is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 3 maja 2015

łatwowierny jak chora Ameryka

Przez praktycznie całą sobotę jedyne co byłem w stanie z siebie wydusić to: Les go Pacman, rip'im up! Na nic. Na nic ten najgorszy w sporcie weekend. Ale pojeździliśmy z Janką i Ludwikiem w przyczepce po lesie i odpoczęliśmy od zgiełku – zgiełku  związanego z walką oraz game seven tysiąclecia.



Podaję charakterystykę niedawno zasadzonego lasu.

niedziela, 26 kwietnia 2015

wyjście z piekła

Ktoś myślał, że w gardle mi utknie trzymanie kciuków za Spurs – nie utknie mi. Po prostu mam nadzieję, że z tego piekła jakoś wyjdą.
W piątek zmarł Władysław Bartoszewski. Jak większość ludzi potrzebuję bohaterów żywych i kiedy moi umierają jest mi smutno. Robię co mogę i staram się skupić na playoffach nba, ale niestety przebiły się do moich oczu słowa niepojętej dla mnie krytyki pod jego adresem.

Odwaga i wrażliwość, którą trzeba było mieć, żeby brać udział w jego przygodach. Ludzie urodzeni w latach 1970-tych, nawet 60-tych – wydaje mi się, że rozsądnie jest po prostu nic nie mówić. Ale kto ma tyle rozumu? Ja mam, mimo że również w piątek (po raz pierwszy od 14 lat) oddałem krew i odeszło mi jej trochę od mózgu.
Oczywiście mam poczucie spełnienia i powoli się regeneruję. W ramach regeneracji i pocieszenia wysłuchałem (oczywiście w piątek wieczorem) rozmowy Bill Simmons – Joe House. Ten drugi przytoczył taką opinię o trenerze drużyny Washington Wizards, Randym Wittmanie: że (jako trener) przypomina człowieka, który za każdym razem podjeżdżając do stacji benzynowej staje 20 metrów przed dystrybutorami i zastanawia się z której strony ma wlew do baku.
Kocham Simmonsa i kocham (za przytoczenie tej myśli i nie tylko) Joe House’a.



I jeszcze zdjęcie-zagadka, zrobiłem je 2 tygodnie temu.

niedziela, 19 kwietnia 2015

zdecydowałem

Zdecydowałem, że moją ulubioną serią w pierwszej rundzie play-off będzie seria Clippers-Spurs. Ale tylko jeżeli ostatecznie Spurs ją wygrają. Nie mogę nikomu pozwolić rozmieniać siebie na drobne.





W środę i czwartek przyszły do nas paczki gratulacyjne z okazji urodzin Ludwika. W piątek z powodu braku paczki poszliśmy z Janką na basen – chciałem jej jakoś wynagrodzić dzień bez prezentu. W jednej z paczek (od mojej pierwszej irlandzkiej szefowej, Barbary) była taka miła kartka: „Jeszcze się śmiejesz... ale wkrótce będziesz robił co zechcę!"

niedziela, 12 kwietnia 2015

Montmartre

Jest niedziela, prawie północ, więc gdzie mógłbym być? Zjadłem kolację i swobodnie przeszedłem koło słynnego baru z filmu Amelia.


Wycieczka do Paryża spowodowała ponadto, że zostałem fanem Marcusa Millera. Po raz trzeci w życiu, ale tym razem na zabój. Polecam jego najnowszą płytę pt. Afrodeezia z ręką na sercu i nożem na przysłowiowym gardle.

niedziela, 5 kwietnia 2015

niech nikt nie każe mi tego robić wczoraj...

Ale już dzisiaj mogę. Święta do tego stopnia dobre, że o wygranej Duke w uniwersyteckich mistrzostwach USA dowiedziałem się dopiero we wtorek wieczorem. To zaczyna być chore. Z Basią zorientowaliśmy się, że Janka nie tylko używa słowa „marty“ zamiast „narty“, ale dodatkowo niesłusznie sądzi, że istnieje coś takiego jak „mart“ w liczbie pojedynczej.

Wybaczyłem jej to. Moment przeprosin i kajania uchwycił Franek.

niedziela, 29 marca 2015

Błaszczykowski to koniec Polski

Specjalnie daję dramatyczny tytuł, bo wiem, że każdy kochający piłkę człowiek w dzień taki jak ten szuka na tym blogu moich myśli i uczuć. Niestety przepuściłem mecz z Irlandią i nie mogę się na jego temat wypowiadać. Mija cudowny, rodzinny tydzień, którego nawet wczorajsza przegrana Nowej Zelandii w krykieta z Australią w finale Pucharu Świata nie zdoła zetrzeć w pył. Dzisiaj miała miejsce inauguracja sezonu inline alpine, na którą pojechaliśmy naszą czteroosobową rodziną. Spróbuję to jutro opatrzyć zdjęciem.





Opatrunek – tak to wyglądało.

niedziela, 22 marca 2015

stenmark i muzeum historii żydów polskich

Do muzeum Basia zabrała mnie w środę, 18 marca, przed południem. W pracy wolne, wiedziałem, że urodzimy w tym tygodniu, myślałem nawet, że już w czwartek, czyli "w terminie", niekoniecznie siłami natury. Wizytę w muzeum w głębi serca uważałem za niewystarczająco zadaniowe podejście do sytuacji, wydawało mi się, że powinniśmy (ta liczba mnoga to iluzja mężczyzny, że cokolwiek od niego zależy) bezustannie chodzić po miejskich górach i schodach, na świeżym powietrzu, nie w pomieszczeniach klimatyzowanych poświęconych historii żydów polskich. Przebiegliśmy przez to raczej w milczeniu w 2 godziny, przytłoczeni genialnością miejsca i potwornością niektórych historii. Po południu wzięliśmy Jankę autobusem 128 na Szczęśliwice. W czasie gdy ja z J. zwiedzaliśmy toaletę wewnątrz dolnej stacji kolejki, Basia z Rońką cztery razy weszła i zeszła ze słynnej skarpy bezwyciągowej. W drodze powrotnej do zajezdni, na trasie wspominanego w tym pamiętniku podstawówkowego biegu na 1000 metrów, około 17:30, rozpoczął się poród. W przerwach między skurczami zdążyliśmy pożartować, że może dostaniemy darmowy karnet na całe życie jeśli urodzimy blisko stoku, zdążyliśmy pozachwycać się jak doskonale Janka zjeżdża z ostatniej prostej biegu na 1000 metrów na hulajnodze. Zdążyliśmy wrócić autobusem do domu. Potem telefon do babci Magdy, żeby przyjeżdżała (babcia Magda rzuca wszystko i jest u nas w mniej niż 20 minut), polecenie położnej żeby wejść do wanny, wziąć dwie nospy, zrelaksować się i przyjechać do szpitala na 21, zignorowanie polecenia, naturalny poród bez znieczulenia w szpitalu Św. Zofii o 21:40. Nie ma słów, żeby opisać jak dzielną i zdecydowanie wystarczająco zadaniową kobietą jest Basia.
Ludwik (kończy dzisiaj cztery dni) wygląda na spokojnego człowieka, jego siostra robi wrażenie szczęśliwej i podekscytowanej, skacze mu nad/koło głowy, wygląda przy nim jak olbrzym. Urodził się tego samego dnia co Ingemar Stenmark, o czym poinformował mnie kolega z Citi, Magnus.