Przystanek centrum, piątek po południu, dzień przed feralną sobotą, która – niestety – przypomniała mi o tym feralnym, nieszczęsnym biegu.
is a free-flowing monologue that occasionally touches on mature subjects (B. Simmons)
niedziela, 27 października 2013
nieszczęsny sprawdzian na tysiaka
W sobotę wybrałem się z J. na Szczęśliwice. Na placu zabaw spotkałem Piotrka Pędzisza, mojego kolegę z bloku i jednej klasy podstawówki (8 lat) plus pierwsze dwa lata liceum... w sumie 10 lat wspólnego życia. Ma się do spółki te sto tysięcy wspomnień. Piotrek przynosił mi lekcje kiedy złamałem nogę (pierwsza klasa – tzn. pierwsza klasa pomoc/kolega i "pierwsza klasa", w sensie, że to się działo w pierwszej klasie), a kiedy już ją wyleczyłem to bezpardonowo pokonał mnie w sprawdzianie na 1000 m uzyskując czas 3:45. Feralny bieg miał miejsce 4 lata po złamaniu, niech będzie. A w międzyczasie którejś zimy rozwaliliśmy lampę nad fryzjerem na Białobrzeskiej. Nie specjalnie, po prostu strącaliśmy śnieżkami sopelki i ja nie trafiłem. Nie było żadnych konsekwencji, byliśmy za szybcy dla konsekwencji, co zresztą udowodniliśmy później na tym sprawdzianie. Start do feralnego biegu miał miejsce dosłownie 100 metrów od miejsca gdzie w sobotę, ale 24 lata później, bawiły się (nie że razem, bo Mikołaj, syn Piotrka, jest trochę starszy od Janki) nasze własne, rodzone dzieci. To (ten upływ czasu, ang. the passing of time) jest coś co ja jednak jestem zmuszony nazwać the craziest shit. Dzisiaj Piotrek wymienia ludziom stawy biodrowe i kolanowe (na nowe), wykłada na WUM’ie (byłej AM’ce), doktorat napisał chyba niedługo po tym feralnym, wspominanym już przeze mnie w tym wpisie sprawdzianie na tysiaka, pracuje w tylu miejscach, że nie jest w stanie tego sam spamiętać i w ogóle jest (a w każdym razie powinien być) dumą naszej podstawówki, naszego bloku, naszego liceum, a tak naprawdę to osiedla Jadwisin i całej Ochoty. Żona Piotrka jest w dziewiątym miesiącu ciąży i dlatego właśnie wyszedł na plac zabaw, z powodu nerwów w domu.
niedziela, 20 października 2013
życie to nie jest miałka partia scrabbli
Niby wiem, że to przerażające ciągle uciekać w ten sztuczny miód, zamiast wyjść na świeże powietrze i zachłysnąć się życiem. Ale w tym tygodniu odbyły się niestety (ubolewanie) dwie ważne potyczki i zwyczajnie nie mogę obok nich przejść obojętnie, jak obok pięknej nieznajomej. W pierwszej potyczce, w środę, Mama pokonała Basię i mnie. Po prostu drążyła nas niezmordowanym dłutem sobie tylko znanego słownictwa i przepadliśmy, słuch po tym zaginął, zapadła na r-town kurtyna milczenia. Rozdanie obfitowało w mnóstwo zmian lidera: Basia była na czele 4 razy, ja 5 i Mama też 5 razy, no i niestety Mama miała ostatni śmiech. Ale tak naprawdę piszę tu w sprawie drugiej rozgrywki, tej wczorajszej, na Jeżewskiego. Pokonałem Francję, Misię i Basię podczas gdy lekko zaspany kapitan Kloptusiński nawigował między nami astronautami. Chodzi zwłaszcza o to, że był to tak zwany comeback win, a tego typu win smakuje jak wiadomo as good as anything.
Intensyfikacja życia scrabblowego nie oznacza oczywiście kompletnego odcięcia się od moich dwóch wielkich miłości: Billa Simmonsa i Zacha Lowe'a (ten drugi to chyba w tym momencie rzeczywiście najlepszy człowiek na świecie). Właśnie Zach jest autorem ważnego zdania z piątku: "If Al Jefferson makes a run at the scoring title, I’ll eat my laptop."
Wypada mi też z tego miejsca podziękować pewnej wiernej czytelniczce za książki dla Janki, które dzisiaj właśnie miały oficjalną premierę w saloniku prasowym na Rakowcu.
To zdjęcie przedstawia dmuchaną piłkę Arinki, której niestety ani Ilia ani Arina ani Janka ani ja nie upilnowaliśmy, chociaż do momentu wypłynięcia przysparzała nam na lądzie wiele radości. Rzecz przytrafiła nam się podczas gdy Mamusie zabawiały się w joginki.
Intensyfikacja życia scrabblowego nie oznacza oczywiście kompletnego odcięcia się od moich dwóch wielkich miłości: Billa Simmonsa i Zacha Lowe'a (ten drugi to chyba w tym momencie rzeczywiście najlepszy człowiek na świecie). Właśnie Zach jest autorem ważnego zdania z piątku: "If Al Jefferson makes a run at the scoring title, I’ll eat my laptop."
Wypada mi też z tego miejsca podziękować pewnej wiernej czytelniczce za książki dla Janki, które dzisiaj właśnie miały oficjalną premierę w saloniku prasowym na Rakowcu.
To zdjęcie przedstawia dmuchaną piłkę Arinki, której niestety ani Ilia ani Arina ani Janka ani ja nie upilnowaliśmy, chociaż do momentu wypłynięcia przysparzała nam na lądzie wiele radości. Rzecz przytrafiła nam się podczas gdy Mamusie zabawiały się w joginki.
niedziela, 13 października 2013
piątkowy skład scrabblowy
był niecodzienny. W zwycięskim zespole Basia i Kövi, w drugim Jacek i Gabi, w trzecim Kasia i ja. Ja, który się często zastanawiam ile można mieć w życiu szczęścia do ludzi (i psiaków, patrz fotografia). Na przykład dodatkowo moim kolegą na tym świecie jest Wojtek Ziemilski i dzięki temu obejrzałem ten film, wiadomości wieczorne BBC proszę Państwa, sprzed bardzo niedawna. Uważam, że ta przemądrzała Pani, która rozmawia z Glennem Greenwaldem trafiła na kamień, w dodatku nie będąc kosą, i zgadzam się z przeczytaną gdzieś opinią, że przysporzyła swojej stacji wstydu.
A jeśli kogoś interesują inne moje przemyślenia, to je oczywiście też mam. Uważam mianowicie, że przegrana w scrabble z takimi przeciwnikami jak Ci na zdjęciu to nie przegrana. Fot. samowyzwalacz aparatu Gabi.
A jeśli kogoś interesują inne moje przemyślenia, to je oczywiście też mam. Uważam mianowicie, że przegrana w scrabble z takimi przeciwnikami jak Ci na zdjęciu to nie przegrana. Fot. samowyzwalacz aparatu Gabi.
niedziela, 6 października 2013
pływaj i biegnij 2013
To była porządna, wybitnie sportowa niedziela. Udało nam się i pójść na basen i wystartować w biegu masowym, w rolach głównych obu wydarzeń Janka. Nie chodzi o to, że się pchała na pierwszy plan, wręcz przeciwnie, w jej zachowaniu był wyraźny element ambiwalencji, której punkt kulminacyjny stanowiła 8-kilometrowa drzemka podczas biegu. Chodzi o to, że była z nami, na trasie, przeciwko czemu oboje (a nawet we czworo, bo i ciocia Zuzia i dziadek Michał) nic nie mieliśmy.
Bieg charakteryzował spory tłok, od startu do mety, ale i tak dał mi dużo radości, bo dawno w czymś takim nie brałem udziału. Piękniejszego dnia (w sensie pogody) nie można było sobie wymarzyć. Kawałek trasy biegliśmy z Mateuszem G., który porusza się na wózku, w związku z czym (tak myślę, że w związku z tym) pani z tvp podeszła zadać nam kilka pytań i dowiedziawszy się, że ja też nazywam się Mateusz powiedziała „no właśnie, to też jest interesujące.“ Było jeszcze trzech 10-latków spod Warki, którzy zgubili się (na) wycieczce szkolnej. Czekali, Igor trochę zapłakany, za metą na swoją panią, więc do momentu jej przyjścia dzielnie przy nich staliśmy.
W wiadomościach pozasportowych: w piątek Basia z wynikiem 387 punktów pobiła rekord obecnego zeszytu w scrabblach 1x1.
W sobotę z bólem serca wystawiliśmy na tygodniową aukcję na Allegro legendarnego pogromcę Dublina, na którym jego właścicielka przemierzyła trasę IFSC–RKD „a score of times“, jak by powiedział Rudyard Kipling. Przed wykonaniem pamiątkowego zdjęcia Basia wykonała ostatnią rundę wokół skweru oraz posadziła na bagażniku nie zdającą sobie sprawy z gravity of the situation Jankę.
Bieg charakteryzował spory tłok, od startu do mety, ale i tak dał mi dużo radości, bo dawno w czymś takim nie brałem udziału. Piękniejszego dnia (w sensie pogody) nie można było sobie wymarzyć. Kawałek trasy biegliśmy z Mateuszem G., który porusza się na wózku, w związku z czym (tak myślę, że w związku z tym) pani z tvp podeszła zadać nam kilka pytań i dowiedziawszy się, że ja też nazywam się Mateusz powiedziała „no właśnie, to też jest interesujące.“ Było jeszcze trzech 10-latków spod Warki, którzy zgubili się (na) wycieczce szkolnej. Czekali, Igor trochę zapłakany, za metą na swoją panią, więc do momentu jej przyjścia dzielnie przy nich staliśmy.
W wiadomościach pozasportowych: w piątek Basia z wynikiem 387 punktów pobiła rekord obecnego zeszytu w scrabblach 1x1.
W sobotę z bólem serca wystawiliśmy na tygodniową aukcję na Allegro legendarnego pogromcę Dublina, na którym jego właścicielka przemierzyła trasę IFSC–RKD „a score of times“, jak by powiedział Rudyard Kipling. Przed wykonaniem pamiątkowego zdjęcia Basia wykonała ostatnią rundę wokół skweru oraz posadziła na bagażniku nie zdającą sobie sprawy z gravity of the situation Jankę.
niedziela, 29 września 2013
Zurbriggen más Zurschmitten
Ludzie, kiedy się wjeżdża autem na wiadukt nad Rondem Zesłańców Syberyjskich jadąc w stronę zalanego jesiennym słońcem stołecznego centrum, naturalnie w momencie kiedy z radia idzie utwór Cinnamon Tree Esperanzy Spalding (a dla ścisłości w momencie, w którym ta gitara wchodzi tuż za tymi trąbkami czy co to tam gra, około 52-giej sekundy), no to to jest proszę państwa Music City USA, człowiek z uniesienia nie bardzo wie gdzie jest, gdzie żyje, jak żyje, czy tyje, czy wyje, czy się myje, czy zjada pomyje. A już zupełnie straciłem orientację po przeczytaniu, że dzisiaj w Indonezji reprezentacja Argentyny w koszykówkę 3x3 zdobyła mistrzostwo świata do lat 18. Ściślej, chodzi mi o skład mistrzów: Lucas Gargallo, Gabriel Deck, Nicolás Zurschmitten i Alejandro Zurbriggen. To jest Argentyna? Mam dosyć robienia szopek z reprezentacji narodowych, szczerze mówiąc byłbym za powołaniem jakiejś komisji. Jalen Rose, aka Motown clown, pewnie by się uśmiał z tej żałosnej farsy.
A tak naprawdę wiadomością i wydarzeniem dnia jest przebiegnięcie przez mojego teścia Michała Maratonu Warszawskiego. Budzi to we mnie mix wzruszenia i dumy, jak tak staliśmy z Janką i z Basią z tym transparentem to to naprawdę było przeżycie. Dodatkowy bonus, że przeżywaliśmy to we trójkę bez tej całej chorej otoczki potu i treningu.
A tak naprawdę wiadomością i wydarzeniem dnia jest przebiegnięcie przez mojego teścia Michała Maratonu Warszawskiego. Budzi to we mnie mix wzruszenia i dumy, jak tak staliśmy z Janką i z Basią z tym transparentem to to naprawdę było przeżycie. Dodatkowy bonus, że przeżywaliśmy to we trójkę bez tej całej chorej otoczki potu i treningu.
niedziela, 22 września 2013
tristram shandy z żoną wieczorową porą
Jestem zmuszony napisać tu dwa słowa jutro, bo dzisiaj muszę już zmrużyć oczy. Pozdrawiam i zazdroszczę wszystkim, którzy oglądają/oglądali dzisiaj Litwę z Francją w kosza.
Już jest jutro. Następującymi sprawami chciałbym podzielić się ze światem:
1. Listem napisanym przez pewnego niemca o tureckich korzeniach skierowanym do ultraprawicowej NPD. Jego list jest odpowiedzią na pisemną prośbę rozesłaną do radnych i posłów pochodzących z zagranicy: NPD uprzejmie prosi ich o wyemigrowanie z Niemiec. Puryści z partii narodowej zrobili w swoim liście trochę błędów, słabo używają przecinków, no i ten pochodzący z Turcji (w sensie, że jego rodzice są z Turcji) niemiec, strasznie śmiesznie im odpowiada, rzecz jest w Niemczech hitem, sz.de zrobiła z nim wywiad, który też warto przeczytać jeśli ktoś czyta po niemiecku, choćby po omacku.
2. Obejrzałem z Basią po raz drugi w życiu (ale po długiej przerwie) film Tristram Shandy: A Cock and Bull Story. To jest film w środku filmu, behind-the-scenes proszę państwa, satyra na wszystko: aktorów, producentów z Ameryki, dzieło o niemożności opowiedzenia życia, bo życie się przecież cały czas toczy. Film nakręcony jest w oparciu o 18-wieczną powieść Laurence’a Sterne’a The Life and Opinions of Tristram Shandy, Gentleman, naturalnie niemożliwą do sfilmowania. Polecam z całego serca.
I wreszcie 3: Zjadłem wczoraj pyszną zupę z dyni u Zuzy i Janka na 11 piętrze bloku przy Korotyńskiego i zrobiłem z ich kuchni takie zdjęcie. Przed 12 laty w tym bloku, w mieszkaniu Darka W., Wojtek tłumaczył mi i innym kolegom z drużyny what it takes to be a champion. Lubiłem te zebrania.
Już jest jutro. Następującymi sprawami chciałbym podzielić się ze światem:
1. Listem napisanym przez pewnego niemca o tureckich korzeniach skierowanym do ultraprawicowej NPD. Jego list jest odpowiedzią na pisemną prośbę rozesłaną do radnych i posłów pochodzących z zagranicy: NPD uprzejmie prosi ich o wyemigrowanie z Niemiec. Puryści z partii narodowej zrobili w swoim liście trochę błędów, słabo używają przecinków, no i ten pochodzący z Turcji (w sensie, że jego rodzice są z Turcji) niemiec, strasznie śmiesznie im odpowiada, rzecz jest w Niemczech hitem, sz.de zrobiła z nim wywiad, który też warto przeczytać jeśli ktoś czyta po niemiecku, choćby po omacku.
2. Obejrzałem z Basią po raz drugi w życiu (ale po długiej przerwie) film Tristram Shandy: A Cock and Bull Story. To jest film w środku filmu, behind-the-scenes proszę państwa, satyra na wszystko: aktorów, producentów z Ameryki, dzieło o niemożności opowiedzenia życia, bo życie się przecież cały czas toczy. Film nakręcony jest w oparciu o 18-wieczną powieść Laurence’a Sterne’a The Life and Opinions of Tristram Shandy, Gentleman, naturalnie niemożliwą do sfilmowania. Polecam z całego serca.
I wreszcie 3: Zjadłem wczoraj pyszną zupę z dyni u Zuzy i Janka na 11 piętrze bloku przy Korotyńskiego i zrobiłem z ich kuchni takie zdjęcie. Przed 12 laty w tym bloku, w mieszkaniu Darka W., Wojtek tłumaczył mi i innym kolegom z drużyny what it takes to be a champion. Lubiłem te zebrania.
niedziela, 15 września 2013
wkrótce w ramówce 2
Nie trzeba o tym chyba nikomu pisać, ale do protokołu: Wajda, czyli ja, pojechał w środę (po raz trzeci z rzędu) pociągiem przez Kutno do Gdyni. Nie było tak jak u Pana Maluśkiewicza, że wsiadł w samolot motyli i po godzinie już byli. Byli po 5 i pół godzinach. Do wagonu wsiadłem z klasą, 2 minuty przed odjazdem, po czym na fali własnego szczęścia, w szampańskim nastroju, wrzuciłem walizkę starszej Pani z przedziału na górę. Była mną zachwycona. Ja naturalnie w samozachwyt i trzygodzinna półprzytomna drzemka z pędzącymi polami i domami. Wreszcie – już byli. W cztery dni obejrzałem sześć filmów i oto życie na gorąco czyli moje private reviews. Kategorie te same co w zeszłym roku, ale dodałem jedną: mega moc power zabijaka do kwadratu. Nie oglądam zbyt wielu filmów poza festiwalem, czym można tłumaczyć peany, ale te filmy możliwe, że są po prostu niezłe.
Gdyńska pogoda dla bogaczy doznań kulturalnych, fotografia: poranny spacer.
Chce się żyć, reż. M. Pieprzyca
Mega moc power zabijaka.
To, że jest oparty na prawdziwych zdarzeniach (ta klatka na napisach końcowych z Dawidem Ogrodnikiem i prawdziwym Mateuszem – każdemu filmowi coś takiego dobrze zrobi), to że nie jest ani czarny, ani biały (choć stosunek świata “normalnego” do “niepełnosprawnego” jest w “realu” czarniejszy od przedstawionego), to że sprawni tak wiarygodnie grają niepełnosprawnych (chociaż Dawid Ogrodnik ma trochę za dużo mięśni) – to wszystko sprawia, że jest dobrze. Film jest dodatkowo taką nauką, czy pochwałą tego, że każdy człowiek na Ziemi jest osobnym wszechświatem (podpisano: Kołakowski). Uważam, że muzyka do obrazu lepiej dobrana jest w pierwszej połowie filmu niż w drugiej i przez to w tej pierwszej film jest większym wyciskaczem łez. Sokowirówka nie-smutnych łez.
Mega moc power zabijaka.
To, że jest oparty na prawdziwych zdarzeniach (ta klatka na napisach końcowych z Dawidem Ogrodnikiem i prawdziwym Mateuszem – każdemu filmowi coś takiego dobrze zrobi), to że nie jest ani czarny, ani biały (choć stosunek świata “normalnego” do “niepełnosprawnego” jest w “realu” czarniejszy od przedstawionego), to że sprawni tak wiarygodnie grają niepełnosprawnych (chociaż Dawid Ogrodnik ma trochę za dużo mięśni) – to wszystko sprawia, że jest dobrze. Film jest dodatkowo taką nauką, czy pochwałą tego, że każdy człowiek na Ziemi jest osobnym wszechświatem (podpisano: Kołakowski). Uważam, że muzyka do obrazu lepiej dobrana jest w pierwszej połowie filmu niż w drugiej i przez to w tej pierwszej film jest większym wyciskaczem łez. Sokowirówka nie-smutnych łez.
W imię..., reż. M. Szumowska
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Scena w której M. Ostaszewska zamiast wsiąść na rower i uciekać kopie się przed sklepem z tymi wszystkimi chłopcami jest i dowcipna i jakaś wrażliwa – jak ją zobaczyłem (tę i kilka innych) to się obudził we mnie patriotyzm – że też taki dobry film wymyślili i zrobili Polacy! Dla mnie nie ma aż tak dużego znaczenia czy to jest film o tożsamości-samotności, czy o zjawisku homoseksualizmu w kościele, czy o tym czy o siamtym, dyskusje o dyrdymałach. To jest według mnie jak świetny obraz, którego nie ma wstydu powiesić w najlepszej galerii na świecie. Reprezentacja Polski. Tak jak "Ida". Ciekawe, że w "Bilecie na księżyc" grają te same dwie wielkie gwiazdy polskiego kina, zdjęcia robi ten sam operator, a jednak ten “Bilet” to są Sex Pistolsi, a “W Imię...” to są Zeppelini. Rozumiem, że ten pierwszy to komedia (nawet miejscami śmieszna i miejscami nie dłużąca się), rozumiem, że to inne gatunki, ale jednak jedno to (chyba dosyć droga) miernota, drugie Świat i Europa. I jeszcze podobał mi się w filmie “W imię...” utwór Funeral zespołu Band of Horses. Jego użycie trochę świadczy o tym, że M. Szumowska jest nie tylko prawdopodobnie najlepszym reżyserem świata, ale do tego ma bardzo dużo młodości w głowie. Zresztą wszystko w tym filmie o tym świadczy.
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Scena w której M. Ostaszewska zamiast wsiąść na rower i uciekać kopie się przed sklepem z tymi wszystkimi chłopcami jest i dowcipna i jakaś wrażliwa – jak ją zobaczyłem (tę i kilka innych) to się obudził we mnie patriotyzm – że też taki dobry film wymyślili i zrobili Polacy! Dla mnie nie ma aż tak dużego znaczenia czy to jest film o tożsamości-samotności, czy o zjawisku homoseksualizmu w kościele, czy o tym czy o siamtym, dyskusje o dyrdymałach. To jest według mnie jak świetny obraz, którego nie ma wstydu powiesić w najlepszej galerii na świecie. Reprezentacja Polski. Tak jak "Ida". Ciekawe, że w "Bilecie na księżyc" grają te same dwie wielkie gwiazdy polskiego kina, zdjęcia robi ten sam operator, a jednak ten “Bilet” to są Sex Pistolsi, a “W Imię...” to są Zeppelini. Rozumiem, że ten pierwszy to komedia (nawet miejscami śmieszna i miejscami nie dłużąca się), rozumiem, że to inne gatunki, ale jednak jedno to (chyba dosyć droga) miernota, drugie Świat i Europa. I jeszcze podobał mi się w filmie “W imię...” utwór Funeral zespołu Band of Horses. Jego użycie trochę świadczy o tym, że M. Szumowska jest nie tylko prawdopodobnie najlepszym reżyserem świata, ale do tego ma bardzo dużo młodości w głowie. Zresztą wszystko w tym filmie o tym świadczy.
Ida, reż. P. Pawlikowski
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Myślałem, że Pokłosie było niezłe, a tu niespodzianka. Agata Kulesza to jest proszę państwa brzytwa. Myślę, że jak ktoś nie zleciał z krzesła i nie stracił przytomności w momencie jak ona się pyta czy jej synek się bał zanim go zabili, to znaczy, że jest mocny. Dla mnie to jedna z najbardziej wstrząsających scen jakie oglądałem w życiu, ale może się już rozmemłałem totalnie. Dobrze, że ten film wygrał, chociaż w tym roku równie dobrze mogłoby wygrać pięć innych. Na przykład
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Myślałem, że Pokłosie było niezłe, a tu niespodzianka. Agata Kulesza to jest proszę państwa brzytwa. Myślę, że jak ktoś nie zleciał z krzesła i nie stracił przytomności w momencie jak ona się pyta czy jej synek się bał zanim go zabili, to znaczy, że jest mocny. Dla mnie to jedna z najbardziej wstrząsających scen jakie oglądałem w życiu, ale może się już rozmemłałem totalnie. Dobrze, że ten film wygrał, chociaż w tym roku równie dobrze mogłoby wygrać pięć innych. Na przykład
Imagine, reż. A. Jakimowski
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Człowiek z trudem może uwierzyć, że coś takiego w ogóle da się zrobić. Niewidome dzieci są niesamowite. Gra z widzem: czy te mikro nieprawdy, których dopuszcza się główny bohater żeby zbliżyć się do atrakcyjnej sąsiadki i polepszyć życie swoich uczniów – czy to w ogóle są oszustwa, i czy to w ogóle ma znaczenie? Jeden z najbardziej światowych polskich filmów jakie widziałem, inny, ale tak samo genialny jak “Sztuczki”, z przepiękną ostatnią sceną sfilmowaną z odjeżdżającego tramwaju.
Mega moc power zabijaka do kwadratu.
Człowiek z trudem może uwierzyć, że coś takiego w ogóle da się zrobić. Niewidome dzieci są niesamowite. Gra z widzem: czy te mikro nieprawdy, których dopuszcza się główny bohater żeby zbliżyć się do atrakcyjnej sąsiadki i polepszyć życie swoich uczniów – czy to w ogóle są oszustwa, i czy to w ogóle ma znaczenie? Jeden z najbardziej światowych polskich filmów jakie widziałem, inny, ale tak samo genialny jak “Sztuczki”, z przepiękną ostatnią sceną sfilmowaną z odjeżdżającego tramwaju.
Wenus w futrze, reż. R. Polański
Mega moc power zabijaka.
Dobrze, że nie był w konkursie głównym, bo ten Polański to też jeszcze zupełnie inna planeta (chociaż nie żebym uważał ten film za lepszy niż W imię... czy Ida, co to to nie). Ale ludzie: Roman Polański wychodzi z Teatru Muzycznego. Matko Boska. On ma w sobie coś z Obamy, czy bo ja wiem, Michaela Jordana. Wchodzi do pokoju i ziemia przestaje się kręcić, czas się zatrzymuje, wszystko stoi. Pewien polski poseł wyciąga komórkę i robi zdjęcia na spotkaniu z Prezydentem Stanów Zjednoczonych, z tym mi się to kojarzy: wielki świat przyjeżdża do Związku Sowieckiego. Ale mimo genialności filmu, drugi raz bym nie poszedł, bo entertainment factor jest według mnie jednak mniejszy nawet niż w tych (przecież poważnych) filmach opisanych powyżej. W każdym razie film pewnie trochę tańszy niż “Bilet”. Już się nie będę nad tym biletem pastwił, nie poświęcę mu osobnego paragrafu, daję mu notę słabiałer.
Mega moc power zabijaka.
Dobrze, że nie był w konkursie głównym, bo ten Polański to też jeszcze zupełnie inna planeta (chociaż nie żebym uważał ten film za lepszy niż W imię... czy Ida, co to to nie). Ale ludzie: Roman Polański wychodzi z Teatru Muzycznego. Matko Boska. On ma w sobie coś z Obamy, czy bo ja wiem, Michaela Jordana. Wchodzi do pokoju i ziemia przestaje się kręcić, czas się zatrzymuje, wszystko stoi. Pewien polski poseł wyciąga komórkę i robi zdjęcia na spotkaniu z Prezydentem Stanów Zjednoczonych, z tym mi się to kojarzy: wielki świat przyjeżdża do Związku Sowieckiego. Ale mimo genialności filmu, drugi raz bym nie poszedł, bo entertainment factor jest według mnie jednak mniejszy nawet niż w tych (przecież poważnych) filmach opisanych powyżej. W każdym razie film pewnie trochę tańszy niż “Bilet”. Już się nie będę nad tym biletem pastwił, nie poświęcę mu osobnego paragrafu, daję mu notę słabiałer.
I jeszcze: obejrzałem pół filmu “Dziewczyna z szafy” w reżyserii Bodo Koxa (musiałem wyjść w połowie) i to też jest perła prawdziwych piratów. Dowcip, wrażliwość i refleksja. Obejrzę go z Basią całego na DVD i oboje tego nie pożałujemy.
Gdyńska pogoda dla bogaczy doznań kulturalnych, fotografia: poranny spacer.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





