby. Otóż jedna informacja: kolejarze, obyście się nie obudzili z ręką w nocniku. Firma DeinBus już oferuje przejazdy z Frankfurtu do Monachium za 9 euro, nie w żuku z plandeką, tylko w "pałacu na kółkach", jak mówią o swoich autokarach ludzie DeinBusa. Informacja pochodzi stąd, a ja życzę wszystkim hochvolatilowcom Wesołych Świąt.
Prezent urodzinowy od żony: 10 naszywek z logo najcudowniejszego refugium naszych czasów (toaleta+espn). Jedną mi gdzieś schowała, żebym przynajmniej jednej nie zgubił. Sama mi je naszyje (na szyję?) gdzie zechcę lub zechce.
Ale wracając do tych autobusów. Chodzi o uwolnienie rynku od 1 stycznia 2013. Do tej pory w Niemczech (między innymi ze względu na środowisko) nie wolno było oferować dalekobieżnych usług autobusowych na odcinkach "obsługiwanych" przez kolej. Teraz te gapy zorientowały się, że może jednak konkurencja w postaci tanich autobusów przysłuży się także środowisku, na zasadzie 50 osób w jednym autobusie zamiast 25 w autach. Niespodzianka... . Powtarzam, Niemcy są cywilizacyjnie lata świet(l)ne za nami.
Niespodzianka 2: Deutsche Bahn nie zamierza inwestować w dalekobieżne autobusy. Zmienny (ulotny olejek kamforowy) rynek (niem. hochvolatiler Markt), słaby margines zysku, wszystko jest dla nich za słabe, komfort jazdy w porównaniu z koleją też za słaby. Otóż jedna informacja: kolejarze, obyście się nie obudzili z ręką w nocniku. Firma DeinBus już oferuje przejazdy z Frankfurtu do Monachium za 9 euro, nie w żuku z plandeką, tylko w "pałacu na kółkach", jak mówią o swoich autokarach ludzie DeinBusa. Informacja pochodzi stąd, a ja życzę wszystkim hochvolatilowcom Wesołych Świąt.
Prezent urodzinowy od żony: 10 naszywek z logo najcudowniejszego refugium naszych czasów (toaleta+espn). Jedną mi gdzieś schowała, żebym przynajmniej jednej nie zgubił. Sama mi je naszyje (na szyję?) gdzie zechcę lub zechce.
niedziela, 16 grudnia 2012
monsoon wedding: dagger swag w 128-ce
Bloger nie może sobie pozwolić na czytanie książki czy słuchanie muzyki w autobusie. Powinien być zawsze czujny, bo nie wie przecież kiedy wydarzy się coś, co być może uświadomi jego czytelnikom jak zmienia się społeczeństwo, jak zmienia się Polska.
Wchodzę do 128-ki w środę po południu, ścisk jak pieron, los chce żebym stał koło Wietnamczyka podrywającego w biały (choć ciemny jak noc) dzień pewną blondynkę. Typowo wietnamska ignorancja: amory w przeddzień rocznicy stanu wojennego. Opowiada o swojej byłej dziewczynie z Nadarzyna, która dowoziła go do Janek, bo wracał od niej tak późno, że z Nadarzyna nie było już autobusów do centrum. Podryw na byłą dziewczynę... mówię mu w myśli: "człowieku, dokąd ty zajedziesz?" A jednak... blondynka siedzi wpatrzona w niego, zadaje pytania pomocnicze. On tymczasem płynnie przechodzi do swojej pracy magisterskiej na Prawie, którą ma nadzieję obronić w czerwcu. Próbuje kokieteryjnie: "To znaczy, obrona w czerwcu to jest plan, a jak będzie…" Oboje się śmieją, ona-podpora: "Spoko, dasz radę." Są zgodni co do posiadania samochodu w Warszawie: masakra i totalny bezsens. Ona nie zamierza przywozić tu auta od rodziców, którzy mieszkają 6h pociągiem stąd. Wszystko im się klei, nawet kiedy ten mądrala zaczyna jej opowiadać o jakiejś grze komputerowej, której wszystkie lewele przeszedł jak burza.
Donoszę tylko na wypadek końca świata, że ona chyba jest zakochana (jest/była), a przynajmniej w środę go lubiła. Zakochana w tym jego nie-warszawskim (chociaż to był chyba warszawiak!) dagger-swaggerze.
Ale gdzie jego dagger-swaggerowi do killer-swagu Justyny Kowalczyk z córką. Autorem zdjęcia jest Nastia, kolejna super newcomerka r-town, towarzyszka zimowych spacerologii po cmenarzu żołnierzy radzieckich.
niedziela, 9 grudnia 2012
obowiązek i nobilitacja
Jestem zażenowany swoim ubiegłotygodniowym wpisem. Zero rozwoju, zero horyzontów, pusty mózg, kogo obchodzi ta przedrukowana papka, że ktoś 15 lat temu powiesił gazety w oknie!? W ramach pokuty chodzę po mrozie bez koszuli, Basi kazałem do siebie mówić "agent Tomek", ta narracja mnie i ją nie tylko podkręca, ale też nobilituje i zobowiązuje.
Był taki moment w piątek rano. Siedziałem w autobusie, pełnym, ale nie nabitym. Z przodu, ale tyłem do kierunku jazdy. Na światłach tuż przed przystankiem przy Rotundzie wnętrze tego autobusu na kilka dobrych sekund ogarnęła, zapewne wzmocniona bielą za oknem, cisza. Wszyscy po prostu siedzą lub stoją, kierowca nie puszcza radia, nie zauważyłem też nikogo ze słuchawkami na uszach. Każdy podróżuje niby oddzielnie, ale przez tę ciszę na chwilę razem. "How odd, how grotesque" pomyślał mój mózg. Przez to, że było tak rano i tak jasno, nie było w tym nic "kafkaesque" (Merriam-Webster: having a nightmarishly complex, bizarre, or illogical quality). Zaskoczę Was, ale kafkaesque to jedyny wyraz w języku angielskim pochodzący od nazwiska niemieckojęzycznego pisarza.
Był taki moment w piątek rano. Siedziałem w autobusie, pełnym, ale nie nabitym. Z przodu, ale tyłem do kierunku jazdy. Na światłach tuż przed przystankiem przy Rotundzie wnętrze tego autobusu na kilka dobrych sekund ogarnęła, zapewne wzmocniona bielą za oknem, cisza. Wszyscy po prostu siedzą lub stoją, kierowca nie puszcza radia, nie zauważyłem też nikogo ze słuchawkami na uszach. Każdy podróżuje niby oddzielnie, ale przez tę ciszę na chwilę razem. "How odd, how grotesque" pomyślał mój mózg. Przez to, że było tak rano i tak jasno, nie było w tym nic "kafkaesque" (Merriam-Webster: having a nightmarishly complex, bizarre, or illogical quality). Zaskoczę Was, ale kafkaesque to jedyny wyraz w języku angielskim pochodzący od nazwiska niemieckojęzycznego pisarza.
Dla niezorientowanych ludzi lasu, którzy zamiast robić zakupy w centrum chodzą swoimi ścieżkami: tak wygląda Rotunda ze wspomnianego wyżej przystanku. Zdjęcie zrobiłem 3 grudnia, zanim spadł śnieg.
niedziela, 2 grudnia 2012
punkt-spełnienie: j-23 na basenie
W tym tygodniu Jalen Rose zdradził, że dawno temu, będąc niepewnym miejsca w składzie zespołu Indiana Pacers, pożałował wydania kilkunastu (jak twierdzi) tysięcy dolarów na żaluzje czy rolety, bo czuł, że w każdej chwili może go czekać przeprowadzka. Okna w wynajmowanym przez siebie domu w eleganckiej dzielnicy miejscowości Cromwell dla ochrony przed światłem oklejał gazetami.
Tymczasem właśnie dzisiaj na świat przyszła druga córeczka Fiedersa. Można powiedzieć, że przyszła już w zimie. I można śmiało powiedzieć, że trochę tę zimę wielu osobom rozświetli. W każdym razie swoim urodzeniem już przyćmiła solidny przecież performance Janki na drugich w życiu zajęciach pływackich.
Ludzie zrozumcie mnie. Każdy bloger marzy o przyłapaniu swoich czytelników na przeczytaniu czegoś, co nimi choć trochę wstrząśnie. Wierzę, że dzieląc się powyższą informacją dobrnąłem do takiego punktu-spełnienia.
Posłuchajcie w wolnej chwili rozmów jakie prowadzą Jalen Rose i David Jacoby. Nie chodzi nawet o treść, chodzi o formę (a ściśle o jej przerost, ang. style over substance). To dla niej już do końca życia moja ścięta głowa będzie marzyła żeby ona i reszta ciała była czarnoskórym (choćby byłym) graczem NBA.
Tymczasem właśnie dzisiaj na świat przyszła druga córeczka Fiedersa. Można powiedzieć, że przyszła już w zimie. I można śmiało powiedzieć, że trochę tę zimę wielu osobom rozświetli. W każdym razie swoim urodzeniem już przyćmiła solidny przecież performance Janki na drugich w życiu zajęciach pływackich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





