Zapraszam do relacji live z dzisiejszych scrabbli. Gramy sami z Basią w r-town, bo nikogo innego poza trupem Rońki tu nie ma. Ja idę na urodę i poszedłem z takimi na razie: "pinta", "zraź" i "zen". Dobra minęło już pół godziny, utrzymuję narrow margin. Basia się zdenerwowała, bo mówi:
- Co to jest "peł"?
Wyjaśniam cierpliwie, pło: swobodnie pływająca wyspa powstała w rezultacie odrywania się mszarów torfowcowych porastających brzegi jeziora.
B: To znaczy, że nie mam gdzie się dołożyć.
M: Nie wiem, próbuj.
B: Co znaczy nie wiem próbuj, nie mam.
Teraz są czasy biedy, bo zagęściliśmy kozi róg, nie ma się gdzie dokładać, ja wymieniłem właśnie dwie litery, możecie to sobie wyobrazić. Poszliśmy na wzajemne wykończenie się. Jesteśmy w tym rogu jak dwa, z całym szacunkiem dla Rońki, psy ogrodnika. Przerwałem impas: "panam" i "musli" na potrójnej za 42. Reakcja B:
- Pokrój może to pomelo (typowy spadek zainteresowania u przeciwnika po ciosie).
Minęło znowu trochę. Wróciła do gry słowem "wydrzę" (mała wydra) na potrójnej.
Ale trzymam dystans. To znaczy trzymałem, bo przywaliła znowu, "hej", "eń" i "hes" za jednym zamachem na potrójnej. Już zbliża się (mój) kres, zaczynają się pytania typu:
- Fizio... jest coś takiego?
Myślałem, że coś ruszyłem słowem "akio" (wołacz, sanki eskimosów, ale po co w ogóle to tłumaczyć) i "kocia", ale punktów z tego co kocia napłakała, a ja jestem 8 do tyłu, literek już nie ma.
Ok, dzięki temu, że istnieje słowo "aa" oraz "forta" (plus Basia została z 6 punktami na tacy) wyskoczyłem jak Vivien w Villach, 315:314. Ale my oboje jesteśmy niemożliwi, bo na końcu okazało się, że w jednym pojemniczku na literki zachomikowało się "ć" i "s", o których zapomnieliśmy.
Oskary, Oskarowy Kimmel i NBA All Star game (to wszystko już za kilka godzin) nie są w stanie dostarczyć tylu emocji co ten wpis. Zatem szklaneczka (kubełek) zimnej wody i dobranoc.
Przez 5 minut szukałem zdjęcia z dowolnym (obecnym) graczem Houston Rockets (moi ulubieńcy od dzisiaj do śmierci), ale z braku jakości na rynku wygrała pamiątka słynnej stacji DART'u, Salthill & Monkstown, 4.12.2004, fot. B. Malinowska.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 26 lutego 2012
niedziela, 19 lutego 2012
the guy's legit
Wiedziałem, że pisanie bloga ma sens. Wiedziałem, że któregoś tygodnia nadejdzie temat, który obezwładni moich czytelników, zetnie z nóg i ocuci za jednym zamachem mnie samego, wyciągnie do mnie rękę (ten temat), podniesie z ziemi i powie: od dzisiaj krocz przed siebie z podniesioną głową, doszedłeś do celu. Idź dalej, mimo, że doszedłeś.
Wszystko zaczęło się w liceum. Przez dwa lata chodziłem do klasy z Wojtkiem Więckowskim, pseudonim Kruchy, i blisko się z nim przyjaźniłem. Jako jeden z nielicznych mi bliskich potraktował wyprowadzkę z Polski śmiertelnie poważnie, skończył liceum i prestiżowe studia w Stanach Zjednoczonych, których obywatelem jest już od paru dobrych lat. Ponadto Kruchy jest rekinem finansjery i szeroko rozumianego consultingu. Otóż w piątek za pośrednictwem facebook'a Kruchy podzielił się ze światem tym oto artykułem. W nim oraz w tytule mojego wpisu chodzi oczywiście o absolwenta Harvardu, rozgrywającego New York Knicks i wielką sensację NBA ostatnich dwóch tygodni, Jeremy Lin'a. Otóż Kruchy twierdzi (zakładam, że mówi prawdę, bo po co miałby zmyślać), że bohaterem artykułu jest ojciec współlokatora z akademika jego kuzyna. Uwaga, otwieram szeroko otwarte już drzwi: czytacie bloga człowieka, którego przyjaciel z liceum ma kuzyna, który dzielił pokój w akademiku z gościem, którego ojciec poniekąd przewidział eksplozję Jeremy Lin'a. Przewidział coś, czego cały amerykański przemysł sportowo-komentatorski nie przewidział. Nawet Bill Simmons tego nie przewidział! A ojciec współlokatora kuzyna mojego przyjaciela tak! Kończę ten wątek, bo się cały trzęsę. Płynnie przechodzę do innego, tylko trochę mniej podniecającego. Oto super artykuł, którym podzieliła się ze swoimi znajomymi pani redaktor Swarthmore Daily Gazette, wspaniała Hania Kozłowska. Autor dowcipnie (naprawdę dowcipnie) obnaża partię republikańską, a jednocześnie robi to w sposób na tyle jasny i ogólny, że nawet ktoś ledwie ślizgający się po powierzchni zjawiska jakim są prawybory w Stanach (ja) jest w stanie docenić doskonałość felietonu. Doskonałość felietonu oraz dramat tych sierot, które wydadzą dziesiątki milionów dolarów i nigdy w swoim dramatycznym życiu nie wygrają z Obamą. Not in a million years. Tak, z tego też chciałbym być w swoim czasie rozliczony.
I jeszcze sprawa związana z walentynkami: we wtorek Basia zabrała mnie na swój pracowy chór. Muszę powiedzieć, że chyba odkąd porzuciłem granie w koszykówkę nie spędziłem tak dobrze czasu typu "after hours". I to w dodatku z taką ilością młodych osób! Prowadząca używała (pewnie starych, ale dla mnie nowych, więc śmiesznych) chórowskich żartów. Na przykład mówi do dwóch chłopaków-tenorów: "Musicie dotykać językami swoich podniebień. To znaczy, każdy własnego." A dzisiaj byliśmy z małżonką na biegówkach w Powsinie, przy której to okazji poznaliśmy drugiego synka Janka, niejakiego Julka. Poprawiło nam to i tak już dobre (od biegu i rozmowy z Jankiem) humory.
Na koniec zdjęcie z ubiegłej soboty. Dumna Basia przebiega z Rońką (pseudonim Rotschield) koło czegoś, nawet jeśli nie do końca gotowego, to dumnego.
Wszystko zaczęło się w liceum. Przez dwa lata chodziłem do klasy z Wojtkiem Więckowskim, pseudonim Kruchy, i blisko się z nim przyjaźniłem. Jako jeden z nielicznych mi bliskich potraktował wyprowadzkę z Polski śmiertelnie poważnie, skończył liceum i prestiżowe studia w Stanach Zjednoczonych, których obywatelem jest już od paru dobrych lat. Ponadto Kruchy jest rekinem finansjery i szeroko rozumianego consultingu. Otóż w piątek za pośrednictwem facebook'a Kruchy podzielił się ze światem tym oto artykułem. W nim oraz w tytule mojego wpisu chodzi oczywiście o absolwenta Harvardu, rozgrywającego New York Knicks i wielką sensację NBA ostatnich dwóch tygodni, Jeremy Lin'a. Otóż Kruchy twierdzi (zakładam, że mówi prawdę, bo po co miałby zmyślać), że bohaterem artykułu jest ojciec współlokatora z akademika jego kuzyna. Uwaga, otwieram szeroko otwarte już drzwi: czytacie bloga człowieka, którego przyjaciel z liceum ma kuzyna, który dzielił pokój w akademiku z gościem, którego ojciec poniekąd przewidział eksplozję Jeremy Lin'a. Przewidział coś, czego cały amerykański przemysł sportowo-komentatorski nie przewidział. Nawet Bill Simmons tego nie przewidział! A ojciec współlokatora kuzyna mojego przyjaciela tak! Kończę ten wątek, bo się cały trzęsę. Płynnie przechodzę do innego, tylko trochę mniej podniecającego. Oto super artykuł, którym podzieliła się ze swoimi znajomymi pani redaktor Swarthmore Daily Gazette, wspaniała Hania Kozłowska. Autor dowcipnie (naprawdę dowcipnie) obnaża partię republikańską, a jednocześnie robi to w sposób na tyle jasny i ogólny, że nawet ktoś ledwie ślizgający się po powierzchni zjawiska jakim są prawybory w Stanach (ja) jest w stanie docenić doskonałość felietonu. Doskonałość felietonu oraz dramat tych sierot, które wydadzą dziesiątki milionów dolarów i nigdy w swoim dramatycznym życiu nie wygrają z Obamą. Not in a million years. Tak, z tego też chciałbym być w swoim czasie rozliczony.
I jeszcze sprawa związana z walentynkami: we wtorek Basia zabrała mnie na swój pracowy chór. Muszę powiedzieć, że chyba odkąd porzuciłem granie w koszykówkę nie spędziłem tak dobrze czasu typu "after hours". I to w dodatku z taką ilością młodych osób! Prowadząca używała (pewnie starych, ale dla mnie nowych, więc śmiesznych) chórowskich żartów. Na przykład mówi do dwóch chłopaków-tenorów: "Musicie dotykać językami swoich podniebień. To znaczy, każdy własnego." A dzisiaj byliśmy z małżonką na biegówkach w Powsinie, przy której to okazji poznaliśmy drugiego synka Janka, niejakiego Julka. Poprawiło nam to i tak już dobre (od biegu i rozmowy z Jankiem) humory.
Na koniec zdjęcie z ubiegłej soboty. Dumna Basia przebiega z Rońką (pseudonim Rotschield) koło czegoś, nawet jeśli nie do końca gotowego, to dumnego.
niedziela, 12 lutego 2012
mieszanka mdląca

Dlaczego w prasie światowej R-town i okolice tak bezpardonowo porównywane są do Soczi? Otóż oferta sportów zimowych jest w naszej okolicy przebogata. Na zdjęciach obok widać a. łyżwiarzy w central parku im. Zasława Malickiego kręcących się wokół central wysepki na zamarzniętym stawie, oraz b. Romualda X. i Barbarę M. w trakcie porannej sztafety biegówkowej na Polach Mokotowskich.
niedziela, 5 lutego 2012
zielony żółw mutant mówi "Auf Wiedersehen" i wylatuje z balkonu przy K48
Jest coś takiego w tym lutym co przywodzi na myśl wiosnę. I tu niespodzianka: nie chodzi o temperaturę. Chodzi o światło. Ten pasjonujący wątek znajdzie swój finał przy zdjęciu. Ja tymczasem muszę coś z siebie wyrzucić. Wnikliwy czytelnik wie to nie od dziś. Otóż jestem człowiekiem jednej książki. Gorzej, jednej stronki (adres: espn.com). Ok, tak naprawdę jest jeszcze gorzej. Po prostu cokolwiek o NBA napisze Simmons, to ja to ubieram w polskie fatałaszki i zamieszczam. Taka jest gdzieśtam nazwijmy to sobie żałosna prawda. Ale Bill to geniusz, więc bez skrupułów idę za nim jak w ogień. Przykład: W tym cudownym artykule Bill pisze, że Shaq tak naprawdę jest podwójnym agentem wysłanym przez ESPN żeby rozwalić konkurencyjne NBA on TNT i Inside the NBA. I wtedy to do mnie dociera. Faktycznie jest w tym Shaq'u coś, co nie pasuje do Sir Charles'a, jakiś taki wysiłek w żartach (kolega Basi, Przemek K., marzył kiedyś o wymyśleniu tytułu do nieistniejącego filmu pornograficznego z milicjantami w roli głównej i wymyślił "niebieskie wysiłki". Swoją drogą: przyjaciele mojej żony... trwoga, po prostu trwoga). Chciałem tu tylko napisać, że gdyby nie Bill, to nie odważyłbym się powiedzieć złego słowa o nowym składzie programów TNT. On (Bill) po prostu otwiera mi oczy, otwiera mi duszę, rozwiązuje język, sprawia, że czuję się pełniejszy, dojrzalszy, silniejszy.
Natomiast dyrektorka pewnej szkoły w bawarskim mieście Passau nie działa na mnie aż tak dobrze. W tym tygodniu ogłosiła swoją placówkę miejscem wolnym od północno-niemieckiego pozdrowienia "Tschüss". Uczniowie powinni witać się tam tradycyjnym "Grüß Gott", a żegnać przyjacielskim "Auf Wiedersehen". Jest w tej Bawarii czasami coś niepokojącego, nawet ja to widzę. Na szczęście sz.de to też Bawaria i oni też to widzą, dlatego właśnie te czarno-białe osądy są do bańki mydlanej.
A to już zdjęcie z soboty rano. Widać na nim schowaną za drzewami zajezdnię na Szczęśliwicach, jest dach hali sportowej SP 175 oraz blok Korotyńskiego 48 (ten czerwono-żółty po prawej), w którym przeżyłem całe super dzieciństwo. Widać na nim nawet balkon, z którego mały Francuz wypuścił do nieba balon: zielonego żółwia mutanta. Ale najważniejsze (teraz, bo kiedyś ważny był żółw i inne sprawy) jest właśnie to nie-grudniowe światło.
Natomiast dyrektorka pewnej szkoły w bawarskim mieście Passau nie działa na mnie aż tak dobrze. W tym tygodniu ogłosiła swoją placówkę miejscem wolnym od północno-niemieckiego pozdrowienia "Tschüss". Uczniowie powinni witać się tam tradycyjnym "Grüß Gott", a żegnać przyjacielskim "Auf Wiedersehen". Jest w tej Bawarii czasami coś niepokojącego, nawet ja to widzę. Na szczęście sz.de to też Bawaria i oni też to widzą, dlatego właśnie te czarno-białe osądy są do bańki mydlanej.
A to już zdjęcie z soboty rano. Widać na nim schowaną za drzewami zajezdnię na Szczęśliwicach, jest dach hali sportowej SP 175 oraz blok Korotyńskiego 48 (ten czerwono-żółty po prawej), w którym przeżyłem całe super dzieciństwo. Widać na nim nawet balkon, z którego mały Francuz wypuścił do nieba balon: zielonego żółwia mutanta. Ale najważniejsze (teraz, bo kiedyś ważny był żółw i inne sprawy) jest właśnie to nie-grudniowe światło.
niedziela, 29 stycznia 2012
Folgarida 2
Na obozie Folgarida 2 nakręciliśmy następującą pamiątkę przy pomocy gwiazdkowego prezentu od mojej, nazwijmy to sobie po imieniu, ślicznej małżonki. Tymczasem na życzenie stałej czytelniczki zamieszczam tłumaczenie piosenki Paula McCartneya pod tytułem My Valentine.

To są dwie rzeczy, które nabyłem wczoraj w trakcie postoju na obiad w kraju Austria. Pierwsza to prezent dla Ninki. Rzeczy te odpowiednio nazwane i wymienione po sobie z łącznikiem "i" tworzą super rym. Kto zgadnie jaki?
what if it rained? | mogło lać
we didn’t care | a co nas to
she said that someday soon | mówiła wtedy, że już niedługo
the sun was gonna shine. | zaświeci słońce.
and she was right, | i miała rację,
this love of mine, | moje kochanie,
my valentine | moja walentynka
we didn’t care | a co nas to
she said that someday soon | mówiła wtedy, że już niedługo
the sun was gonna shine. | zaświeci słońce.
and she was right, | i miała rację,
this love of mine, | moje kochanie,
my valentine | moja walentynka
as days and nights, | kiedy dni i noce,
would pass me by | przechodziły obok mnie
i tell myself that i was waiting for a sign | mówiłem sobie, że czekam na znak
then she appeared, | wtedy przyszła
a love so fine, | miłość tak delikatna
my valentine | moja walentynka
would pass me by | przechodziły obok mnie
i tell myself that i was waiting for a sign | mówiłem sobie, że czekam na znak
then she appeared, | wtedy przyszła
a love so fine, | miłość tak delikatna
my valentine | moja walentynka
and i will love her for life | będę ją kochał po grób
and i will never let a day go by | nie dam uciec choćby jednemu dniu
without remembering the reasons why | bez powtórzenia sobie, że
she makes me certain | to dzięki niej
that i can fly | wiem, że mogę latać
and i will never let a day go by | nie dam uciec choćby jednemu dniu
without remembering the reasons why | bez powtórzenia sobie, że
she makes me certain | to dzięki niej
that i can fly | wiem, że mogę latać
and so i do, | i tak sobie latam
without a care | a co mi tam
i know that someday soon the sun is gonna shine | wiem, że już niedługo zaświeci słońce.
and she’ll be there | a ona będzie tu
this love of mine | moje kochanie
my valentine | moja walentynka
without a care | a co mi tam
i know that someday soon the sun is gonna shine | wiem, że już niedługo zaświeci słońce.
and she’ll be there | a ona będzie tu
this love of mine | moje kochanie
my valentine | moja walentynka
what if it rained? | mogło lać
we didn’t care | a co nas to
she said that someday soon | mówiła wtedy, że już niedługo
the sun was gonna shine. | zaświeci słońce.
and she was right, | i miała rację,
this love of mine, | moje kochanie,
my valentine | moja walentynka
we didn’t care | a co nas to
she said that someday soon | mówiła wtedy, że już niedługo
the sun was gonna shine. | zaświeci słońce.
and she was right, | i miała rację,
this love of mine, | moje kochanie,
my valentine | moja walentynka

To są dwie rzeczy, które nabyłem wczoraj w trakcie postoju na obiad w kraju Austria. Pierwsza to prezent dla Ninki. Rzeczy te odpowiednio nazwane i wymienione po sobie z łącznikiem "i" tworzą super rym. Kto zgadnie jaki?
niedziela, 22 stycznia 2012
happy 70
Mam ograniczony czas na zadumę: od wczoraj przebywam na przyjemnym obozie Folgarida 2. Dlatego zawczasu przygotowałem kilka zdań na temat kogoś niezwykłego. Posiadam wielu idoli i idolek (również w najbliższym otoczeniu), ale tu chodzi o American Idola. Czyli o Muhammada Alego – kogóżby innego. We wtorek skończył 70 lat. Zainteresował mnie pod koniec 2000 roku, po tym jak pierwszy raz obejrzałem film When We Were Kings (Oscar za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny w 1997). To dzieło sztuki i świadectwo lat 70-tych w Stanach, polecam wszystkim, nawet tym, którzy sport mają w nosie. Ja mam w nosie boks, ale dla Alego zniosę boks, botoks, nawet Bo Jacksona.
Wiem, że wiele osób (zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza młodszych ode mnie) nie wie czym tu się ekscytować. A bo to mało wyjątkowych ludzi na świecie. Otóż wydaje mi się, że z Alim jest inaczej, bo:
- to był najdowcipniejszy i najszybciej myślący przed kamerą czy mikrofonem człowiek swoich czasów. Moi dzisiejsi telewizyjni idole, Jimmy Kimmel czy Charles Barkley, potwierdziliby to choćby teraz, gdyby jakimś cudem udało im się dostać na Rakowiec. Przegadywał i zapędzał w kozi róg najlepszych, za zwyczaj zdecydowanie bardziej elokwentnych od siebie rozmówców, np. legendę BBC Michaela Parkinsona. Polecam też ten fragment, zwłaszcza od 4 minuty;
- był (i jest) obrońcą słabszych, któremu niesprawiedliwość leżała i leży na sercu. Czasy, w których imponował odwagą wymagały od czarnoskórego człowieka w USA (nawet mistrza świata), nie waham się tego napisać, odwagi. Niech nikt nie próbuje nawet pomyśleć, że nie uciekałby przed Wietnamem gdyby rzeczywiście był taki odważny. To jest puszka z pandorą i ostrzegam, że napuszczę Rońkę na każdego, kto pójdzie w tym kierunku. Polecam tę wypowiedź Billa Clintona z minionego wtorku, która coś tam powiedzmy w tej kwestii wyjaśnia;
- był naprawdę niezłym sportowcem. Takim z gatunku „not too shabby at all”;
- pozostaje (dla mnie) absolutnie fascynujący lingwistycznie.
Jedyne co przeszkadza mi w Alim to psychiczne znęcanie się nad dużo mniej inteligentnym Joe Frazierem, który tracił rozum z nienawiści aż do niedawnej śmierci, mimo przepraszania i (rzekomego) wybaczania. Ali był dla niego gorszy niż Wojtek Dowbor dla mnie w liceum, a dodatkowo w stosunku Alego do Fraziera nie było śladu opiekuńczości. No dramat po prostu.
Tu Muhammad Ali z Beatlesami 18. lutego 1964 roku. I jeszcze załączam nieoczywiste kulisy tego spotkania. Fot. Harry Benson, AP.
niedziela, 15 stycznia 2012
kapitan śnieg zameldował wykonanie zadania
Przydałoby się żeby opisał to Borges, taka to była przygoda. Wracam sobie w czwartek z Rońką od Babci. Ulicą Dickensa idziemy jak zwykle tempem zaprzęgowym, czyli przerażony samochodami pies ciągnie do domu. Nawet poddaję się i sam zaczynam podbiegać kiedy dochodzimy do Pawińskiego, bo czuję, że jest szansa przejścia na zielonym. Jednak światło zaczyna, domyślają się Państwo, migać, z marzeń zostaje rozbite szkło, energicznie ciągnę za smycz, i stajemy jak wryci. Nasze wrycie to jednak nic, bo z Dickensa w prawo skręcała nauka jazdy, której przerażona prowadząca zrobiła co do niej należało: czyli nacisnęła gwałtownie na hamulec po tym jak instruktor zidentyfikował ryzyko (w postaci Rońki i mnie) i ją o tym ryzyku poinformował. Teraz stoimy dwa metry od siebie, my na chodniku, oni tuż przed pasami. Za kierownicą trzęsąca się, patrząca przed siebie (zapewne od komendy instruktora) kursantka. Obok znudzony instruktor, opierający się łokciem o szybę, wpatrzony w siedzącą Rońkę. Jego wzrok mówi: świat jest pełen łajz: łajz, które chcą przebiec na migających światłach, łajz, które chcą zdać egzamin na prawo jazdy, nudzi mnie WSZYSTKO, to mi się zdarza milionowy raz, niczym mnie ten ludzki sierociniec nie zaskoczy. Co innego miły piesek. Jest wyjątkowej urody, grzecznie sobie siedzi, czemu on jest biedny winien? Wydawało mi się, że to właśnie zobaczyłem w jego wzroku: miłość do zwierząt i skrajną obojętność dla wszystkiego niezwierzęcego. Trwało to chwilę, zaraz odjechali w milczeniu, instruktor ze wzrokiem wbitym w wieczór r-town, a my z powrotem w zaprzęgu.
We wtorek clarín.com opublikował obszerną wypowiedź Osvaldo Canzaniego, eksperta ds. zmian klimatycznych, który poinformował, że postępuje tropikalizacja Buenos Aires, a średnia temperatur w ostatnim stuleciu wzrosła tam o 2,7 stopnia Celsjusza. Ze spraw bardziej istotnych: dziś w nocy wygrała nie dość, że Indiana, to jeszcze to biedne Houston. Wspieranie duchem tzw. underdogs... jestem w tym naprawdę mocny, a ile z tego radości.
Wczorajsze przedpołudnie spędziliśmy z Homikami, a popołudnie z Marcinami i to były najbardziej przyjemne wydarzenia w tym tygodniu.
Dzisiejszy (pierwszy tej zimy!) śniegoowy poranek w r-town minimalnie wygrał ze zdjęciem Danny Grangera. Albo innego twardziela.
We wtorek clarín.com opublikował obszerną wypowiedź Osvaldo Canzaniego, eksperta ds. zmian klimatycznych, który poinformował, że postępuje tropikalizacja Buenos Aires, a średnia temperatur w ostatnim stuleciu wzrosła tam o 2,7 stopnia Celsjusza. Ze spraw bardziej istotnych: dziś w nocy wygrała nie dość, że Indiana, to jeszcze to biedne Houston. Wspieranie duchem tzw. underdogs... jestem w tym naprawdę mocny, a ile z tego radości.
Wczorajsze przedpołudnie spędziliśmy z Homikami, a popołudnie z Marcinami i to były najbardziej przyjemne wydarzenia w tym tygodniu.
Dzisiejszy (pierwszy tej zimy!) śniegoowy poranek w r-town minimalnie wygrał ze zdjęciem Danny Grangera. Albo innego twardziela.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




