Już mówię. Otóż w piątek widziałem w Opolu, na żywo, koncert własnej Mamy z odległości 10 metrów od sceny. Niewiele z niego pamiętam, mimo że wiem, że był dobry. Ledwo pamiętam, że padał deszcz – a padał. Głównie pamiętam, że w odległości 4 metrów od sceny stało 7 pijanych osób w kowbojskich kapeluszach zakłócających swoim zachowaniem spokój psychiczny nie tylko mojej Mamy, ale wielu ciężko pracujących w ten wieczór ludzi.
Było w tym coś tak strasznie smutnego i agresywnego. Płakać chciało mi się przez większość soboty. Za to w niedzielę, nie dość, że pojeździliśmy na rolkach (oboje, nie korzystając z pomocy osób trzecich do opieki na J i L!), to jeszcze poszliśmy na basen, gdzie Janka (w kółku i skrzydełkach) sama przepłynęła pół małego basenu. Wyglądała na bardzo szczęśliwą. W ogóle te długie dni w czerwcu to jest coś nie do opowiedzenia.

Rano musieliśmy się z B. bardzo szybko wymieniać ochraniaczami. Dlatego przepraszam, ale wiozę je na tym zdjęciu do góry nogami.


.jpg)
