Przez ostatnie pół roku żyłem w przeświadczeniu, że jeżdżę na letnich oponach. Żyłem nim również dzisiaj, również w trakcie zmieniania ich na te, którym wierzyłem, że są zimowe.
Brak mi sił. Na szczęście Francuz wykrzesał swoje i z powrotem założył te naprawdę zimowe. Nikt już nie odbierze nam dwóch naprawdę rodzinnych godzinek spędzonych na podmiance opon w warunkach typu marznąca mrzawka. Uwaga ludzie z podobną do mojej awarią oponek mózgowych: opony Dębica Frigo to rodzina ekonomicznych zimówek. Nie odkręcajcie ich od swoich aut w listopadzie – to chore.
Dodatkowo oskarżyłem Rońkę (pseudonim rabuś: śpiące, wybiegane zwłoki rabusia leżą teraz w pozycji śruby na kanapie) o to, że zwędziła rękawiczkę roboczą. Po cokolwiek incydentalnym dochodzeniu prawdy rękawiczka znalazła się w bagażniku. W związku z bliskością święta niepodległości uznałem oczyszczenie i pełną rehabilitację Rońki-niewiniątki za swój obywatelski obowiązek. Jest czysta (oczywiście nie w sensie fizycznym) do czasu najbliższej kradzieży skarpetki (śl. fuzekla).
A w sam dzień niepodległości przebiłem się z babcią (w aucie, naturalnie na kryptozimówkach) przez naród z flagami i dotarłem do Filharmonii Narodowej na doskonałą I, CULTURE Orchestra. Byliśmy w jednej sali z kapitanem Wroną. You heard me. Czego słuchaliśmy? Między innymi I Koncertu skrzypcowego op. 35 Karola Szymanowskiego. Z programu: "Dialog pomiędzy partią solową i orkiestrową ma niekiedy ekspresję wręcz erotyczną, jednocześnie pozostając cały czas w aurze czarodziejskich obrazów dźwiękowych."
Wklejam jeszcze tylko to, bo jest mądre, na czasie i do mnie przemawia. Tak jak Adam Wajrak od ponad godziny na facebooku, też do mnie przemawia. Mimo, że tradycyjnie bezpiecznie pływam po powierzchni zjawisk, to są pewne sprawy i postawy, które przemawiają do mnie głośniej nawet niż ten erotoman Szymanowski.
Słuszna rada z komentarza skłoniła mnie do zmiany zdjęcia. Dialog dedykuję mężom i żonom, zwłaszcza mojej.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 13 listopada 2011
niedziela, 6 listopada 2011
grzmot oklasków
Kto na nie zasłużył? Głównie jesień. Miasto pełne jest ludzi podnoszących z ziemi liście: patrzą na nie i na siebie nawzajem z niedowierzaniem. Że też ich samych i tych liści jeszcze nie zmoczyło. W parkach rodzice tarzają się w liściach i robią iphone'ami zdjęcia zasypującym ich ciała dzieciom.
W r-town nad stawem od paru tygodni nocuje para starszych bezdomnych ludzi. Pewnie jest im zimno i nie mają siły nawet na taką jesień. Wyglądają jakby nie mieli siły w ogóle. Rano pan nalewa sobie do butelki lodowatej wody oligoceńskiej. Jak wszyscy przechodzę obok nich z wyrzutem sumienia, ale mój wyrzut chyba niewiele im pomaga. Grzmot oklasków nie dla ludzkości-społeczności r-town.
Podczas weekendu, który zaczął się 21. października wspominany niedawno Peter Russell odwiedzał domy swoich przodków w angielskich hrabstwach Surrey i Dorset. W jednym z nich, rezydencji o nazwie Normanswood (na zdjęciu autorstwa Petera poniżej) należącej w latach 1897-1904 do zamożnego Thomasa Russella, mieszka dziś Lord Sebastian Coe z Lady Coe. Sebastian to mój czytankowy bohater z pierwszego podręcznika do angielskiego.
Do rzeczy: dnia 21. października 2011 roku Peter Russell oraz Lady Coe popijali kawę przy białym stoliku widocznym po lewej stronie tarasu. Sebastiana nie było w domu. Ludzie, przysięgam, ja tych rzeczy nie zmyślam!
Z kolei na tym zdjęciu both Lady Coe i Lord Coe są w domu i pozują Mai Chęcińskiej do zdjęcia na europalecie w salonie. Wczoraj wymyśliłem nazwę dla firmy pani fotograf (Chęć Zdjęć), ale ona chce iść 'global', więc odnotowuję tę nazwę na wypadek gdyby nie przeszła kontroli paszportowej w Surrey czy Dorset.
W r-town nad stawem od paru tygodni nocuje para starszych bezdomnych ludzi. Pewnie jest im zimno i nie mają siły nawet na taką jesień. Wyglądają jakby nie mieli siły w ogóle. Rano pan nalewa sobie do butelki lodowatej wody oligoceńskiej. Jak wszyscy przechodzę obok nich z wyrzutem sumienia, ale mój wyrzut chyba niewiele im pomaga. Grzmot oklasków nie dla ludzkości-społeczności r-town.
Podczas weekendu, który zaczął się 21. października wspominany niedawno Peter Russell odwiedzał domy swoich przodków w angielskich hrabstwach Surrey i Dorset. W jednym z nich, rezydencji o nazwie Normanswood (na zdjęciu autorstwa Petera poniżej) należącej w latach 1897-1904 do zamożnego Thomasa Russella, mieszka dziś Lord Sebastian Coe z Lady Coe. Sebastian to mój czytankowy bohater z pierwszego podręcznika do angielskiego.
Do rzeczy: dnia 21. października 2011 roku Peter Russell oraz Lady Coe popijali kawę przy białym stoliku widocznym po lewej stronie tarasu. Sebastiana nie było w domu. Ludzie, przysięgam, ja tych rzeczy nie zmyślam!
Z kolei na tym zdjęciu both Lady Coe i Lord Coe są w domu i pozują Mai Chęcińskiej do zdjęcia na europalecie w salonie. Wczoraj wymyśliłem nazwę dla firmy pani fotograf (Chęć Zdjęć), ale ona chce iść 'global', więc odnotowuję tę nazwę na wypadek gdyby nie przeszła kontroli paszportowej w Surrey czy Dorset.
niedziela, 30 października 2011
zmiana czasu
Wspólnie z moją mamą odwiedziliśmy dziś babcię i w babci mieszkaniu przycięliśmy w scrabble. Po czym wspólnie z Basią odwiedziliśmy jej Mamę i w jej mieszkaniu przycięliśmy w scrabble z Tosią. Pierwsza wizyta obfitowała w rodzinne dialogi:
Babcia: Może umyć wam po jabłku?
Mama: Ja mogę tylko pieczone, od surowych boli mnie żołądek.
Babcia: Skąd wiesz?
Z kolei wczoraj na Szczęśliwicach odbyły się zawody narciarskie. Zawody na Szczęśliwicach charakteryzują dwie rzeczy, które potrafią być męczące: zamęt i tłok. Oprócz tego jest jednak w porządku. Dla dzieci całość jest frajdą: im zamęt nie przeszkadza. Instruktorzy mogą sobie narzekać, ale ostatecznie większość z nich to młodzi ludzie i 5 godzin na świeżym powietrzu po piątkowych harcach nie może im zaszkodzić. Rodzice nawet tych nie wygrywających pociech są (a przynajmniej powinni być) z nich dumni, bo jest nie lada sztuką (szczególnie dla czterolatków) połapać się i zdążyć na czas ze wszystkim. Negatywnych elementów wychowawczych współzawodnictwa jest chyba kilka (inna sprawa, że pisze to już większe dziecko, które jako mniejsze dziecko często przegrywało), ale ponieważ trudno ich uniknąć, należy skupić się na jasnej stronie księżyca, której jest sporo.
Znowu otwieram konserwę, a tam Ameryka. Zmiana czasu nic w tych sprawach nie zmienia.
Znowu otwieram konserwę, a tam Ameryka. Zmiana czasu nic w tych sprawach nie zmienia.
Najtańszy z tanich chwytów: zamieszczenie na blogu genialnego Jimmy Kimmela. Ale w tym klipie jest wszystko o co chodzi, czyli dzieci i tajemnica lockout'u. Dlatego nie mogłem się powstrzymać.
niedziela, 23 października 2011
detektyw retrospektyw
Naprzeciwko wyjścia z ateńskiego lotniska mieści się biały jak Grecja hotel Sofitel. Kartofelek-Sofitelek: poczuliśmy luksus jego tarasowej kawiarenki na własnej skórze wczoraj o 8:20 rano. Wtedy to wstąpiliśmy na dwie herbatki (plus po jednej kolorowej bezie wielkości kapsla-poduszkowca), całość za śmieszne 11 euro. Kelnerka o imieniu Bojana i urodzie typu jakiejś proszę ja ciebie fę fatal z Jamesa Bonda pozwoliła nam rozłożyć scrabble, więc pławiliśmy się w tym przepychu i wschodzącym słońcu przez dobre 1,5 godziny. Taras dzielili z nami greccy zawodnicy drużyny water polo w biało niebieskich dresach i ciemnych okularach. Z troską donoszę, że niektórzy z nich palili szlugi, a wszyscy wyglądali jakby w to water polo grali przez całą noc bez przerwy. Wycieńczenie łamane przez zmarnowanie.
Wchodzę do środka skorzystać z toalety i ochłonąć, a tam, w jednej z hotelowych sal na parterze, konferencja: "Supply Chain Benchmarking". Chciałem wejść i wrzasnąć: "Sustainable development!!!", ale bałem się, że iluminacja, której doznają słuchacze kiedy usłyszą po raz pierwszy w swoim życiu te dwa słowa mogłaby otumanić swoim gongiem wszystkie ich zmysły, a cały konferencyjny catering musiałby zostać wybenchmarkowany z powrotem do kuchni.
Po opuszczeniu kawiarni udaliśmy się jeszcze na przyterminalowy trawnik, na którym zachichrywaliśmy się z Basią po raz ostatni do fragmentów książki Adama Wajraka Kuna za kaloryferem, a ja dodatkowo poznałem czasownik "beckenbauern" oznaczający wypowiadanie się bez celu i składu niczym Franz Beckenbauer, z którego delikatnie podśmiechuje się wczorajsza SZ.
Kontuzja gardła wyeliminowała mnie dzisiaj z gry o największą stawkę, ale wspólnie ze swoją koleżanką ("cała czarna" ‒ to nawet dobrze oddaje jej normalny pospacerowy wygląd) z ławki (łóżka) rezerwowych w r-town dopingowaliśmy naszych nowozelandzkich kolegów. Nerve-shredding, if beautiful, stuff. Fot. B. Malinowska.
Wchodzę do środka skorzystać z toalety i ochłonąć, a tam, w jednej z hotelowych sal na parterze, konferencja: "Supply Chain Benchmarking". Chciałem wejść i wrzasnąć: "Sustainable development!!!", ale bałem się, że iluminacja, której doznają słuchacze kiedy usłyszą po raz pierwszy w swoim życiu te dwa słowa mogłaby otumanić swoim gongiem wszystkie ich zmysły, a cały konferencyjny catering musiałby zostać wybenchmarkowany z powrotem do kuchni.
Po opuszczeniu kawiarni udaliśmy się jeszcze na przyterminalowy trawnik, na którym zachichrywaliśmy się z Basią po raz ostatni do fragmentów książki Adama Wajraka Kuna za kaloryferem, a ja dodatkowo poznałem czasownik "beckenbauern" oznaczający wypowiadanie się bez celu i składu niczym Franz Beckenbauer, z którego delikatnie podśmiechuje się wczorajsza SZ.
Kontuzja gardła wyeliminowała mnie dzisiaj z gry o największą stawkę, ale wspólnie ze swoją koleżanką ("cała czarna" ‒ to nawet dobrze oddaje jej normalny pospacerowy wygląd) z ławki (łóżka) rezerwowych w r-town dopingowaliśmy naszych nowozelandzkich kolegów. Nerve-shredding, if beautiful, stuff. Fot. B. Malinowska.
niedziela, 16 października 2011
r-town redefinicja
Wyobraźcie sobie r-town, w którym woda w otwartych kąpieliskach ma temperaturę niczym ta z basenu przy Rokosowskiej. R-town, w którym rugby i inne (w moim przypadku) telewizyjne sporty schodzą w dalszą, niezrozumiałą dal. R-town, w którym wszystkie leżaki na hotelowej plaży są wolne, a zielona bojka tylko czeka żeby do niej podpłynąć. Ono istnieje (na tym świecie, w październiku), a jego pełne imię to Rodos town, Grecja. Nie Szwecja. Na tych drakońskich leżakach wypada (choć jak wspomniałem nie ma przed kim) pokazać się z poważną prasą zamiast tego internetowego piecemealu. Poniżej wkrótce pojawi się wybór wiadomości z zieloną bojką w tle, ale na razie czas to pieniądz, bo moja szalona siostra wypożyczyła auto i
nie ma aż tak dużo czasu na leżakowanie. Poniżej pojawi się również fotografia dwóch przemiłych osobników, którzy urodą i wdziękiem podbijają greckie serca. Tymczasem: adios, Dionizos udaje się do łóżka.
Ok, już wstał i leci z tym przeglądem jak z błyskawicą:
Time, 17/10/2011, strona 4, list od czytelnika Boba Wilsona z Phoenix, który tak komentuje artykuł o nowym gubernatorze Texasu: "This here Rick Perry you write about sure does seem like a rootin'-tootin', six-gun-shootin', cowboy-bootin' macho man, and he scares the bejeezus out of me on account of we've already been there, done that for eight years with that Bush fella." Strona 36/37, wolny przekład: "Steve Jobs lubił cytować [hokeistę] Wayne'a Gretzkiego: Nie jedziesz tam gdzie leży krążek, tylko tam gdzie będzie leżał. (To że Gretzky być może nigdy tego nie powiedział jest znamienne: skoro Jobs twierdzi, że powiedział, to należy przyjąć, że tak było i koniec)." Der Spiegel, 10/10/2011, też na kilkunastu stronach wspomina Jobsa. Strona 72, wolny przekład wypowiedzi Steve'a "the other Steve" Wozniaka: "Wiele osób wierzy, że w 1975 roku pierwszego Apple'a naprawdę zmajstrowaliśmy w garażu. Prawdopodobnie myli im się nasza historia z historią Billa Hewletta i Davida Packarda, którzy w 1939 roku w Palo Alto naprawdę zaczynali w garażu. Prawdopodobnie niezbyt aktywnie wyprowadzaliśmy tych ludzi z błędu. Może ich nawet w niego wprowadzaliśmy. Pasowała nam dosyć ta opowieść do naszego własnego kramu." I wreszcie Newsweek (dowiedziałem się dzięki tym wakacjom, że to jest amerykańska gazeta!), 17/10/2011, strona 62, Dan Ephron pisze o najnowszej książce Amosa Oz Hada, o którym rzecz jasna pierwsze słyszę. Otóż to jest taki pisarz izraelski, który przypomina mi trochę Marka Edelmana i chyba w związku z tym sięgnę po którąś jego pozycję. Tymczasem ostrożnie zmieniam własną pozycję. Przewracam sie na bok i już staję (leżę) w opozycji do swojej poprzedniej pozycji.
Z kalendarza greckiej wyprawy: 16 października 2011, tata z bliźniakami, czyli najfajniejsi na półwyspie Prasonisi. Fot. Iris B.
Ok, już wstał i leci z tym przeglądem jak z błyskawicą:
Time, 17/10/2011, strona 4, list od czytelnika Boba Wilsona z Phoenix, który tak komentuje artykuł o nowym gubernatorze Texasu: "This here Rick Perry you write about sure does seem like a rootin'-tootin', six-gun-shootin', cowboy-bootin' macho man, and he scares the bejeezus out of me on account of we've already been there, done that for eight years with that Bush fella." Strona 36/37, wolny przekład: "Steve Jobs lubił cytować [hokeistę] Wayne'a Gretzkiego: Nie jedziesz tam gdzie leży krążek, tylko tam gdzie będzie leżał. (To że Gretzky być może nigdy tego nie powiedział jest znamienne: skoro Jobs twierdzi, że powiedział, to należy przyjąć, że tak było i koniec)." Der Spiegel, 10/10/2011, też na kilkunastu stronach wspomina Jobsa. Strona 72, wolny przekład wypowiedzi Steve'a "the other Steve" Wozniaka: "Wiele osób wierzy, że w 1975 roku pierwszego Apple'a naprawdę zmajstrowaliśmy w garażu. Prawdopodobnie myli im się nasza historia z historią Billa Hewletta i Davida Packarda, którzy w 1939 roku w Palo Alto naprawdę zaczynali w garażu. Prawdopodobnie niezbyt aktywnie wyprowadzaliśmy tych ludzi z błędu. Może ich nawet w niego wprowadzaliśmy. Pasowała nam dosyć ta opowieść do naszego własnego kramu." I wreszcie Newsweek (dowiedziałem się dzięki tym wakacjom, że to jest amerykańska gazeta!), 17/10/2011, strona 62, Dan Ephron pisze o najnowszej książce Amosa Oz Hada, o którym rzecz jasna pierwsze słyszę. Otóż to jest taki pisarz izraelski, który przypomina mi trochę Marka Edelmana i chyba w związku z tym sięgnę po którąś jego pozycję. Tymczasem ostrożnie zmieniam własną pozycję. Przewracam sie na bok i już staję (leżę) w opozycji do swojej poprzedniej pozycji.
Z kalendarza greckiej wyprawy: 16 października 2011, tata z bliźniakami, czyli najfajniejsi na półwyspie Prasonisi. Fot. Iris B.
niedziela, 9 października 2011
AZS moves like Jagger
Nawet jeżeli Trefl Sopotowcy wzięli do Warszawy zaświadczenia, to i tak nie było im łatwo zagłosować. Nie było łatwo, bo właśnie dzisiaj musieli zmierzyć się z Politechniką Warszawską na Torwarze. Niektórzy gracze tej Politechniki są tak młodzi, że ledwo w ogóle mogą głosować. Ale w kosza dają radę, nawet jeśli Treflowi dziś nie dali. Razem z Piotrkiem i Marcinem byliśmy naocznymi świadkami pierwszych w życiu punktów Mateusza Ponitki w dorosłej Tauron Basket Lidze. Jeżeli Mateusz dojdzie do sławy (jaka mu pisana), to nikt naszej trójce legendarnych irlandzkich Praetoriansów już tego punktu (jego punktów) z cv nie wykreśli.
Niezmordowane bbc.com pisze o pięciokilometrowej plamie oleju w nowozelandzkiej Bay of Plenty. Mój lingwistyczny zysk z tej nieprzyjemnej informacji: slick (n) – plama oleju; to run aground – osiadać na mieliźnie; an all-out effort – wysiłek typu dzisiejsza obrona AZS Politechnika Warszawska; salvage – ocalać, zwłaszcza mienie lub statek. To słówko kojarzy mi się z szeroko rozumianym damage control, która jest naturalną reakcją na każdy disaster. Dodam do tego dwa lingwistyczne zarobki z minionego tygodnia z warszawskiego metra: to sing off the same hymn sheet (to jest to co różne nowozelandzkie instytucje państwowe i grecki operator rozbitego tankowca powinny robić w tej chwili), oraz mealy-mouthed (to z kolei rodzaj wypowiadania się, który musi być kuszący dla każdego rzecznika poważnej instytucji pytanego jak poważne konsekwencje dla środowiska będzie miał wypadek w zatoce).
Jedną z rzeczy, która ominie ludzi z powodu lockoutu w NBA (jak zwykle genialny Charles nie potrzebował dużo czasu, żeby podsumować cały ambaras tu) jest piosenka Maroon 5 Moves like Jagger ft. Christina Aguilera. Jest wyśmienita: po prostu stworzona dla przerw w grze. Stała się hitem kiedy miniony sezon NBA już się skończył, a za rok kiedy liga ruszy z powrotem już nie będzie taka świeża żeby puszczać ją do upadłego w trakcie rozgrzewek i time-outów. Oby trafiła przynajmniej do repertuaru oprawy meczów Politechniki w tym sezonie.
Kanapa Roni (na zdjęciu poza wyborcza naszego psa w obiektywie BM) miała w tym tygodniu wielu znakomitych gości. We wtorek tuż po przedstawieniu Zimy Żal odwiedziła nas cała ośmioosobowa ekipa Ludwika! A dziś urodziny ma Mama! Mam nadzieję, że spędziła miły dzień w trasie oraz że ucieszy się z naszego symbolicznego prezentu jak wróci.
Niezmordowane bbc.com pisze o pięciokilometrowej plamie oleju w nowozelandzkiej Bay of Plenty. Mój lingwistyczny zysk z tej nieprzyjemnej informacji: slick (n) – plama oleju; to run aground – osiadać na mieliźnie; an all-out effort – wysiłek typu dzisiejsza obrona AZS Politechnika Warszawska; salvage – ocalać, zwłaszcza mienie lub statek. To słówko kojarzy mi się z szeroko rozumianym damage control, która jest naturalną reakcją na każdy disaster. Dodam do tego dwa lingwistyczne zarobki z minionego tygodnia z warszawskiego metra: to sing off the same hymn sheet (to jest to co różne nowozelandzkie instytucje państwowe i grecki operator rozbitego tankowca powinny robić w tej chwili), oraz mealy-mouthed (to z kolei rodzaj wypowiadania się, który musi być kuszący dla każdego rzecznika poważnej instytucji pytanego jak poważne konsekwencje dla środowiska będzie miał wypadek w zatoce).
Jedną z rzeczy, która ominie ludzi z powodu lockoutu w NBA (jak zwykle genialny Charles nie potrzebował dużo czasu, żeby podsumować cały ambaras tu) jest piosenka Maroon 5 Moves like Jagger ft. Christina Aguilera. Jest wyśmienita: po prostu stworzona dla przerw w grze. Stała się hitem kiedy miniony sezon NBA już się skończył, a za rok kiedy liga ruszy z powrotem już nie będzie taka świeża żeby puszczać ją do upadłego w trakcie rozgrzewek i time-outów. Oby trafiła przynajmniej do repertuaru oprawy meczów Politechniki w tym sezonie.
Kanapa Roni (na zdjęciu poza wyborcza naszego psa w obiektywie BM) miała w tym tygodniu wielu znakomitych gości. We wtorek tuż po przedstawieniu Zimy Żal odwiedziła nas cała ośmioosobowa ekipa Ludwika! A dziś urodziny ma Mama! Mam nadzieję, że spędziła miły dzień w trasie oraz że ucieszy się z naszego symbolicznego prezentu jak wróci.
niedziela, 2 października 2011
wybory 2011 czyli łabędzi śpiew Argentyny
Witam państwa w wydaniu wyborczym wiadomości. To nie do wiary, ale w samym epicentrum r-town znajduje się kiosk (bez)ruchu, którego właściciel zdaje się mieć podwyższony współczynnik pokiełbaszenia w mózgu. Byłem w środku (niestety nie jego mózgu) dwa razy i za każdym razem ów człowiek opowiadał klientom historie o nie istniejących już w Polsce Polakach. Lub o istniejących w surplusie Niepolakach. Zacząłem ten kiosk podejrzewać o brak zaufania do niepolskości i obdarzyłem go wotum nieufności. Otóż od dobrego miesiąca na szybie kiosku od strony bądź co bądź reprezentacyjnej dla r-town ulicy Pruszkowskiej wisi poster wyborczy Ryszarda Kalisza umazany kupą. Doszedłem do wniosku, że ta niezmyta kupa jest niezbita. To znaczy jest niezbitym dowodem na to, że trwa wojna tego kioskarza z przeciwnikami jego losu. Myśli sobie: ha, skoro już SLD wykupiło to miejsce w srebrnej alu-ramce to teraz niech mają! Jak dobrze, że jakiś dobry człowiek posmarował plakat kupą. Jak dobrze, że plakat wisi nie dość, że na szybie mojego kiosku, to jeszcze tuż przy jedynym w okolicy bankomacie. Niech jak najwięcej ludzi porzyga się na swoje obsrane pieniądze i niech broń Boże nikt nie wchodzi do mnie do kiosku coś kupić. Chyba, że będą chcieli wejść zwymiotować.
Może ja czegoś nie rozumiem (mało prawdopodobne) i jest jakieś inne wytłumaczenie tej ponadmiesięcznej kupy witrynowej. W każdym razie: this shit beggars belief.
Na koniec wątku wyborczego prognoza: wydaje mi się, że PO ma większą przewagę nad PiS niż pokazują niektóre sondaże. To taka konserwatywna (conservative) prognoza, ale i tak chcę być z niej rozliczony w swoim czasie.
Płynnie przechodzę do Żoliborskiej bohemy.
- Czy może pan pilnować przyjaciela, bo właśnie prawie nasikał mi na buty.
Powiedział bez złości pewien mężczyzna do właściciela małego białego szorstkowłochatego milusia w czwartek w Żywicielu. A pan tego pieska (jak na restaurację Żywiciel przystało) był młodym nieogolonym designerem, w okularach, czapce, trampkach, trochę (wspólnie ze swoim komputerem MacBookiem Pro) zajętym rozmową z klientem. Bierze swojego pieska za mordkę i pieszczotliwie potrząsając nią mówi:
- Ziggy co to jest? Co to jest? No co to jest?
Pies oczywiście nie ma pojęcia o co chodzi. W każdym razie jest zachwycony, że pańcio zwrócił na niego uwagę. Pomyślałem, że ten zwrot "co to jest" jest takim uniwersalnym zaklęciem wypowiadanym przez właścicieli do swoich zwierząt. Mają go rozumieć tak: "Nic ci nie grozi, miły z ciebie urwis, ale na razie muszę poudawać groźnego, żeby spławić tego histeryka". A pies myśli "Przecież wiem, zresztą już miałem milion myśli w mózgu przez ostatnich 15 sekund, więc w zasadzie nic nie pamiętam, ale póki do mnie gadasz, to jesteśmy w dobrej formie."
Może ja czegoś nie rozumiem (mało prawdopodobne) i jest jakieś inne wytłumaczenie tej ponadmiesięcznej kupy witrynowej. W każdym razie: this shit beggars belief.
Na koniec wątku wyborczego prognoza: wydaje mi się, że PO ma większą przewagę nad PiS niż pokazują niektóre sondaże. To taka konserwatywna (conservative) prognoza, ale i tak chcę być z niej rozliczony w swoim czasie.
Płynnie przechodzę do Żoliborskiej bohemy.
- Czy może pan pilnować przyjaciela, bo właśnie prawie nasikał mi na buty.
Powiedział bez złości pewien mężczyzna do właściciela małego białego szorstkowłochatego milusia w czwartek w Żywicielu. A pan tego pieska (jak na restaurację Żywiciel przystało) był młodym nieogolonym designerem, w okularach, czapce, trampkach, trochę (wspólnie ze swoim komputerem MacBookiem Pro) zajętym rozmową z klientem. Bierze swojego pieska za mordkę i pieszczotliwie potrząsając nią mówi:
- Ziggy co to jest? Co to jest? No co to jest?
Pies oczywiście nie ma pojęcia o co chodzi. W każdym razie jest zachwycony, że pańcio zwrócił na niego uwagę. Pomyślałem, że ten zwrot "co to jest" jest takim uniwersalnym zaklęciem wypowiadanym przez właścicieli do swoich zwierząt. Mają go rozumieć tak: "Nic ci nie grozi, miły z ciebie urwis, ale na razie muszę poudawać groźnego, żeby spławić tego histeryka". A pies myśli "Przecież wiem, zresztą już miałem milion myśli w mózgu przez ostatnich 15 sekund, więc w zasadzie nic nie pamiętam, ale póki do mnie gadasz, to jesteśmy w dobrej formie."
Jesień w r-town wypiękniała wraz z przyjazdem Franka. Ten gruboskórniak już dwa razy zdążył rozwalić nas w scrabble. Nie wyszedłbym po tym z depresji, gdyby nie świadomość, że w przyszłą niedzielę na wyborców powracających od urn (w tym na mnie i jak mniemam na tego kioskarza) czeka ćwierćfinał Rugby World Cup 2011, Nowa Zelandia – Argentyna w Auckland. Awesome.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




