is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 13 lutego 2011

scarcapony z carcassony

Albo Al Capone w Carcassone (tytułowe scarcapony tu jako włoskie skarpetki dyndające z górnego łóżka kuszetki). Otóż Lwów (Lwow, Lviv), a nie Carcassone, to jest to. Równie królewski, ale ładniejszy i mniej roszczeniowy względem Korony (nie tej kieleckiej) od Krakowa. Byliśmy tam na wizji lokalnej w minioną środę. Hasło wizji: Przygoda, przygoda, każdej hrywny szkoda. Pociąg wjechał na dworzec (chyba ładniejszy od dowolnego w Polsce) punktualnie o 6:03, ale my byliśmy zajęci rozmową z pewnym Amerykaninem z górnej pryczy i wyszliśmy na peron z opóźnieniem. Przez co o mały włos nie minęliśmy się z naszą przewodniczką. Jej mąż na oczach miał sen, ale dowiózł nas do Eurohotelu, a tam godzina pseudosnu i w drogę. Najpierw lotnisko. Front starego terminalu, tzw. Stalinki, wygląda fantastycznie, jak wejście do jakiejś opery za trzy grosze. Potem był stadion, tu dla odmiany nieufność, meldunki walkie-talkie, szlabany, zakaz fotografowania. Ale w końcu weszliśmy. Jest ciut większy od Legii i cały beton partyjny już stoi, jak na Narodowym. Później rozmowa w Ratuszu z lwowskim dyrektorem Euro 2012. Wytłumaczył nam, że pytanie o to, ile z początkowo planowanych inwestycji będzie gotowych na czas jest niemądre. Tutaj jak potrzebujesz pieniędzy na 2 km autostrady to oficjalnie planujesz 6 km, bo wtedy może dostaniesz na te swoje zakichane dwa.
Przy ustalaniu terminu na nagranie z merem miasta dyrektor poleca sobotę. W soboty są mniejsze szanse, że mer będzie pilnie wezwany do Kijowa. Bo jak będzie wezwany, to przywiązuje mniejszą wagę do terminów z kalendarza.
Potem było zwiedzanie (okazuje się, że istniał Taras Shevchenko (1814-1861) oraz że nie był piłkarzem), zacinanie (śniegu z deszczem), opera (tu chętnie wrzucę kiedyś wideo, bo dorwała nas tam zupełnie szalona pani przewodnik) oraz krótka rozmowa z proboszczem w Katedrze Ormiańskiej. Opowiadał o tłumaczu ze Związku Radzieckiego, który przełożył wiersze pewnego legendarnego ormiańskiego poety na rosyjski. Proboszcz mówił, że to niezwykłe, jak dobrze ten radziecki przecież tłumacz znał Biblię. 
Potem już na lekkim zmęczeniu humor dopisywał mi coraz bardziej, więc brzuch trząsł mi się coraz częściej. Na dworcu w Krakowie tuż przed 6 rano zaśpiewałem nawet refren piosenki Jaromira Nochawicy pt. Pijte Vodu.

Basia pojechała wczoraj na obóz do Włoch i pewnie była gdzieś niedaleko słynnego Ga-Pa kiedy niemiecki odpowiednik relacji Z Czuba zameldował, że na starcie dzisiejszego zjazdu pozostały notoryczne siostry Birkner z Argentyny, wobec czego nic tu się już raczej więcej nie wydarzy. Po czym bezczelnie podziękował za uwagę niczym Darek Szpakowski. Lub niczym ja za ten wpis.

niedziela, 6 lutego 2011

wiosna rozkminia r-town

Rozkminiać powoli wypiera staropolskie ogarniać. To znaczy na Powiślu czy Żoliborzu to już jest pewnie tak zwany old news ale u nas w r-town to wciąż nowość. Do doznań estetyczno-muzycznych mijającego tygodnia zaliczę wczorajszą podróż na angielski do Olafa. Na skrzyżowaniu Bitwy Warszawskiej i Białobrzeskiej na porywistym wietrze kołysały się drzewa i sygnalizacja świetlna, a z magnetofonu poszła That's the way (trzecia piosenka na drugiej stronie No Quarter Jimmiego Page'a i Roberta Planta). Z Page'm zawsze byliśmy na tej samej stronie. No i również wczoraj poszedłem na sztukę Ojciec Bóg. Oj da się to polubić. Mogę sobie wyobrazić ten spektakl jako hit na Broadway'u czy w innym Edynburgu, takie to było fajne.
Tymczasem SZ donosi, że nie jest wykluczone przyznanie azylu i udzielenie schronienia Hosniemu Mubarakowi w Niemczech.

A tutaj Greg Popovich podchodzi do Jacka Nicholsona przed czwartkowym meczem Spurs v. Lakers: - Zachowuj się w miarę przyzwoicie, proszę Cię. A Nicholson mu na to: - Nie wiedziałem, że jesteś aż tyle ode mnie młodszy, po tym jak wyglądasz nigdy bym nie powiedział... Pełny zapis z mikroportów CBŚ tu.

niedziela, 30 stycznia 2011

belgradzki łącznik

Ruszamy rano spod śmietnika w r-town do Lasku Bielańskiego. Basia każe mi włączyć wycieraczki, sam się bałem, bo myślałem, że przymarzły, ale one bez wysiłku strzepują puszek z szyby zwiększając widoczność o 60 procent.
B: - Zastanawiam się, jak ty sobie radzisz kiedy mnie nie ma?
M: - Jest taki klub piłkarski, którego nazwa jest odpowiedzią na to pytanie.
B: - Nie Legia?
M: - Nie, Partizan Belgrad.
Na poczekaniu to wypaliłem. Przeszło mi z mózgu na zewnątrz w pół sekundy! A jeśli mowa o partyzantce, to chcę powiedzieć, że cokolwiek pozytywnego miałem do powiedzenia o Szczęśliwicach w sobotę o 10 rano, odwołuję to. Tam jest taki Partizan Belgrad, że żaden nie-partyzant nie powinien się tam zapuszczać. Chyba że chce się departyzantować z tego świata, i stać się the departed. Co mi przywodzi na myśl Jacka Nicholsona, co z kolei przywodzi mi na myśl obejrzany wczoraj świetny film "Polański. Ścigany i pożądany". Nicholson oczywiście kojarzy mi się też z NBA i tu zdradzę, że znowu natrafiłem na film godny obejrzenia,  The Association: Taking on New York. Ja to robię tylko po to, żebyście sami nie musieli szukać tych filmów.






W sobotę na Szczęśliwicach.

niedziela, 23 stycznia 2011

dizzyingly good

Wydawało mi się, że w tym tygodniu świat pędził jeszcze szybciej, ale to pewnie dlatego, że sam ocierałem się o prędkość 0 z powodu podziębienia ciała. Wczoraj w Buenos Aires Boca pokonała River w pierwszym superclásico tego lata. Martin Palermo (tamtejszy Darek Dziekanowski) strzelił bramkę i clarín.com się tym (i nim) słusznie zachwyca. Bode Miller (Martin Palermo narciarstwa) był drugi w piątkowym superclásico w Kitzbühel. Przy okazji obtainowania (obczekowywania) tych niezbędnych niczym tlen informacji, dowiedziałem się, że niemcy na "mgnienie oka" mówią "klapnięcie rzęsami". Taki mój dodatkowy zysk wynikający z naturalnego zainteresowania światem zewnętrznym. Podobnie z tym artykułem Billa Simmonsa (Bode Millera wszystkich felietonistów). To u niego przeczytałem zdanie: "Dizzyingly high, just not stupefyingly high". Jeszcze wyciągnę ten zwrot na światło jako swój w sobie tylko znanym momencie. R-town nie zna dnia ani godziny.



Rońka (w tych stronach wołają na nią Robocop) też nie zna dnia ani godziny. Dzisiaj jej Pańcia zabrała ją na przebieżkę na biegówkach po Powsinie. Wróciła zima i one wróciły szczęśliwe. Na zdjęciu widać rękawiczkę do poniesienia w pysku: nagrodę za dobre sprawowanie.



niedziela, 16 stycznia 2011

contemplation of snow

Już go prawie nie ma  ani w Warszawie, ani w Ustroniu. Ale pewnie jeszcze spadnie gdzie popadnie. Przejechałem się do tego Ustronia pracowo, a pokój 220 w hotelu Muflon dzieliłem z niezwykłym, wspominanym w poprzednich wpisach Jackiem. To jest jedna z tych osób, które uświadamiają mi (trochę boleśnie), że drive'u do roboty (takiej mającej sens) nie trzeba było szukać w Nowej Zelandii, ani w Nowej Funlandii, ani na Grenlandii. I tu jeszcze gorsze, głębsze przemyślenie: nie tylko nie trzeba było, ale wręcz nie należało. Ale z drugiej strony kto tam szukał drive'u? Raczej przygody, a ta się odbyła i była ok, niczym to Ustrońskie sympozjum (z greckiego 'wspólne picie', dowiedziałem się, rzecz jasna, od Jacka). 
Nowo Zelandzka przygoda nie dość, że była ok, to na dokładkę (i to jest wiadomość mijającego tygodnia), mój promotor z Wellington zadeklarował chęć przyjazdu do Polski we wrześniu 2011. Przyjazdu połączonego z mieszkaniem w pokoju Ruuda przez 4 do 5 nocy. Co prawda za główny powód wizyty w tym czasie podaje chęć ucieczki od Pucharu Świata w rugby, ale zawsze to miło, że chce wpaść właśnie do nas.
Dzisiaj odbył się miły spacer z Marcinem, Martą i ich Filipem po Wilsońskim placu zabaw. Spotkałem tam Mateusza, chyba już 6-cio latka, z którym w zeszłym roku jeździłem na nartach na Kalatówkach. Poznał mnie i przybiliśmy pionę, dwaj szefuńcie-mistrzuńcie-men.








Z satysfakcją rozpowszechniam zdjęcie z kolekcji BBC Winterwatch pod tytułem 'Kontemplacja Śniegu' autorstwa fotografa o kryptonimie Wildlife On The Go (znany także jako Bugman). Target: wszyscy deliberatorzy-kontemplatorzy.

niedziela, 9 stycznia 2011

winterchaos

Das Winterchaos to nie są igraszki. Chyba, że z ogniem zimy czyli mrozem. W Niemczech około 110 tysięcy ludzi (ta liczba może się zwiększyć) domaga się od kolei zwrotu pieniędzy za spóźnione lub nieprzyjechane pociągi z okresu świąteczno-noworocznego. Pasażerowie przejechali się na nich zamiast w nich. Minister transportu, Peter Ramsauer, z partii, której nie darzę sympatią, mówi, że w Niemczech zima ani błędy przeszłości to nie wymówki i że będą kary. Od rządu dla kolei kto w to uwierzy? I jeszcze dodaje (ten minister): "Kolej musi teraz zareagować ofensywą inwestycji i poprawy jakości."
Ci Niemcy to są jednak sieroty. Dlaczego nie mogą wysłać do nas ludzi na szkolenia? Podpatrzeć jak to mogłoby działać (gdyby komuś tam chciało się kiwnąć palcem w bucie) i z głowy. Cały artykuł jest tu.
A co u mnie, spyta wścibski czytelnik? Dzięki odwiedzinom 17-sto letniej kuzynki Basi z Cape Town, niejakiej Tash Miszewski, ruszyliśmy się wczoraj z r-town do muranów-town i obejrzeliśmy film 'Tamara Drewe' (Tamara i Mężczyźni). BBC Films oraz UK Film Council maczały w nim palce i może uda im się przełknąć tę żabę, bo koszmarnego wstydu sobie nie przynieśli. Dzisiejsze popołudnie za to chętnie przemilczę, bo żona z bratem ogolili mnie w scrabble tak, że szkoda gadać. Mimo, że ułożyłem słowo 'jazzem'.
Czytam prezent gwiazdkowy od taty, książkę pod tytułem 'Ta historia' (Questa storia) Alessandro Baricco. Czytuję nawet na stojaka w autobusie i metrze, a to jest najlepszy komplement. Dla książki, dla transportu miejskiego i dla Polski, jakby powiedział Felix Neureuther.
To zdjęcie z 17. kwietnia 2005 roku autorstwa Marty Puchały, w której domu byliśmy dzisiaj po kościele. Zostało zrobione w miejscowości Ballina, w Mayo, w zachodniej Irlandii. Dave (w koszulce Interu Mediolan) podszedł do mnie poprzedniej (wtedy poprzedniej) nocy, żeby mi powiedzieć, że kolega który stoi za mną (niejaki Josh) to bardzo, bardzo dziwny człowiek. Kolega Josh był już wtedy nieprzytomny. Wspomnień czar.

niedziela, 2 stycznia 2011

babilon

Trochę go było w minionym tygodniu. Taki czas o zupełnie innej niż domowa prędkości zdarzeń. Przez całe pięć dni obozu słońce i lekki mróz oraz idealny (zwłaszcza rano) śnieg. Nakręciliśmy film z dziećmi, nikt się nie zabił, w ogóle wszystko się chyba udało z czasem sentyment do tych dni będzie tylko rósł. W drodze powrotnej w barze Babilon przy granicy z Czechami (kompleks Rafinerii Czechowice S.A. to od wyrafinowanej babilońskiej kuchni, że powtórzę żart jednego z uczestników wyjazdu), zjadłem dobrą jajecznicę z szynką.
Tymczasem wczoraj w Monachium odbyły się zawody Pucharu Świata w slalomie równoległym. Dziennik sz.de protokołuje:
"Również Felix Neureuther dorzucił swoje pięć groszy komentarza: 'To niesamowita reklama dla narciarstwa, dla Monachium, dla Niemiec, dla kampanii olimpijskiej 2018.' Mocniej się tego nie dało powiedzieć. Gdyby przyjechały ludziki z Marsa, byłaby to również niesamowita reklama Ziemi."





A to właśnie ten Felix na Harendzie w grudniu przed lub po południu w obiektywie wspólnika Franka, Olka P.