is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 28 listopada 2010

w dobie kryzysu europejskiego

Mój grafik basenowy uległ modyfikacjom z powodu opisywanych niżej podróży po Polsce. Dlatego po raz pierwszy od dłuższego czasu poszedłem pływać w sobotę po południu. Tłok i walka. Co gorsza, przedstawiciele klubu Meduza, którzy rano mają zarezerwowane dwa tory, wczoraj byli po prostu wymieszani z nami – tłumem niedorajdów. Meduzowcy mają po kilkanaście lat, pływają jak ryby, wykonują na przykład coś co przypomina wierzganie pod wodą – po prostu serce pęka od patrzenia na to.
Reasumując: 1. wczoraj byłem na basenie; 2. popozderzałem się z innymi użytkownikami basenu; 3. Meduzowcy patrzyli na to z politowaniem.
Clarín.com donosi dzisiaj, że do Argentyny emigruje ostatnio około 1200 Hiszpanek (i Hiszpanów) miesięcznie. Mają średnio od 25 do 35 lat, są wysoko wykwalifikowani, ale w Hiszpanii – z powodu kryzysu w Europie – stracili pracę. Tym samym są trzecią co do wielkości grupą imigrantów nie-latynoskich w Argentynie. Pierwszą są Chińczycy, drugą Amerykanie. I jeszcze ciekawsza wiadomość: wcale nie jest im (tym Hiszpankom i Hiszpanom) łatwo dostać pozwolenie na stały pobyt w Argentynie. Mój kolega William Connor skwitował by te argentyńskie informacje tak: Well, you wouldn’t read about it, would you?







To jest ciekawe historyczne zdjęcie z naszego archiwum. Miejsce: byłe mieszkanie Basi przy ulicy Skorochód-Majewskiego. Czas: 1. lipca 2004. Przedmioty na podłodze: deska i żagiel taty Basi, pożyczone na jedną z naszych trzech słynnych akcji weekendowych tamtego lata pod kryptonimem "Morskie wilki sztormu się nie boją."

niedziela, 21 listopada 2010

Lajkonik w Działdowie

The r-town report wita wszystkich tym razem w odcinku wyjazdowym pisanym na kolanie w ekspresie 8:49 do Gdańska. Tak mili państwo: w Lajkoniku. W przedziale jadę z panią, do której niedawno zadzwonił chyba-mąż i z panem uśmiechającym się bez przerwy do swojego laptopa. Świata poza nim nie widzi. Gdyby mieć pewność, że tak jest też w przypadku tej pani i tajemniczego dzwoniącego ktosia... Ale gdzie dzisiaj miłości międzyludzkiej do miłości ludzko-laptopowej.
Odcinam się od tego wątku i błyskawicznie przytaczam anegdotę ludzką, z pracy. Czas i miejsce: miniony wtorek, Poznań. Jadę z szefem i trójką colleagues na Stadion Miejski. Wyruszyliśmy o 7:45 spod hotelu Campanile. Nic w tym hotelu nie powalało z nóg, a ja tłumaczyłem się przed wszystkimi, że wybrałem go na nasze lokum ze względu na bliskość stadionu. Ale i tak jedziemy bez słowa otuchy przy duszy, przez siąpiący deszcz, taki samochodowo-ludzki korek typu wtorek. Z siedzenia pasażera odzywa się szef:
- Patrz Mateusz, tu masz hotel bliżej stadionu.
Po pięciu sekundach ciszy dodaje:
- Oczywiście pod warunkiem, że jedziemy w stronę stadionu.
To był naprawdę przyzwoity 'brytyjczyk', odegrany z należytym 'understatementem'. Idealny do (cokolwiek nerwowego  choć okazało się, że owszem jechaliśmy w stronę stadionu) parsknięcia w czasie rzeczywistym i do wielokrotnego powtarzania (w większości Bogu ducha winnym) ludziom po fakcie.
Tymczasem nieśpiesznie zbliżamy się do stacji Działdowo.




To Sebastian Vettel, 23, nowy mistrz F1 z Heppenheim. Właśnie dowiedział się z jaką prędkością jedzie Lajkonik i się popłakał.

niedziela, 14 listopada 2010

Big Buschkowsky i meble kuchenne na drodze do Mszczonowa

W tym tygodniu wydarzyło się kilka niezwykłych rzeczy. Jeden z moich ulubionych koszykarzy Paul Millsap zdobył 46 punktów w jednym meczu (Panie Millsap, proszę przyjąć serdeczne gratulacje od nas z Rakowca), a dwie projektantki z Neukölln (dzielnicy Berlina) sprzedają t-shirty z motywem nawiązującym do kultowego amerykańskiego filmu z 1999 roku. Ten motyw to twarz obecnego burmistrza Neukölln, Heinza Buschkowskiego. T-shirt można kupić w internecie tutaj. Podobno nie chodzi o wybory, w ogóle o nic nie chodzi po prostu taki miały dziewczyny pomysł na wzór chyba lubią swojego burmistrza. SZ podaje cytat z Buschkowskiego: "Tam gdzie jest Neukölln jest przód, a jeśli Neukölln będzie z tyłu, to tył jest przodem."
Dzisiaj rano dwie pary z Mszczonowa przyjechały autem z przyczepą odebrać stare meble kuchenne z naszej piwnicy. To wielki sukces akcji zapoczątkowanej już miesiąc temu, kiedy to z naszym ówczesnym współlokatorem Ruudem Moersem (świetnym tancerzem tańców latino z Holandii) wynieśliśmy je na światło dzienne przed blok żeby zrobić im (tym meblom) zdjęcia. Po kolejnych dwóch tygodniach dałem radę umieścić je na portalu "graty z chaty", no i dzisiaj wielkie rozwiązanie. Zamiast wcisnąć tym państwu na dokładkę stary zlew i inne nieużywane rzeczy, przegadałem z nimi 10 minut rozmawialiśmy między innymi o geotermie z Mszczonowa, jednej z pierwszych jakie powstały w Polsce. Rońka skakała na nich z radości i merdała ogonem jak szalona. Nie rozumiała, że tracimy zestaw mebli, który nigdy już do nas nie wróci.
Natomiast Basia była w piątek i sobotę w Zakopanem i mówiła mi o niezwykłym popołudniowo-wieczornym świetle w piątek na Podhalu.
A ja jutro rano mam w planie basen oraz podróż do Grodziska Wielkopolskiego przez Poznań.






Big Buschkowsky mógłby o tych wszystkich rzeczach też poczytać gdyby znał język polski, gdyby znał adres tego bloga i tak dalej. Jak marzyć, to marzyć.

niedziela, 7 listopada 2010

chrzciny pani niny

W środę odwiedziła nas moja była szefowa z pierwszej pracy w Dublinie, Barbara. Wspólnie obeszliśmy starówkę, później w domu zjedliśmy zupę. Podoba mi się jej chyba szczere zainteresowanie życiem swoich byłych pracowników. Co prawda odwiezienie jej do hotelu kosztowało 100 zł i 5 punktów, ale takie właśnie jest życie na krawędzi. Tymczasem Basia przy okazji herbaty z entouragem Barbary dowiedziała się (nie po raz pierwszy), że wygląda na hiszpankę lub włoszkę. Niezwykły splot okoliczności polega na tym, że bezpośrednio przed tym spotkaniem odbyliśmy pierwszą od wielu miesięcy wspólną lekcję hiszpańskiego. Katalonka Montse (nasza pani) dosyć śmiesznie opowiadała o kibicach Lecha Poznań kibicujących tyłem do boiska. I że w Hiszpanii uchodziłoby to za raczej dziwne. 
A dzisiaj spotkał mnie nie lada zaszczyt: zostałem ojcem chrzestnym Ninki Fiedersa. Dobrze to wszystko poszło, chociaż ilość przelanych przez Ninę łez świadczy o tym, że cały zamęt trochę działał jej na nerwy. Próbowałem donieść powierzoną mi świeczkę do domu tak żeby nie zgasł płomień, ale chwila nieuwagi zgubiła mnie i płomień. Tym lepiej, bo będzie więcej świeczki na komunię, która już za 7 lat.
Gazeta sz.de donosi o prototypie ekologicznego domu wybudowanego na terenie politechniki w Karlsruhe. W jego ścianie wmontowany jest komputer, który daje znać, że akurat w danej chwili należy puścić pranie, bo właśnie jest do dyspozycji dużo energii wiatrowej. Albo po prostu sam puszcza pralkę w odpowiednim momencie jeżeli ją wcześniej załadowaliśmy brudami. W domu stoją stojaki na motorowery. Rodzina wraca z pracy, podłącza je do gniazdka i jeżeli akurat będzie trochę energii do wykorzystania (np. z paneli słonecznych) to je naładuje na sicher i fertig.
Przeklęci Niemcy.
Danke i dobranoc.
I jeszcze jeden sekret: oto najśmieszniejsi ludzie jakich znam. A tu adres najlepszego programu telewizyjnego świata: http://www.nba.com/insidethenba/. Jest lepszy niż Jimmy Kimmel, lepszy niż wódka, lepszy niż papierosy. Nie mogę uwierzyć, że dzielę się tą informacją za darmo. Ale to jest właśnie wasz bezcenny r-town report!

wtorek, 2 listopada 2010

3 dni w lesie

1000 opowieści prawdziwych, a jedna z nich taka:
żeby napisać nowego posta
otworzyłem pracowego Mac'a.
Przed chwilą wróciliśmy z Samity, leśniczówki w Nadleśnictwie Wronki w Puszczy Noteckiej. Nie wiadomo co tam jest bardziej niesamowite, miejsce czy gospodarze. Myślę, że gospodarze. Czyli pan leśniczy z żoną plus siódemka dorosłych dzieci i pierwsze wnuki, co jedna osoba to fajniejsza. Milion ton gościnności w każdym ruchu i słowie. Pan domu wieczorem zaprasza nas na dół do piwnicy, proponuje położyć się na jego łóżku i posłuchać muzyki. Leżymy, słuchamy. To Bacha, to bluesa. Szkoda o tym pisać, takie to było niezwykłe. Nawet nasza ignorancja muzyczna nie przeszkadzała w odbiorze (w każdym razie nie nam).
Inne ciężkie obowiązki: spacery z Ronią (zaczęła dziwnie kaszleć), gra w scrabble z domownikami i quiz wiedzy o Polsce, czytanie. Basia nawet coś tam zrobiła do pracy, ja niby też, z naciskiem na niby. Wczoraj wieczorem obejrzeliśmy dobry film z Penélope Cruz i Nicolasem Cage'em pt. Kapitan Corelli (2001).
Brakowi internetu przez ostatnie dni zawdzięczam brak wiadomości ze świata. Ale w tym tygodniu przypomniałem sobie za co lubiliśmy BBC mieszkając w Irlandii. Lubiliśmy ich za Ski Sunday, bo to jest program na poziomie. Techniczno-kulturalnym. No i rzecz jasna jest o narciarstwie. Polecam każdy byle fragment tego programu dostępny w internecie. Choćby taki, nie bardzo nowy: http://news.bbc.co.uk/sport2/hi/tv_and_radio/ski_sunday/8447902.stm.





A to kładka nad staw przy Samicie,
1. listopada 2010.

niedziela, 24 października 2010

paranormal activity 2

Oto tytuł filmu, który w piątek wszedł do warszawskich kin. Przez cały miniony tydzień razem z milionem ludzi jeżdżących metrem do i z pracy oglądałem jego reklamę w oknach wagonów. To była według mnie próba złamania psychiki człowieka pracującego [w] stolicy.
Ponadto w piątek Franek zabrał nas na premierowy pokaz filmu Folklor Michała Całki. To jak ci narciarze się ubierają (np. chusty na twarzy!?) to jest dla mnie zagadka nie do rozwikłania, choćby sam dr Watson się za to zabrał. Ale jak im te tricki siadają to już inna historia. Opór faja, po prostu opór, opór, opór i szacun. Muzyka też mi się podobała, więc pomyślałem sobie, że nie mogę być taki zupełnie zdziadziowiały.
A dzisiaj rano szczęśliwie znowu wpadłem na bardzo odpowiadający mi światopogląd. Tak to chyba trzeba nazwać, światopogląd. Kościół w Lasku Bielańskim pękał w szwach, ważny dla mnie i Basi ksiądz proboszcz Wojtek Drozdowicz (patrz tu) w trakcie kazania przytacza fragment Biblii o różnicy w modlitwie faryzeusza i celnika. Ten pierwszy dziękuje Bogu, że nie jest takim bezbożnym gałganem jak inni, ten drugi nie ma nawet śmiałości podnieść wzroku. Ksiądz proponuje: przeczytajmy fragment jeszcze raz, ale tym razem zamieńmy "faryzeusza" na "księdza proboszcza" albo "katolika", a "celnika" na "komunistę". Myślałem, że śnię - takie to było miłe. To jest moim zdaniem taki światopogląd, który - gdyby był bardziej rozpowszechniony w naszych stronach - pomógłby wszystkim, łącznie z piłkarzami (Panie Boże miej tych biedaków w opiece).
Tymczasem sz.de pisze o raporcie (zleconym już dawno przez Joschkę Fischera), który właśnie w minionym tygodniu został opublikowany w Niemczech. Chodzi o ichniejsze Ministerstwo Spraw Zagranicznych i jego rolę w prześladowaniu Żydów w czasie i przed II Wojną Światową. A zwłaszcza o to, że pracownicy ministerstwa bezpośrednio związani z polityką NSDAP działali w dyplomacji RFN długie lata po wojnie. Czytając artykuł odnosi się wrażenie, że takie informacje są dzisiaj dla Niemców (naprawdę) szokiem. Dla nas nie, bo dla nas MSZ czy NSDAP, kto ich tam wie? No nie wyglądało to za fajnie najoględniej rzecz biorąc. Np. w 1938 wizyta w Dachau była oficjalną częścią szkolenia nowych pracowników MSZ. Ale i tak dobrze, że w ogóle o tym piszą. Trochę późno, ale piszą.







A to ja, z fotoarchiwum Magdy Umer: jakieś 60 lat po wojnie, mądrala z Pęcic Małych.

niedziela, 17 października 2010

romuś i ballenas

Podczas przerw obiadowych zacząłem ostatnio czytać tygodnik Wprost. I przeszło mi przez myśl, że Tomasz Lis jest trochę podobny do Billa Simmonsa z ESPN. Kiedy Bill pisze o koszykówce (np. tutaj), to ma się wrażenie, że z powodzeniem mógłby kierować jakąś profesjonalną drużyną. Tak trafne wydają mi się jego niektóre zdania. Gdy czytam coś co napisze Tomasz Lis to też często mam wrażenie, że ma rację i że pewnie poradziłby sobie z kierowaniem w polityce. Właśnie w Polityce zresztą przeczytałem w tym tygodniu wywiad z Markiem Kondratem o jego stosunku do polskiego patriotyzmu. Pod tym też bym się chętnie podpisał. Czyli wreszcie znalazłem innych ulubieńców poza Billem. Ale wiadomo: Bill to Bill.
Tymczasem clarin.com donosi, że w poprzedni weekend ok. 5,000 osób przyjechało na półwysep Valdés żeby zobaczyć odwiedzające w tym czasie wschodnie wybrzeże Patagonii Ballenas, czyli Wieloryby Biskajskie Południowe. Choć ani Basia ani ja nigdy ich nie widzieliśmy w naturze, to wiemy, że to ładne i wielkie zwierzaki.
Kontynuując arcyciekawy wątek imion naszego psa Rońki sprzed paru tygodni: ponieważ ostatnio zacząłem do niej mówić "Roniuś", to z przerażeniem stwierdziłem, że jestem tylko chwilę nieuwagi od "Romusia". Gdyby nie przytomność kierowców jadących ulicą Żwirki i Wigury w piątek wieczorem, to Romuś przypłaciłby życiem inną, swoją i moją, chwilę nieuwagi. Na szczęście żyje i śpi sobie na swoim czarnym z umorusania tapczanie jak aniołek.




A to nie Peru tylko Butorowy Wierch i zewnętrze domu Doroty i Maćka, którego wnętrze projektuje Basia. Ku niewypowiedzianej radości mojej i psa nasza projektantka wróciła do nas stamtąd wczoraj wieczorem.