is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 29 lipca 2018

rude awakening

Pierwszy szok to to, że jesteśmy na Fuerteventurze, a nie na Fuertaventurze.
Rzut oka na breakers w El Cotillo pozwala mieć nadzieję, że to będzie porządna fuerta aventura. Po południu usypiając w wózku Ludwika i z Janką na barana traf chciał, że dostrzegłem pana, który sam rzucał do kosza. Oskubał mnie, niestety. Rude awakening bro, jesteśmy w El Cotillo, nie w r-town.

Za to wczoraj na Teglu na telebimie brylowaliśmy, my Polska. Z jednej strony ból i wstyd, z drugiej chyba dobrze, że sąsiedzi mają to dobrze rozpoznane i zapętlowane między wiadomościami o bliźniaczkach Beyoncé. Może dotrze ten dramat do kogoś na zewnątrz, taka message in the bottle.

niedziela, 22 lipca 2018

nie zawsze świeci tu słońce, ale...

...we always deliver on our promises. 



[Dzięki doskonałemu coachingowi] Ludwikowi udało się ujechać już parę metrów bez jakiejkolwiek trzymanki.

niedziela, 15 lipca 2018

zawsze Warta, zawsze wakacje

Znów żółty kombajn, prom na siebie wartej Warcie, słońce, kąpiele w jeziorze po których dzieci nie chorują (stan na dziś). Na przyszły tydzień (bez Mamy) mamy wielkie plany rowerowo-odwiedzinowo-pocztówkowe.  


Myślę, że Michałkow mógłby tu spokojnie kręcić, nie nosem.

niedziela, 8 lipca 2018

cd. (do czwartku włącznie) dziennika zakopanego w wydmie

Dzień 3. Po co kłamać, po co udawać, że życie nas rozpieszcza? Dzisiaj rano, na przykład, na grupę starszą w drodze na przekop chlusnął kapuśniaczek. Gdybyśmy się ugięli i cofnęli to nigdy nie spotkalibyśmy i nie wypytali o pracę Straży Granicznej, nigdy nie odbył by się pięciobój plażowy, szybkość plus koordynacja. Z kolei w grupie 2012 gdyby w porcie Darłówko nie było kolejki do budki na 5 godzin, to pewnie skusilibyśmy się na zakup dzieciom niezdrowych lodów, a tak w zaciszu korony pewnego darłówkowego drzewa zjedliśmy bogate we wszystko, własnoręcznie zrobione kanapki. Po obiedzie i warsztatach (rzeźba w glinie z naszego (!) stawu plus malarstwo) odbył się zakończony remisem 2:2 mecz. Brylowali i dryblowali Marcel i Teo, a dziewczyny mogą mówić o szczęściu, że dowiozły ten remis do końca (doskonała Tosia i Gabrysia, sędziował Witek - przypadek?). Plażowe portrety w galerii zawdzięczamy aparatowi w telefonie Ostoja i korzystnemu światłu (tu już było rozpieszczenie) bobolińskiego zachodu słońca.
~~~
Dzień 4. Łagodny dla skóry, bezlitosny dla bakterii - to hasło żelu którym dzieci przed każdym posiłkiem myją ręce. Zrozumieliśmy, że samą (choćby najdłuższą) jazdą na rowerze nie przygotujemy się do jutrzejszego windsurfingu. Stąd przedpołudniowy, bezlitosny trening-stacje Iron Man Bobolin 2018 na polu obok stadniny, 300 metrów od naszej osady. Stacja nr 1 z Ostojem to równowaga w życiu i na rowerze, nr 2 z Zuzą to myślenie w stresie (slalom plus kółko i krzyżyk), nr 3 to sztafeta na słuch i piłeczkę tenisową z Mateuszem i zespołem Coldplay i wreszcie nr 4 z drabinkami na koordynację i myślenie w stresie umiarkowanym z Witkiem. Wykończone dzieci o własnych siłach doszły jeszcze na plażę i dziękowały kiedy skończyliśmy wycieńczenie szybkości na kopertach. Na wszystkich przedpołudniowych stacjach ćwiczyliśmy oczywiście niezbędną w windsurfingu staminę. Po obiedzie Pacific Ring of Fire na naszej plaży - tu fotografie oddadzą więcej niż wiele słów. Po kolacji Sławek (gospodarz) upiekł z nami chleb i pokazał (dosłownie) jak oddzielić ziarna od plew. Jutro nie chcemy być plewami windsurfingu ani kolarstwa (do jeziora będziemy jechać 8km w jedną stronę!), więc ze względów dietetycznych przełożyliśmy pieczenie kiełbasek na jutro wieczór. To nie do wiary, ale wszyscy śpią, a niektórzy po wieczornych ablucjach.
~~~
Dzień 5. Skrzek mew w rozdezelowanym domu wczasowym „Baltica” na obrzeżach Dąbek. Już on powinien dać nam do myślenia, że to nie będzie walk in the park. W bazie windsurfingowej zderzyliśmy się z instruktorami, którzy zmierzyli dzieci od stóp do głów i wydali wyrok: more prep work. Zanim weźmiemy Was na deski, potrzebujecie more preparation: wejdziecie na piracką łódkę, przepagajujecie pół jeziora Bukowo, nic nas nie obchodzi, że ledwo albo w ogóle nie skończyliście przedszkola. Potrzebujecie koordynacji oko-ręka, dlatego łucznictwo. Potrzebujecie czuć wiatr, dlatego damy Wam popuszczać latawce. Musicie czuć poślizg wodny, stąd skimboarding. Na obiad zjecie kajzerki z bananem, jak Małysz (stamina). A na windsurfing wróćcie jutro, jeśli przeżyjecie dziś. Z podkulonymi ogonami chcieliśmy jak najszybciej uciec, wtedy okazało się, że Krysia złapała gumę. Żeby nie tracić cierpliwości do łatek skorzystaliśmy z busa i uprzejmości obozu Niny i już po 1,5h wszyscy byliśmy w Dębowej Osadzie, a tam niespodzianka: urodzinowe przyjęcie dla Leona z ogniskiem, kiełbaskami, tortem i łowieniem ryb w naszym glinianym stawie. Potem chłopcy sterroryzowali wszystkich, że bez meczu na szczycie takie urodziny niewiele im dają, więc zagraliśmy. 2x10 minut, 3:3, sporo szarpaniny, Fryderyk, Jeremi, (wszyscy zresztą) dzielą się piłką, dlatego tak fajnie się w nią gra.
Choć zdjęcia pokazują, że coś poszło dzisiaj tak, to pamiętajcie: to był dzień próby charakteru zwieńczony gwoździem do trumny: [wyciągniętymi wprawdzie w całości] kleszczami w pępkach Kosty i Janki. Już noc, już ptaki śpią, drzewa śpią, śpimy i my, słodka wabi nas cisza i do snu czule nas ukołysza.
~~~
Dzień 6. Czym jest pierwsza prawdziwa miłość? Jaką ma siłę? Czy może sprawić żeby przystojny młody Amerykanin zamienił rodzinne Fort Lauderdale, FL, na ośrodek wczasowy Spławik 8km za Bobolinem?
Dajmy na to, że Amerykanin nazywa się Cliff, dajmy na to, że dziewczyna w której się zakochuje nazywa się Agata. Tego nikt normalny by nie wymyślił - to musiało wydarzyć się naprawdę i wydarzyło się. I my z naszym obozem weszliśmy w środek ich żaru. On, doskonały skimboardzista z doskonałym podejściem do dzieci (to wiedzieliśmy już wczoraj) okazało się, że to podejście ma również kiedy uczy windsurfingu. Ona, świetna łuczniczka i windsurferka, widać, że szczęśliwie zakochana, przenosi swoje szczęście na uczniów. Ale jakim cudem oboje potrafią uspokoić trochę roztrzęsione (niewiadomą i chłodem jeziora i powietrza) Hanię, Kostę oraz nie mniej przerażone Jankę i Maję i doprowadzić je do stanu uchwyconego na zdjęciach? Jest oczywiście jego śmieszny akcent, który dzieci kochają, ale naszym zdaniem to zasługa, nie bójmy się tego słowa, miłości. Jeśli wszystko pójdzie w tym kierunku, w którym szło dziś, to dzieci będą ją miały i to właśnie do windsurfingu. 
Czy do brzegu - ku niemu zbliżamy się z tym wpisem. Odkładamy na chwilę broń słabeuszy ironię i sarkazm pod łóżko obok skarpetek i szczoteczki do zębów i piszemy to głośno: jest wiele sportów, ale windsurfing to jest windsurfing. Jak mówi Marcel: game-changer.




A tu wczoraj, niespiesznie wracamy przez Tucholę i Świecie.

niedziela, 1 lipca 2018

Bobolin Turbo 2011-2012

Publikuję tu wczorajszy i dzisiejszy facebookowy wpis dziennika obozowego, bo mi się go lekko i chętnie pisze:
~~~
Dziennik Bobolin, rok gwiezdny 2018, dzień 1: dojechaliśmy. Osada Dębowa jest do nas potwornie dobrze przystosowana: ma hektar zielonej trawy do grania w piłkę, piec do pizzy i gospodarza, który umie i nauczy nas ją robić. Byliśmy na plaży, graliśmy we flagi, tylko trochę zmoczyliśmy nogawki w lodowatej wodzie. Wszyscy śpią po dawce lektury, również Teo, który dojechał całkiem niedawno. Jutro rowery, niech to słońce już wstanie.
~~~
Dzień 2. Najwięksi optymiści w swoich najśmielszych marzeniach nie przypuszczaliby... a jednak: starsi bez śladu grymasu przejechali wielką pętlę Osada Dębowa-łąka 1000 krów-Bukowo Morskie (Klasztor Cystersów)-Dąbki-Osada Dębowa (14km), a młodsi pogwizdując dojechali do przekopu między morzem (Bałtyk) a jeziorem (Buków) i wszyscy (starsi i młodsi) zdążyli na obiad. Po nim (w przerwie między jedną a drugą rozgrywką piłkarską) wszyscy zrobiliśmy meduzy z folii, która jeszcze rano owijała nasze drugośniadaniowe kanapki (lekcja recyclingu), a zachód słońca obejrzeliśmy na plaży. Dojechała do nas Agata i ona też już śpi. Wszyscy śpią i śnią o śniadaniu.





Dziś w Bobolinie, sekundy przed odjazdem na akcję.

niedziela, 24 czerwca 2018

tydzień z piłką nożną

No ciężko się to oglądało. To byłoby wielkie zadanie dla wielkich psychologów żeby spuścić trochę powietrza z tych great expectations. Ale to się już nigdy nikomu nie uda. 
Natomiast to, że jeden z Kolumbijczyków nazywa się Cuadrado i żuje gumę, to akurat mi się podobało. I Basi chyba też.



Parę godzin wcześniej w oczekiwaniu na frytki pod BUW-em pojawiła się płonna nadzieja: niebieskie niebo. Zwiodła nas.

niedziela, 17 czerwca 2018

występy Janki, zawody rolkowe w Wesołej i Iris

Upalny tydzień, przytoczę tylko jedną zlaną potem sytuację z Wesołej, z dzisiaj. Będąc ubrany w rolki bardzo chciałem zwieźć taką ciężką żółtą podstawkę pod tyczki parę metrów niżej. Ruszywszy zorientowałem się (po raz kolejny w swoim życiu), że hamowanie z górki sprawia mi kłopot: już wiedziałem, że nie zatrzymam się tam gdzie planowałem. Przy czym nie chciałem przewracać się na asfalt ani w krzaki, więc zdecydowałem, że dla wytracenia prędkości przejadę się po prostu jak gdyby nigdy nic 300 metrów niżej z tą płytką i wrócę też jak gdyby nigdy nic.
No komedia. I jeszcze jak zobaczyłem jednego – może 10-letniego – chłopca, który szedł z tej górki piecem przekładanką tyłem...
Tymczasem Janka (podobnie jak w piątek w DKR na występie modern jazz!) zdecydowanie stanęła na wysokości zadania i ukończyła zawody na pierwszym, medalowym miejscu. Obok na kocu zawodom bacznie przyglądała się Iris. Kto byłby w stanie coś takiego wymyślić przed faktem, tego można było by posądzić o ułańską fantazję.