is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 10 czerwca 2018

holbex

W tym intensywnie chorym tygodniu dowiedziałem się, że dwóch ojców koleżanek i kolegów Janki z Żabek w młodości wygrało WNBA. Z Holbexem, chyba w 1998 roku. Już nigdy nie przekroczę progów przedszkola w ten sam beztroski sposób.
Tymczasem w NBA, chociaż G-State znowu dokuśtykało do mety, uważam, że game 1 i ten reverse call na Lebronie w końcówce czwartej kwarty to był skandal, period. Ale Stepha kocham miłością czystą, co on komu Bogu ducha winien.


Na tym zdjęciu ze środy zgliszcza byłego wejścia na Lingwistykę. Wprawne oko wyłapie wieszaki w szatni i kantorek ksero. Trochę mnie przymurowało do tych zarośniętych fundamentów jak to zobaczyłem.

niedziela, 3 czerwca 2018

namiot nth-time

Za nami n-te nocowanie w namiocie. Nietrudno zdecydować się na taki krok zostawszy (z okazji dnia dziecka) obsypanym prezentami od babci Magdy. Janka wzięła ze sobą do czytania wielkoformatową „Pod Ziemią, Pod Wodą” państwa Mizielińskich, a Ludwik „Maleńkiego Króla” Taro Miury. A z Arinką przed zaśnięciem zagraliśmy dwie rundy Dixita. Dodatkowo pierwszy raz nie doskwierał (mi, bo innym nigdy nie doskwiera) nocny chłód.
W nocy ze środy na czwartek nocowali (normalnie) Marcin z Martą, Filipem i Frankiem. Jakie szczęście, że we wtorek na promocji w Carrefourze ustrzeliłem dwa szklane bidony po 6zł sztuka. Mogliśmy z okazji dnia dziecka podarować chłopakom szklane bidony plus oligocenkę – co więcej można zrobić?



Chyba tylko to, ale trzeba by się mocno uprzeć.

niedziela, 27 maja 2018

armaggedon w Modlinie

Wieczna chwała dla Janki i Basi (i Arinki i Iljii i Nastii), którzy przebiegli dzisiaj jedne z wielu wersji Runmageddonu na terenie twierdzy Modlin. Z Ludwikiem przez jakąś część popołudnia dosyć dzielnie pilnowaliśmy wszystkim plecaków. W efekcie naszych wymodlin mogliśmy powitać wszystkich na mecie, całych i bez kontuzji.


Nie wiem co musi czuć Bill Simmons przed dzisiejszym Game 7, ale potrafię sobie wyobrazić, że zbliżone podekscytowanie do tego, które Ludwik odczuwa na widok królika Duracell.

niedziela, 20 maja 2018

zieleniecka w słońcu

Kołyszą się trawy wzdłuż Zielenieckiej. Stoimy autem (w nim z tyłu mruczy śpiący Ludwik) przed bramą nr 11 stadionu – nie dla nas świat książki (targi książki), dla nas drzemka. Za chwilę przyjdą tu Basia z Janką i z targów zostanie nam tylko książka dla Ninki Fiedorowicz, do której jedziemy na urodziny i kolację. O obiad też się zatroszczyłem: za 20 minut (jest 12:24) ruszamy stąd na Sadybę, na komunię Amelki. Kto potrafi grać w te szachy życia lepiej ode mnie? Nie Basia, która uparła się żeby kupić tym Bogu ducha winnym dzieciom książki (Amy chyba też niestety coś kupiła) zamiast zaoszczędzić parę groszy i żebyśmy po prostu przyszli coś zjeść, ostatecznie jesteśmy rodziną. Dzieciom te wszystkie prezenty nie robią różnicy, tylko je konfundują.



W czwartek byliśmy na rolkach (Janka, Arina, Zuzia), dziewczyny zatrzymywały się żeby jeść podobno jadalne roślinki z pobocza, ja miałem czas na fotografię.

niedziela, 13 maja 2018

cztery sprawy, w tym ekiden

W tym tygodniu cztery sprawy: w czwartek dowiedziałem się, że metro Kabaty z Konstancinem dzieli (łączy) niecałe 6 przyjemnych kilometrów. Po drugie primo wczoraj rozegrałem wygrany mecz koszykówki formuła 2x2 na boisku przy Domu Kultury Rakowiec z własnym Tatą w drużynie, na oczach Janki. Wieczorem po meczu pomyślałem, że mam po nim niestety dużo cech boiskowych: aktywną grę bez piłki mimo braku zdrowych stawów plus sporą dozę młodzieńczej nieodpowiedzialności. Po trzecie primo dzisiaj odbyła się sztafeta Ekiden, w której na piątkę kilometrów wystartowała Basia. Poziom radości kibicujących matce dzieci nie do opisania. Ja to brałem na chłodno, bo wiem do czego jest zdolna. Później (po czwarte) mimo awarii roweru dojechaliśmy do Francji i dobrze było spotkać się w takim składzie raz od wielkiego dzwonu.


Tymczasem Boston came to play tonight, więc może jeszcze chwilę to pośledzę (w przerwach między reperowaniem roweru).

niedziela, 6 maja 2018

powrót do sauny w Hasle

Nastąpił wczoraj o godzinie 21:15 dzięki Olemu z Dueodde, który nam ją otworzył, oraz dzięki Marysi i Matysowi, którzy zostali z dziećmi i na dokładkę zamienili bałagan w naszym domku w porządek. Ole jest jednym z ok. 130-tu członków Badeklubu Hasle, uprawia kukurydzę na paszę i sprzedaje ją sąsiadowi, który ma dużo świń. Sauna kosztuje 20 krone od osoby we wszystkie miesiące oprócz letnich - wtedy jest za darmo. Latem otwarta jest dopiero od roku - lokalne władze poprosiły o to Badeklub i postawiły sprawę tak: Wy doglądacie i utrzymujecie w sprawności saunę również latem, a my opłacamy Wam za to koszty jej ogrzewania zimą. Badeklub musiał i chciał na to pójść.
Ja nie chcę stąd nigdzie pójść, piszę te słowa na promie z powrotem, a już marzę o dniu, w którym z powrotem suchą stopą stanę na suchym bornholmskim lądzie.



Zwyczajnie lubię co ma do zaoferowania: oto praca wykonana wczoraj na plaży na bazie ciemnego łupka z Sommerodde.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Niemcy i prom

Być może spóźniliśmy się o dzień na Tag der erneubaren Energien w Sassnitz, ale na sto procent nie spóźniliśmy się na prom. Tu z kolei po rzucie oka na morze może pasowałby cytat: ‘Es ist ja nicht zu erwarten, dass das Meer sich verändert hat, trotzdem eine leichte Verblüffung, dass es sich tatsächlich nicht verändert hat.’ Max Frisch, Tagebuch 1966-1971 (6, 137).


To, że się nie spóźniliśmy jest pewnym osiągnięciem: udało się przecież wyjechać o świcie i zaoszczędzić na niepotrzebnym noclegu.