is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 19 października 2014

dwie książki i ukochana Lisa Fischer

Już dwa tygodnie temu wpadłszy na ten film upewniłem się, że kocham Lisę Fischer. Jeszcze w piątek B. pokonała wszystkich w scrabble, a już w nocy z soboty na niedzielę Babcia M. bez cienia urazy opiekowała się nie kim innym tylko córką tej, która pokonała ją i jej pierworodnego syna. W kąciku czytelniczym dwie książki, które z ręką na sercu mogę polecić wszystkim ludziom: „Izrael już nie frunie“ Pawła Smoleńskiego i „No Place to Hide“ Glenna Greenwalda, obie pożyczył nam Andrzej. Z kalendarium: 25 lat temu, 19 października 1989 roku, w sprawdzianie na 1000 metrów na Szczęśliwicach uzyskałem czas 3:28. A dokładnie 2 dni temu Francuz z Misią byli na koncercie Calle 13 w Bogocie.



Jesień na placu Inwalidów półtora tygodnia temu wyglądała z kolei tak.

niedziela, 12 października 2014

ważne w sporcie

Obejrzałem wczoraj na swoje szczęście piłkę. Wczorajszy należał do najlepszego typu wszystkich meczów: wielki przyciska małego, ale to mały pierwszy punktuje, czym jeszcze bardziej denerwuje wielkiego. Ale wtedy małemu jeszcze raz wychodzi (najlepiej, tak jak wczoraj, tuż przed końcem) i udaje się dotrwać. (Moim zdaniem) ograniczone znaczenie mają: następny mecz, naród, kibice, związek, komentatorzy, histeria – bo to nie następny mecz, naród, kibice, związek, komentatorzy i histeria musieli półtorej godziny zasuwać za tymi (naprawdę dobrymi) Niemcami. Najbardziej liczy się moim zdaniem to, że piłkarze którzy wczoraj grali (kiedy już będą starzy), będą mogli do siebie zadzwonić/spotkać się i powiedzieć: stary, pamiętasz to? A tak naprawdę to nic nie będą musieli do siebie mówić, wystarczy, że na siebie spojrzą. To jest miłe na każdym poziomie rywalizacji, ale na takim pewnie szczególnie. I w ogóle: rzecz nie musi dotyczyć tylko sportu. Dziękuję za pochylenie się nad tą krótką filozoficzną refleksją.
Spędziłem bardzo przyjemne piątek/sobotę na urodzinach pewnej fanatycznej kibicki i niedzielę niemal samotnie z J. Gdzie my to nie byliśmy. Jesień w tym wydaniu jest nie do pobicia, nawet przez Niemców.



Na dowód dwa klony. Genetyka w r-town jest na światowym poziomie.

niedziela, 5 października 2014

one hot minute

Już o wcześniejszej porze coś bym tu napisał, ale niestety przy sprzątaniu i zmywaniu wpadłem w Internecie (w uchu) na album One Hot Minute grupy Red Hot Chilli Peppers z 1995 roku, który spowolnił moje ruchy sprzątaniowe na rzecz dodatkowych ruchów ciała, niezwiązanych ze sprzątaniem. Dzisiaj Misia zacząwszy od trzech kolejek po 12 punktów każda znienacka wysadziła wszystkich w powietrze, niczym Richard Vivien w Villach w 1987 roku kiedy to wyskoczył zza pleców Andrzeja Mierzejewskiego. Z Basią obejrzeliśmy w mijającym tygodniu trzy dobre filmy dokumentalne na stronie documentary.net – strona warta grzechu. Uzupełnię tę notatkę jeszcze tylko informacją ile osób w ostatnich kilku latach wyemigrowało z Hiszpanii do Ameryki Południowej – chociaż zrobię to jutro, to już dziś mogę zdradzić, że ta liczba może Was zaskoczyć, niczym Vivien Mierzejewskiego w Villach w 1987 roku. Już jest jutro. Otóż plus minus jeden milion przez ostatnie 6 lat.


Tymczasem Polska o tej porze roku w słoneczny dzień jest piękniejsza niż każde, najcieplejsze nawet wakacje czy emigracje. Dlatego żal, że skończyło się rozkładanie pomarańczowego ręcznika mniejszy.

niedziela, 28 września 2014

jerozolimski pies

W piątek zabraliśmy się na wycieczkę do wesołego miasteczka w Tel Avivie. Tego samego, do którego prawie 20 lat temu na pierwszą randkę mąż mojej ciotecznej siostry zabrał tę wtedy jeszcze nie swoją nawet dziewczynę na pierwszą randkę. A ona spóźniła się na nią podobno 40 minut! No ale wróćmy do piątku, nie rozgrzebujmy ran. Otóż Basia ustrzeliła dla Janki takiego pluszowego pieska z niebieskim sercem (żetony za 30 zł) zarzucając dwa krążki na drewniany kręgiel. Chociaż mi nie udało się zarzucić żadnego, to po raz pierwszy potrafiłem cieszyć się cudzym szczęściem, ba, kiedy zobaczyłem drugi krążek na tym kręglu to było jak kropelka lsd, ja oszalałem tak jak Andrzej Bachleda (przypominam, że Francuz zna go osobiście), który w wozie transmisyjnym, a może na żywo, oglądał drugi skok Wojciecha Fortuny w 1972 roku w Sapporo i opisał to w książce pt. Taki szary śnieg“. 
Wczoraj z kolei trafiliśmy do Jerozolimy, gdzie popołudniowa drzemka wypadła w parku niedaleko Klasztoru Św. Krzyża. Podczas drzemki podszedł do nas ten jerozolimski pies, wszystko obwąchał, a ja w ostatniej chwili przed swoim własnym zaśnięciem ustrzeliłem na zdjęciu nie dość że tego tropiciela, to jeszcze jego beztroskich właścicieli w lewym górnym rogu.

niedziela, 21 września 2014

pochrzestny przegląd filmów

Tam gdzie Gdynia, tam Wajda, do tego mam nadzieję zdążyłem Państwa przyzwyczaić. Kategorie znacie: miałki power, power, mocny power, mega moc power zabijaka, mega moc power zabijaka do kwadratu. Oto kolejna odsłona unbiased reviews.

Jack Strong
Mega moc power zabijaka. Niewiarygodne w jakim kręgu osobowości obracał się płk. Kukliński. Przeszkadzała mi w tym filmie dysproporcja wiarygodności/jakości scen polsko-radzieckich i amerykańskich. Nie ma znaczenia, czy spotkania w Pentagonie, Waszyngtonie właśnie taki naprawdę miały przebieg – po prostu nie były aż tak dobrze odegrane chyba. Dla porównania jak się ten Marszałek Kulikow zezłościł, to wtedy nie było z nim jakichś koszmarnych żartów, oj nie. No i jeszcze ten zimowy pościg po mieście na końcu, gdyby nawet miał miejsce (nie miał) i składał się z samochodów wpadających na siebie i tramwaje, i nawet jeśli był świetnie nakręcony (był – w ogóle świetna ta pani operator), to i tak zmęczył mnie brakiem wiarygodności.

Obietnica
Power. Jeżeli ktoś się zastanawia o czym jest ten film, to ja wiem, bo usłyszałem to z ust reżyserki na spotkaniu z twórcami. Film jest o agresji kobiet. Najbardziej podobała mi się w nim scena, w której nauczycielka przejęzycza się przy przedstawianiu grupy rockowej głównego bohatera, co chyba świadczy o tym, że film nie jest skierowany do mnie. Nauczka dla widza: dzieci należy kochać i nie zostawiać na pastwę losu. Dodatkowa nauczka: z namiętności przed 20-tką nie należy sobie stroić jakichś koszmarnych żartów.

Obywatel
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr to jest duet odważnych i dowcipnych geniuszy, którzy (wydaje mi się) na każdym kroku muszą się z tej dowcipności tłumaczyć i myślę, że to musi być dla nich męczące. Film jest i (bardzo) śmieszny i straszny, ale dystans do ojczyzny (dla mnie) kojący. Chociaż scena, w której oblany sam przez siebie ketchupem działacz Solidarności krzyczy do tłumu za oknem, że ZOMO bije, dla kogoś kto naprawdę był kiedyś przez ZOMO uderzony może być niestety przesadą. Ale to ogólnie świetny film, a najbardziej ze wszystkiego podobała mi się piosenka “Koncert jesienny na dwa świerszcze” jako ścieżka dźwiękowa pod część lat 1970-tych.

Jeziorak
Mocny power. Nie aż tak mocny jak Jack Strong, ale tak jak Jack trzyma w napięciu mięśni od początku do końca i jest pożądnie zagmatwany. Jowitą Budnik w roli głównej nie zachwyciłem się do nieprzytomności jak wielu, chociaż koszmarnego wstydu naturalnie nie było.

Zbliżenia
Power. Męczące to było i nie do mnie skierowane. Ale jeżeli musiał powstać film o trudnej relacji matka-córka, to ten nie był zły. Dobrze, że córce z mężem chociaż na chwilę udało się wyskoczyć nad morze. Pokazana dopiero na końcu perspektywa matki nie wzbudziła we mnie sympatii do nich – perspektywy i osoby.

Fotograf
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Potężny thriller, po którym wydaje mi się, że wszystko w Rosji jest świetne (bo ci rosyjscy aktorzy tak grają!!!), a przez chwilę zachciało mi się nawet nauczyć rosyjskiego. Obejrzałem ten film tego samego dnia co Jezioraka i przez to Jeziorak stracił, chociaż przecież też jest świetny. Podobno rosyjscy aktorzy bardzo zeszli ze swoich stawek żeby zagrać w tym filmie, podobno są wielkimi gwiazdami w Rosji. Reżyser w dzieciństwie był świadkiem jak na rynku w Legnicy młody dezerter stacjonującej w mieście Armii Radzieckiej popełnia samobójstwo na oczach wielu ludzi (ważna scena w filmie). Inna rzecz: aktor grający głównego bohatera Kolę potrafi podobno zrobić 200 pompek; siłę ma, nie tylko fizyczną. Ale ma też dopiero 7 lat, więc reżyser nie chce jeszcze żeby ogladał ten film. Chyba dobrze, bo to wbija w fotel nawet jak się ma 37.

Hardkor Disko
Mega moc power zabijaka. Aktora, który zagrał główną rolę (Marcina Kowalczyka) będę się bał do końca życia. Film jest bardzo brutalny, ale przez to zapewne wiarygodniejszy. Spośród wszystkich filmów konkursu głównego ten jest najbardziej niemożliwy do zapomnienia, scena śniadania po pierwszej nocy jedna z najwyraźniejszych jakie widziałem w życiu.

Bogowie
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Wśród innych arcydzieł na festiwalu ten film wyróżniał się niezmąconym pozytywnym przekazem. Historia prof. Religi jest opowiedziana najdowcipniej, najbardziej wzruszająco i najpatriotyczniej jak to tylko było możliwe. Plus naturalnie fantastyczny Tomasz Kot w roli głównej i wielu innych fantastycznych.

Miasto 44
Mega moc power zabijaka do kwadratu. Ktoś mi powiedział, że sztuczne aktorstwo, że (na początku) tylko im iphone’ów brakowało. Mnie też trochę na początku aktorstwo męczyło, ale to chyba o to chodziło, żeby pokazać, że przed Powstaniem niektórzy młodzi ludzie dużo z życia mieli, życie w każdym razie mieli. Sam film to podróż do piekła, byłem chory oglądając to, od pierwszej minuty, z emocji i świadomości do jakiego finału nieuchronnie zmierzamy. I nie ma znaczenia, że dwójka bohaterów przebija się w końcu na łachę na Wiśle. Drugi raz nie obejrzę tego filmu, ale żeby nie było wątpliwości: to jest wierne temu co się stało poetyckie arcydzieło, bo Jan Komasa to i naukowiec i poeta. Jedno z przesłań wg. reżysera: miasto to tylko scenografia, w każdej chwili może się zawalić, niestety aktualne. Najlepszy moment festiwalu: kiedy na spotkaniu z ekipą popłakał się taki młody aktor, ten który zapraszał w filmie niemców na swoje 19-te urodziny. Najbardziej debilny zasłyszany komentarz: „Nie sztuka zrobić coś takiego za 25 milionów złotych.“ Otóż wielka sztuka.

Onirica – Psie Pole
Power. W pewnym momencie pomyślałem, że jestem zbyt mało wrażliwy i zbyt mało doświadczony przez życie żeby to wytrzymać, ale wytrzymałem. Dotrwałem nawet do pogadanki (głównie monologu) z reżyserem Lechem Majewskim, no i jak on zaczyna mówić o tym filmie to od razu robi się on bardziej do wytrzymania. Ale jest trudny do wytrzymania w porywach do nie do wytrzymania.

Sąsiady
Mocny Power. To też nie jest film idealny na pierwszą randkę. Opowiada o skrajnie biednym życiu w kilku łódzkich kamienicach należących do tzw. Famuł, czyli o trochę innej rzeczywistości niż ta ze świata gwiazd w Gdyni. Reżyser Grzegorz Królikiewicz pierwszy raz zobaczył szczelinę między kamienicami (powtarzający się i robiący największe wrażenie obraz w filmie) w 1957 roku, jako świeżo upieczony student 1-go roku Szkoły Filmowej. Łatwo się tego nie ogląda.

Kebab i Horoskop
Poniżej miałkości. Jest skandalem, że ten film znalazł się w konkursie głównym z pozostałymi wyżej opisanymi. Biedny Tomasz Schuchardt, że musiał w tym filmie świetnie zagrać. Rozumiem purnonsens, rozumiem, że trzeba być inteligentnym i dowcipnym człowiekiem żeby te gagi powymyślać; jestem również zdania, że marketing to (często) absurdalny żart. Ale to było po prostu słabe w porównaniu z resztą, i nic mnie nie obchodzi, że trochę się na tym filmie pośmiałem. Niczego to nie było warte, nawet mojego bezcennego śmiechu.
Wajda.



Dzisiaj w końcu ochrzciliśmy najdzielniejszego i najcierpliwszego człowieka na świecie. Dziękujemy za każdą sekundę.

niedziela, 14 września 2014

trzy spotkania z dzielnicowym

Tytuł tylko w celu dodania efektu dramatu/grozy, tak naprawdę chodzi o trzy spotkania dzielnicowe z ludźmi, na których rzadko tu wpadam. Doszło do nich sobotę.
1. Stefana G. z nc+ spotkałem na działkach koło Pola Mokotowskiego. Janka była zachwycona jego dwoma psiakami, czarnym i brązowym. Ze Stefanem przez rok z hakiem dzieliliśmy obowiązki parzenia herbaty dla gości programu telewizyjnego w Canal+.
2. Profesora Michała Szulczewskiego zobaczyłem (ale wstydziłem się zaczepić) kiedy zbieraliśmy z B i J żołędzie, które później przez szpary w pomoście wrzucaliśmy do najpiękniejszego stawu w okolicy. Żałuję, że go nie zaczepiłem. Mogłem mu powiedzieć, że cały czas mam zeszyt z wykładami z Geologii Historycznej, który trzymam od 1998 roku. Raczej by się ucieszył. Prof. Szulczewski chyba wciąż lubi przyrodę, bo przez kilka minut przyglądał się wyspie na środku stawu.
3. Piotrka Imprezę R. spotkałem niecałą godzinę po profesorze. Był uprzejmy wyciągnąć mnie na koszykówkę i jeszcze tutaj przyjechać. Graliśmy około 40 minut. Naprawdę trudno mi wymyślić zajęcie, które lubiłbym bardziej niż grę w kosza przeplataną gadaniem luźno związanym z tą grą w proporcji 20% gra, 80% gadanie. Po prostu nie ma takiego zajęcia.
Poza tem zakochałem się w Michelle Beadle i Billu Simmonsie. Polecam oglądanie od 40-tej minuty, aż do momentu jak ona mówi:
"He's a different cat that one, very different. And i like it. I like everything about it actually."
Jestem chory psychicznie i będę się leczyć.



Tak wyglądała pogoda z tego pomostu, z którego prof. Szulczewski oglądał wyspę, a my rzucaliśmy żołędzie.

niedziela, 7 września 2014

jesień

Doszła do Warszawy jej najlepsza, ciepła (ale już rześka porankami) odmiana. W piątek w drzwiach pierwszego wagonu metra minąłem się z niejakim Żepielem. Nie widzieliśmy się ponad 4 lata – od czasu meczu USA-Ghana na mistrzostwach świata w RPA, który obejrzeliśmy z Łebkersem i Wojtkiem u Żepiela właśnie, na Mokotowie. Niewiele można sobie powiedzieć mijając się w drzwiach metra, ale było w tym coś miłego, z jesienią właśnie związanego: powrót do szkoły. W środę odbył się trening rolkowy przed poniedziałkowym czwartym mitingiem ze Stadionem Narodowym w tle. Cieszę się, że moja miła żona pozwala mi na tę przydatną głowie aktywność fizyczną z elementem zapomnianego przez nią i ciało współzawodnictwa. W niedzielę dzięki zaproszeniu od dziadka wysłuchaliśmy z Janką na żywo w parku zdrojowym w Konstancinie kilku utworów W. Kilara w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Świętokrzyskiej. Zrobiło to na nas jakieśtam wrażenie, ale nie większe niż drewniany mostek w sąsiedniej części parku. A w nocy z soboty na niedzielę obejrzeliśmy z Basią za poleceniem Agaty S. „Gran Torino“ Clinta i z Clintem Eastwoodem z 2008 roku, chociaż oboje byliśmy pewni, że to rzecz z lat 1990-tych.




Niebo nad Bielanami w niedzielę jesienią 2014 roku.