is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)

niedziela, 1 lipca 2012

trafić do serc ludzi w Rosario

Równo 15 lat temu brytyjska kolonia Hong Kong przestała być brytyjska. Niech poniższy glosariusz wyrażeń z dzisiejszego artykułu bbc.com przybliży nam atmosferę chińskich obchodów rocznicy przekazania (roboczy tytuł glosariusza: the handover hangover):

a lone heckler  osamotniony przerywacz przemówienia
to be (quickly) bundled out  zostać prędziutko zbundlowanym w celu zakłócenia przerwania przemówienia
to fall to a new low  spikować na dół den
a string of political scandals  skandaliczne polityczne stringi

przy okazji:
to play a lone hand  działać na własną rękę

Polecam również ten artykuł clarin.com o niekończącym się życiu. Już te 50 rozkminionych przeze mnie procent jest dobre, a co dopiero jeżeli ktoś rozumie hiszpański silniej. Glosariusz:

jactarse  chełpić, przechwalać się
gozar – rozkoszować się, korzystać

Z okazji ważnego meczu podzielę się jeszcze takim graniczącym z pewnością przypuszczeniem: zawsze kiedy nie-słabsza, pełna gwiazd drużyna startuje z pozycji nie-faworyta (w związku z grą tych niemożliwych włochów chyba z takiej właśnie startują hiszpanie), to wtedy szanse na lanie rosną. Przykłady: finały NBA 2012, 2008, 2004.

To są trudne do wyjaśnienia psychologiczne zagadnienia.

W każdym razie w związku z moją teorią stawiam na Hiszpanię i nie będę wracał do tego tematu bez względu na wynik.






Wczoraj w Rosario w meczu towarzyskim (partido amistoso) Argentyna wygrała w koszykówkę z Urugwajem, a po południu przed meczem niektórzy gracze tańczyli z kobietami z miasta i wygłupiali się się przy jakimś ważnym pomniku w centrum. Na zdjęciu Manu Ginóbili, źródło: ten artykuł clarin.com, fot. DyN.

niedziela, 24 czerwca 2012

bus lá na na

W piątek po pracy w 128-ce pędzącej bus láną (irlandzka nazwa bus pasa) słuchałem JJ Cale’a z Claptonem "When the war is over" z płyty The Road to Escondido. Ten utwór dobrze się zbiera, nie czeka na maruderów. Dobrze też, mimo swojej protestsongowej natury, gra z piątkowym fajrantem i z niekończącym się za oknem autobusu latem. A więc siedząc obok pewnego pana, którego często spotykam na trasie do i z centrum (i słuchając tego za przeproszeniem JJ Cale'a), pomyślałem, że prawdziwe życie to jest właśnie ten codzienno-lokalny matrix, a nie jakieś pierdoły, niemożność doczekania się jakiegoś żałosnego meczu, w którym i tak twoi (moi) polegną niczym Rońka na kanapie po dzisiejszych szaleństwach u Agaty oraz u Marty i Marcina. Tu jest wspaniała lista rzeczy, których po ukończeniu 30 lat nie wypada już robić, i właśnie do niej dodałbym chętnie wyrzucenie 35 dolarów na zidiociałego league-passa. Simmons znowu dobrze pisał o tych finałach (zwłaszcza podoba mi się ten artykuł), ale muszę w końcu przestać karmić swój pusty mózg tymi tragicznymi informacjami. Nie ma sprawiedliwości.
Jest za to trochę szczęśliwości. Oto nowe słowa Basi wymyślone do legendarnej piosenki The Fugees, które śpiewamy jeżdżąc wyśnioną bus láną UEFA po Żwirkach:

Bus Lá na na,
It's the way that we rock when we're doing our thang
Bus Lá na na,
It's the natural Lá that the Refugees bring
Bus Lá na na na nana nananananah
Sweeeeet Thing

I jeszcze bonus dla wszystkich, którzy dotrwali aż w to miejsce: po angielsku burczenie w brzuchu to borborygmus.





Most Świętokrzyski w czwartek wieczorem. Możliwe, że lato naprawdę nigdy się nie skończy.

niedziela, 17 czerwca 2012

pesymizm świętuje swój okrutny comeback

To okrągłe w swym okrucieństwie zdanie pochodzi z sz.de i dotyczy polskich reperkusji ("Who you gonna tell when the repercussions spin?"  kto zgadnie kto tak śpiewał?) meczu Polska  Czechy. Wasz opiniotwórczy r-town report nie byłby Everestem myśli krytycznej Rakowca, gdyby nie podzielił się z Wami swoją osobistą niedzielną opinią. Otóż ze wszystkich zestawów ludzkich, które w ostatnich 10 latach reprezentowały Polskę na ważnych mistrzostwach piłkarskich, ten miniono-wtorkowy i wczorajszy zasłużył chyba na łut szczęścia najbardziej, a go nie dostał. W każdym razie jakiegoś koszmarnego lenistwa w tych meczach nie widziałem, nie czuję żeby ktoś mi przyniósł wstydu, więc schluss, koniec tematu, nie będę go wałkował jak Val Kilmer. Zabrakło im tego łutu i jakiegoś instynktu cichego zabójcy a la Kevin Durant. Kevin nie dopuści swoich chłopców do takiej tragedii, zapiszcie w swoich sercach moje słowa już dziś.
Nadmienię jeszcze przed snem tylko tyle, że w piątek byliśmy na premierze "Zbrodni z premedytacją" w Teatrze Polonia. Wojciech Malajkat jest wspaniały, a ja jeszcze bardziej się rozanieliłem nad tym wszystkim, kiedy uświadomiłem sobie, że ja tę historię przeczytałem kiedyś własnymi oczyma w zbiorze "Bakakaj i inne opowiadania", który Basia dostała od swojej Babci na gwiazdkę.





Oblicza rozpaczy na słupach: ludzie wyprzedają rzeczy, które jeszcze wczoraj wydawały się mieć jakąś ("byle jaką bo byle jaką, ale" jakby powiedział Wojtek) wartość dla Polski.

niedziela, 10 czerwca 2012

Polska kontra Grecja, 5 uwag zmęczonego joe

Nie byłem w stanie pisać żadnej relacji w trakcie tego thrillera. Na początku bo tak to fajnie wyglądało, a później bo tyle było dramaturgii. Dlatego mam tylko kilka punktów:
- pierwsze zwycięstwo Polski na EURO 2012 polega na tym, że to nie my odpowiadamy za reżyserię ceremonii otwarcia z pianistą i jego piłkarskimi sztuczkami oraz za spoty telewizyjne głównych sponsorów turnieju.
- ach ten skrajnie nieodpowiedzialny, chory, miotłą podparty hurra-optymizm. Uwielbiam go. Nie mogę uwierzyć, że tuż przed meczem ja też nie mogłem uwierzyć, że moglibyśmy go jakimś cudem przegrać. Naturalnie po pierwszej połowie w ogóle nie miałem wątpliwości, że wygramy.
- o 17:55 kiedy wychodzili na boisko, tylko Lewandowski wyglądał na w miarę spokojnego.
- dziwna była ta druga żółta kartka za faul na Murawskim i trochę dziwna była ta ręka w naszym polu karnym w pierwszej połówce.
- fajnie się ogląda mecz z fajnymi kobietami!!!
I jeszcze słowo na temat finałów NBA. Wydaje mi się, że OKC są bardzo mocnym faworytem... i dlatego obawiam się najgorszego.
Dobranoc, zanim umrę na zawał, pchły na noc.



Czekając na Jacka: połączenie fitnessu i piękności przed uczelnią SWPS na Pradze dnia 9. czerwca około godziny 14-tej, tuż przed rozpoczęciem super wycieczki na południowy wschód, fot. B. Malinowska.

niedziela, 3 czerwca 2012

zum Nachschlag gibt es kluski

W 2001 roku jednym z moich nauczycieli na studiach był sławny dzisiaj za i przed Odrą (i Nysą) Steffen Möller. Zajęcia były kapitalne, kto nie zaliczał kartkówek musiał uczyć się i recytować z pamięci wiersze - Franek miał chyba podobnego nauczyciela fizyki w liceum. Steffen był dowcipny, bardziej niż dyscypliną na zajęciach interesował się tym jak zwracają się do siebie studenci. To był ten okres (mógł trwać pół roku, mógł trwać tydzień) kiedy już mówiło się "ziomek" (kultowy zwrot niejakiego Świętego z treningów przy Koncertowej, kiedy domagał się piłki: "ziomek, prośba..."), a jeszcze nie mówiło się "ziomal". Czyli umówmy się: nie było to wczoraj. No miał ten Steffen pewną słabość do języka polskiego i to było miłe. W piątek opublikował swoją piosenkę pt. Bigos Rap traktującą o bogactwie polskiej kuchni (słuchaliśmy jej wprowadzając do organizmów zjawiskowego jesiotra od Mamy!!!). Kto mówi po niemiecku na pewno dostrzeże u autora ciepło, dowcip i znajomość naszej kultury, nie tylko kulinarnej. Tytuł tego posta pochodzi z tego właśnie utworu i znaczy, że "na repetę" są kluski.
Ale kto chce obejrzeć film-dzieło, w którym obraz i muzyka naprawdę grają do jednej bramki, ta/ten powinna/powinien jednak (mimo całej miłości do Steffena) wybrać ten klip.
W piątek w ramach podążania za głosem własnego sumienia obejrzę mecz otwarcia Euro 2012 i spiszę z niego relację. Jestem to winien wszystkim ludziom r-town, którzy tego dnia akurat nie będą mogli oglądać meczu. Znając r-town (aka La Boca Warszawy), będzie ich od 0 do 5.
I jeszcze: dzisiaj po raz pierwszy w historii graliśmy w scrabble z moim tatą i wygrałem, z Basią też. Tak, to mój wielki comeback.



I ostatnia wiadomość: sezon balkonowy nie rozpocząłby się dzisiaj gdyby nie wizyta w centrum ogrodnictwa i poezji w Alei Krakowskiej.

niedziela, 27 maja 2012

diabeł z pudełka: David Trezeguet

"Hej, ciekawe w jakim klubie gra dzisiaj David Trezeguet?" zapytałeś/zapytałaś ni stąd ni zowąd dziś po południu swojego psa. Wiem, że po to czytasz r-town report, żeby tego typu pytania nie dręczyły Cię długo. Otóż francuski napastnik argentyńskiego pochodzenia David Trezeguet od prawie pół roku jest piłkarzem River Plate Buenos Aires.
I płynnie wlewam się przez lufcik na rocznicę komunii Tosi. Jedna z pieśni na poświęconej jej (tej rocznicy) mszy zawierała słowo "komunista" ("komunista ł się cud"). Spostrzegawczość i zdolność koncentracji to są moje cechy, choć tylko w niektórych, niestety z góry nie wiadomo których, okolicznościach.
Dzisiaj uaktywnił się konkretnym wpisem Francuz. Jak mówię konkret, to chodzi mi o to, że jest temat i spójność, nazwijmy to sobie coherency, i że jest to warte wgryzki.
A dla kochających ballparki New Jersey polecam tę perłę z 6 milionami obejrzeń. W r-town na boisku szkoły podstawowej nr 10 powstają (już są prawie gotowe!) absolutnie fantastyczne, dwa nowe (niem. funkelnagelneu) boiska do koszykówki. Za to też kocham. I maj, i r-town, i żonę. I najbardziej ze wszystkiego na świecie Matkę!!!
I jeszcze dopisek poniedziałkowy, bo mnie to w drodze do pracy w oczy zakłuło po raz kolejny:
Napis z (trzech stron?) dworca Warszawa Centralna (czcionka 5000, widoczny z księżyca): "Feel like at home" (w wolnym tłumaczeniu: "Witamy w Radomiu", przepraszam Radom) jest straszny. Nie wiem jak można sobie pozwolić na taki copywriting. Można przecież różnie:
"Feels like (at) home" - problem w tym, że dla zachodnich ptaków it (more than likely) doesn't.
"Make yourself at home" - to jednak trochę niebezpieczne. Taka zachęta dla szacownych gości żeby rozrabiać "jak w domu".
No i moim zdaniem najlepsze:
"Feel at home" - od "make yourself at home", ale mniej się podkładamy. W sensie: czuj się jak u siebie: jesteśmy mili i gościnni.
No jestem zbulwersowany tym obecnym napisem. Chociaż może przyjadą sami rosjanie (plus krajanie) i będzie bez różnicy.


Sam zrobiłem to zdjęcie podczas obchodów Dnia Matki i choć można mu zarzucić nieostrość, to uważam je za dobrą reprezentację miłości wczorajszej uroczystości. Gdyby nie najtragiczniejsze w historii rozdanie scrabbli... Tymczasem sztuka "Matka Polka Terrorystka" jest genialna. Jeżeli będą ją grać w teatrze niedaleko Ciebie: rzuć wszystko i idź. To mądra i naprawdę dowcipna rzecz. Zwłaszcza mężczyźni powinni ją obejrzeć. Może obudzić się w nich wewnętrzna matka, jak napisał godzinę temu mąż autorki, Jacek Wasilewski.

niedziela, 20 maja 2012

slave to love, na na na na

W tym tygodniu w popołudniowym autobusie wiozącym mnie z centrum do domu widziałem na własne oczy mamę z dzieckiem w wózku oraz kobietę (babcię?) puszczającą temu dziecku z komórki do ucha utwór "Slave to Love" Bryana Ferry z 1985 roku. Co to była za podróż. Kobieta wierzyła, że piosenka działa na dziecko uspokajająco. Ludziom ta pogoda powoli odbiera resztki rozumu.
Ale nie mnie. To nie jest tak, że przestałem się zupełnie rozwijać i w ogóle nie oglądam koszykówki. Owszem, zdarza się. Na przykład dziś rano widziałem Lakersów. Podejrzewam, że Pau Gasol wychłostał się sam z wyrzutów sumienia własnym ręcznikiem zanim doszedł pod prysznic po tej nieszczęsnej stracie na minutę przed końcem. W każdym razie miał minę jakby planował to zrobić. Widziałem też wcześniej imponującą Indianę i zaryzykuję tezę (nie przeczytałem tego u Simmonsa!), że ze Wschodu właśnie ona miałaby największe szanse w finałach z OKC czy San Antonio. Ludzie, jakie wy macie szczęście, że żyjecie w wolnej Polsce i możecie czytać te słowa. Dlaczego ja zawsze muszę być pół kroku przed tymi "ekspertami" z ESPN? A skoro już o nich mowa: właśnie na espn.com zobaczyłem - myślałem, że śnię - reklamę EURO 2012. Czyli jednak: wydarzenie nie do końca lokalne.
I to też nie do końca: szczyt G8 w Camp David. Cudownie niezobowiązująco ubrani, siedzą przy stole i rozmawiają. Gdyby w którymś momencie zadecydowali o czymś przełomowym czy niewesołym, Borges mógłby zacząć opis tego wydarzenia w ten sposób: "W owej chwili, należącej do dawno zmarłego wieczoru,...". Już te słowa w tej kolejności zresztą napisał, w "Powszechnej historii nikczemności," od której oderwał mnie "Slave to Love" i właśnie w tamtej chwili (należącej do wiadomo jakiego wieczoru) to wszystko skrupulatnie sobie odnotowałam.
Dzisiaj z kolei obchodziliśmy 3 urodzin Niny F. na Ursynowie. Oprócz tego zaliczyliśmy miłe przedpołudnie z Martą, Marcinem, Filipem, Agatką i (małym) Frankiem. Czyli umówmy się: brak jakiejś koszmarnej ciężkości w życiu.






Na zdjęciu widzimy dwóch Siouxów przystrajających totem. Będą przy nim tańczyć potem.