is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 1 września 2013

tydzień w prasie, tydzień w realu

Największym wydarzeniem tygodnia obu słynnych placów zabaw okolic parku Zasława Malickiego było to, że J. zaczęła składać swoje kroki w liczne grupy, od kilkunastu do kilkudziesięciu kroków bez przewrotki w każdej. Z kolei największym wydarzeniem tygodnia na portalach espn.com i grantland.com był artykuł Simmonsa pt. The Unfortunate Tale of T-Mac. Te dwie osoby, Bill Simmons i J., mają jedną wspólną cechę: obie bardzo lubię. J. nawet o tyle bardziej, że jest Polką, sporo z tego co się do niej po polsku mówi rozumie, a Bill jest – per saldo, im dłużej się nad tym zastanawiam – jakimś kompletnie obcym facetem.
Tymczasem dzisiaj są urodziny Basi. Po raz pierwszy wypadają w dzień pisania bloga. Jestem jej bardzo wdzięczny, że ma do mnie tyle cierpliwości oraz cieszy mnie, że wygląda na maximum 22 lata. Bardzo ją kocham, ale nie chodzi oczywiście o ciało, bo to by było za płytkie. Podpisano: nurek.



A czytając w piatek wieczorem ten artykuł o McGradym przeszło mi przez myśl, że każdy jest kiedyś młody. Co więcej: każdy zostaje młody na zawsze. Czy Janka, czy Allen Iverson, w pewnym sensie w myślach wszyscy zostają młodzi. Zdjęcie: USA Today Sports.

niedziela, 25 sierpnia 2013

to cut the longboard story short

Dzisiaj podśmiewałem się na ucho do Basi, że w Zielonym Jazdowie przed Centrum Sztuki Współczesnej nie wypada pokazywać się bez longboardu, a najlepiej dodatkowo mieć własną lub być w jakiejś kapeli. Ale zastygł mi ten średni dowcip na ustach kiedy dwie godziny później pewien właściciel pracowni architektonicznej pożyczył mi na chwilę swój własny longboard. Mogłem na nim próbować swoich najnowszych tricków: skrętów w lewo i w prawo. Zresztą ten pan (właściciel longboardu) to był człowiek po przejściach, miał jakąś żonę, potem się rozstali i tak dalej.

Tymczasem wczoraj w r-town: oto zrobione przez babcię Janki zdjęcie 2 balonów wypuszczonych do nieba podczas bankietu z okazji 1. urodzin przemiłej jubilatki. Będę to zorganizowane przez moją multi-talented wife popołudnie długo pamiętał, bo było dzięki przybyłym gościom naprawdę udane.

niedziela, 18 sierpnia 2013

tak to już za przeproszeniem the way it is

To zdjęcie Dariusza Kuli z piątku to świadectwo ciekawej przygody mijającego długiego weekendu. Od lewej widać na nim wielkiego zdobywcę pomarańczowego łańcucha do roweru górskiego Dariusza W. (patrz poprzedni post), czterokrotnego laureata Grammy, dziesięciokrotnego laureata Grammy, dwie dziewczyny, reżysera i jakiegoś również ważnego pana pokazujących sobie coś ważnego, oraz (grającego na skrzypcach) Davida Mansfielda.
Otóż o co chodzi z tym Mansfieldem. To właśnie on był jednym z założycieli zespołu Bruce Hornsby and the Range. Swoją Grammy odebrał za album „The Way It Is“ tego zespołu, ale to było szmat czasu temu, w 1986 roku. Fragmentu tytułowej piosenki z tej płyty można posłuchać tu, a całości tu. Jestem wykończony (exhaustion, bro), tęsknię za swoimi dziewczynami and that’s just the way it is.

niedziela, 11 sierpnia 2013

laying the smack down

W miniony upalny, wczesnosierpniowy wtorkowy wieczór czterech bardzo dobrych kolegów pofatygowało się do r-town zagrać ze mną w koszykówkę. Czułem się zaszczycony i będę im za to do końca życia wdzięczny. Dla mnie to były prawdziwe półtoragodzinne wakacje, osłoda życia pod nieobecność dziewczyn. Zastanawiałem się na czym to nieopisane szczęście wspólnego grania polega. I doszedłem do wniosku, że na dwóch rzeczach:

1. Na gadaniu. Bez przerwy. Do bólu brzucha ze śmiechu. Im gorzej grasz, im ledwiej żyjesz – tym więcej komentujesz.
2. Na braku (lub prawie braku) potrzeby wygrywania. Przy jednoczesnej świadomości (chyba ważnej), że kiedyś wspólne wygrywanie i przegrywanie nie było do końca obojętne.

W Stanach trochę inna jest formuła takiej podwórkowej koszykówki, poza tem określenie „total strangers“ zupełnie nie pasuje do sytuacji z wtorku, ale mimo wszystko chętnie zacytuję tu fragment artykułu Simmonsa sprzed kilku miesięcy dotyczący błogosławieństwa wyjścia na świeże powietrze z piłką:

"And ideally, this is what happens: A few times per year, you'll find the right four guys on a crowded day, everything will click, you'll turn into the '77 Blazers, and you end up laying the smack down, 2013 Heat–style, for six or seven straight.
It's just the best day you can have. It's the greatest. You limp out of there beaming, and when your wife or girlfriend asks you later that night why you're so damned happy, you can't even properly explain it. How can you explain total bliss? I love playing basketball — even now, with my body breaking down and my game decaying to alarming degrees — if only because it's one of the few places left on earth where you can connect with total strangers like that. Age doesn't matter, backgrounds don't matter, nothing matters. You have four teammates, they can be anybody, and you either know how to click with them or you don’t.“








Michael jest wycieńczony, ale to był naprawdę wysokiej jakości czas. Zdjęcie „po grze“ zrobił Maciek Kamiński. W dodatku wrzucił je na facebooka, gdzie mogłem sam sobie własne szczęście komentować.

niedziela, 4 sierpnia 2013

rezerwacja

Z rodzajem rezerwy pewien niezupełnie trzeźwy, trzymający w ręku pół litra wódki mężczyzna 50+ poprosił mnie dzisiaj rano czy bym mu nie ustąpił miejsca. Staliśmy we dwóch około 8:40 w kolejce do kasy w Biedronce: ja łosoś, kasza gryczana, pestki słonecznika, jabłka i serek dla Rońki, on pół litra plus śpiew do niewyspanej kasjerki „czy te oczy mogą kłamać“. Patrząc na mój zakupowy zestaw mówi niby do siebie: „Boże, gdybym ja miał takie problemy...“ Ja poza tęsknotą za dziewczynami rzeczywiście nie mam wielkich problemów. A w tej tęsknocie pomaga mi jedyne znane mieszkańcom r-town skuteczne lekarstwo: blues z płyty spirityouall Bobby’ego McFerrina. Utwory 5 i 13 (jak się zmienia to tempo tam w pewnym momencie) są dobre. Ale mam na myśli naprawdę dobre.



Nie tylko dla pana z porannej kolejki do kasy: na takich ławkach można sobie usiąść w parku żołnierzy radzieckich, który odwiedziliśmy dziś po południu z Mamą i z Ronią.

niedziela, 28 lipca 2013

psy i ludzie

"Psy i ludzie" – taki kryptonim powinno mieć moim zdaniem jeziorko na Polach Mokotowskich, bo właśnie te dwa typy ssaków moczą w nim swoje cielska w upalne lipcowe dni.
W mijający weekend sporo czasu spędziliśmy w plenerze r-town, na babcinej działce oraz w okolicach "psów i ludzi". Basia ma obecnie energię do akcji oraz ciało żeby tę (każdą) akcję performować. Na przykład wczoraj dostaliśmy 4 kg moreli od sąsiadki z działki obok, dziś w słoikach tłoczą się już powidła. Dla kontrastu: mi udało się uciąć wczoraj 1,5-godzinną drzemkę w czasie drugiego spania Janki.
Dzisiaj przechodząc obok "psów i ludzi" minęliśmy panią z aparatem, która akurat robiła zdjęcie gołemu brzuchowi kogoś leżącego (do góry brzuchem) na ławce na szczycie górki. W kadrze miała właśnie brzuch, niebo i topole. Znając życie pewnie wykorzysta to zdjecie na swoim blogu. Ja się muszę przespać żeby zdecydować które zdjęcie tu umieścić, bo na działce byli u nas dzisiaj i Fiedersowie i Homikowie. Ci pierwsi przynieśli dmuchany basen japoński od pana Abe. Jak na basen wypełniony wodą ze szlaucha reaguje Janka – chyba nie muszę mówić. Reaguje tak jak ja na każde dobre zdanie Simmonsa: gorączka, palenie w skroniach, utrata przytomności z nieprzytomności ze szczęścia.





Koniec weekendu, wracamy z działki: Marta, Paweł, Janka, Mateusz, Marta i Agata. Fot. BMP

niedziela, 21 lipca 2013

chiński łącznik: wejście do gry

Dzisiaj na placu zabaw na Polach Mokotowskich przyglądając się sobie i innym rodzicom naszła mnie straszna myśl: jak szybko (za szybko) przechodzi się nad faktem posiadania dziecka do porządku dziennego. W tej samej sekundzie (sekundzie nachodzenia pierwszej myśli), nachodzi mnie druga – przecież ja, wielki ważny ja, siedzę sobie właśnie na placu zabaw i patrzę na małego stworka obok mnie i ten stworek to jest moje własne dziecko. I już nie wiem co w tym jest oczywistego i powszedniego. To znaczy wiem: nic. Na placu zagadałem pewnego Chińczyka. Mieszka i pracuje w Warszawie od miesiąca, rodzinę ściągnął tutaj 6 dni temu. Są tu (tu w Polsce, tu na placu) jego żona, starsza o trzy miesiące od Janki córeczka (ma buty z efektem dźwiękowym, więc Janka wpatrzona w te buty jak w jakieś małe chińskie cudo) oraz mama lub teściowa. On pracuje w ICBC (Industrial and Commercial Bank of China) i będzie tu mieszkał równo 6 lat. Wie to. Ja na to: Shit, awesome bro... . Bank załatwił mu mieszkanie w ładnym miejscu na Kieleckiej, to, tamto, siamto, wszystko. Pytam się jak mu się tu podoba. Mówi, że jest trochę zimniej niż w Singapurze, w którym mieszkał ostatnio (na placu nie było jakiegoś koszmarnego chłodu, jeśli ktoś miał przyjemność chodzić dziś po Warszawie). A ja mu na to: człowieku trzeba było się tu przeprowadzić w lutym, wtedy to dopiero byłoby Ci zimniej niż latem w Singapurze. Mówię mu, że niech sobie wyobrazi, że wszystko co mam w domu jest z Chin. Odpowiada: "Yeah: aren't we awesome?" Chińczyk, bankier, z poczuciem humoru. Tak jak mówiłem, świat stanął okoniem na głowie i nie da się go już tak łatwo wytłumaczyć.



Wszystko jest do tego stopnia nienormalne, że w minionym tygodniu zdarzyło mi się kilkakrotnie jechać do pracy rzadkim tramwajem nr 37. To miejskie zdjęcie zrobiłem czekając na tego za przeproszeniem Godota wszystkich tramwajów, chyba we wtorek.