is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 29 października 2017

Pan Piotr S. nie żyje

Czytam sobie beztrosko espn, rozżalam się nad tym, tamtym, siamtym. A tu zmarł pan Piotr.
Przesłuchałem sobie tę rozmowę z jego żoną. Słuchali razem Stinga, Marka Knopflera. To jest po prostu smutne bez końca.




In a bit of a pickle – tu właśnie, jako społeczeństwo, się znaleźliśmy. Tak mi się wydaje.

niedziela, 22 października 2017

coś zrobił

W czwartek Piotr S., mieszkaniec małopolskich Niepołomic, „wypisawszy najpierw składną polszczyzną to, co większość z nas potrafi tylko złorzeczyć pod nosem“ (to napisał Grześ Piątek) podpalił się pod Pałacem Kultury w proteście przeciwko rządom PiS. Minęło parę dni, a ja wszystkie te informacje (kiedy dokładnie to było, skąd był ten Pan) musiałem dokładnie sprawdzić, bo już zapomniałem! Ciężko nienormalna rzeczywistość.
Zrobił coś, obok czego nie można i nie będzie można przejść do porządku. Szczególnie po przeczytaniu, tego co napisał.





Tymczasem w r-town Ludwik zmienił opony na jesienne.

niedziela, 15 października 2017

casually

W powyższy sposób znajdowaliśmy się dzisiaj w Wiedniu. Na boisku do koszykówki w Arenbergparku poznaliśmy Jonasa (w lutym urodzi mu się dziecko) i Davida (zaproponował nam zapalenie „czegoś“, kategorycznie odmówiłem zanim Basia zdążyła otworzyć usta i rzucić się na niego w euforii, mówię do niej: jest ledwie 9 rano. Boisko ma swoją dominating feature, wieżę przeciwlotniczą postawioną przez przymusowych robotników różnych narodowości, ukończoną w październiku 1943 roku. Sam park w 1785 roku był jeszcze naturalnie własnościa księcia Esterhazego.
Po Esterhazym w Wiedniu było tylko lepiej: śniadanie w Ströcku z Nataschą i jej 18-miesięcznym synem Maurycym, krótka wizyta w Hundertwasser Haus, w którym można nabyć Wunderwasser – Wunderwaffe browaru Stiegl, wizyta w Leopold Museum (zaintrygowała mnie tam głównie osobowość Schielego, który miał w sobie seriousness, ale nie taką gloomy melancholię, tylko seriousness of a person filled with his spiritual task. Oczywiście nie muszę pisać, że znali się z Klimtem, i że Klimt uważał go za lepszego/zdolniejszego od siebie. Celowo nie piszę tutaj ile kosztowało mnie zdobycie tej wiedzy.
Po południu sport w formie wejścia na Kahlenberg, przezornie bez gotówki, oraz pizza w pizzerii Roma. Żona chora ze szczęścia czyta jakąś umowę do pracy i za 15 minut wracamy do dzieci, bo się już za nimi potwornie stęskniliśmy.


Flakturm VIII przy boisku w Arenbergparku ogrzewa się przy niedzielnym blasku dwóch słońc.

niedziela, 8 października 2017

solary

Trwa budowa boiska przy DK r-town. Chcę powiedzieć: we are all witnesses. We, czyli Janka, Ludwik and I, w mniejszym choć nie zerowym stopniu również Basia. W czwartek kiedy szliśmy do przedszkola lofty (taki rodzaj dźwigu, osoby znające Boba budowniczego wiedzą o kogo chodzi – chyba oczywiście, że o Loftiego!!!) podnosił coś co wydawało mi się na 100% tablicą do kosza.
Dzisiaj w drodze powrotnej z MSN, niedaleko Tamki, spotkaliśmy Kluchego, po czym na naszą piątkę wpadło dwóch kibiców ze Świdnika udających się na Stadion na mecz z Czarnogórą i tu stała się rzecz niewyobrażalna: zaczęli zachwalać nam Świdnicki rynek, utyskiwali nad miernością Mazowsza i tak dalej. Wiedziałem, że w końcu kiedyś moja znajomość z Kluchym do czegoś takiego może doprowadzić, ale nie wiedziałem, że już dzisiaj.



Wracając do czwartku: chodziło o panel słoneczny, nie o tablicę. Ale kto głodny i komu chleb na myśli i by się w takiej sytuacji nie pomylił? Nikt, nie ja.

niedziela, 1 października 2017

w piekarni

W środę genialny catch up u Mikołaja. Zasłuchany w opowieści Wojtka przez 15 minut nie mogłem trafić na Marszałkowską (jadąc z Filtrowej). Potem nawet przez sekundę nie spojrzałem na telewizor z durnym meczem Barcelony. No jest to jakaś – byle jaka bo byle jaka – ale jednak chemia.



Byle jaka gdyby na przykład porównać ją z tą: Ali z przyszłą drugą żoną w piekarni. Nie wiem czy nie w dniu, w którym się poznali. Fot. Thomas Hoepker.

niedziela, 24 września 2017

invitation withdrawn!

Dzieci z należytą uwagą, ku radości rodziców i Babci, wysłuchały dzisiaj pacynkowego koncertu Stonesów na Starówce. Jedno z nich dojechało tam nawet własnonożnie. Wieczorem tradycyjną wizytę dziadka wzbogaciła wizyta Roba Holfelda, który opowiadał o swoich dziadkach, niemcach z Sudetenland, właścicielach fabryki ubrań, których koniec II wojny zaskoczył w Pradze (schowali się w ambasadzie Szwecji), dziadek pociął nożyczkami i spuścił w toalecie mundur wehrmachtu, potem sowieci już mieli ich przepędzić, ale szybko cofnęli żeby ci najpierw pokazali im jak używać maszyn w fabryce. Potem wyemigrowali (przez Szwajcarię chyba) do Irlandii. W Athlone założyli fabrykę tekstyliów. I stąd wziął się w tej Irlandii Rob.
Jedyne, w co trudno było mi uwierzyć, to że fragment pocisku z frontu wschodniego dopiero niedawno wyszedł dziadkowi Roba piętą (był postrzelony w plecy). Ale nie takie rzeczy.





Po dzisiejszych wyborach przed Bundeskanzler neue Herausforderungen, wspaniały czas. Tymczasem w Stanach potworny, niestety, cios w Stepha.

niedziela, 17 września 2017

die Puppen müssen auf die Toilette

Tydzień chorej intensywności. Wczoraj miałem takie nieczęste uczucie przynależności, kiedy w przerwie przed zajęciami z maluszkami, z pluszowymi bocianem, żabą, małpką, kogutem i liskiem pod pachą, wpadam pospiesznie do toalety, w drzwiach mijam niejakiego Guido i tłumaczę się znad pisuaru, że pluszaki też muszą się załatwić. On bez emocji, już z innego pomieszczenia w którym płukał ręce rzuca na biało: "ja, logisch“ i wychodzi.


W środę odwiedziłem Muzeum Warszawy z Janką, a w piątek samemu, wtedy wszedłem na samą górę. Niebywała wystawa stała „Rzeczy Warszawskie". Jeśli ktoś lubi rzeczy to zwariuje, jeśli ktoś ma do rzeczy stosunek ambiwalentny, to też jednak powinna ją/go ruszyć uroda całości.